Quo Vadis, Rosjo?

Niedawno odbyła się druga, decydująca tura wyborów prezydenckich na Ukrainie. Nasi wschodni sąsiedzi tłumnie ruszyli do urn, aby mimo przejmującego mrozu spełnić swój obywatelski obowiązek. W tym roku każdy głos się liczył, walka szła na szable między post-pomarańczową Tymoszenko a błękitnym, choć nie tak nepotycznie jak 5 lat temu, Janukowyczem. Z niewielką przewagą wygrał Janukowycz, kandydat pro-moskiewski. Mimo faktu, iż określenie pro-moskiewski powoli nabiera charakteru kontrowersji, jestem przekonany, że reakcja Rosjan jest wystarczającym dlań usprawiedliwieniem.

Sytuacja po wyborach mimo ogłoszenia zwycięzcy jest jeszcze niespokojna i jeszcze prawdopodobnie długo pozostanie. Tymoszenko, niezadowolona z rzekomych nieprawidłowości i uchybień, czy wręcz fałszerstw, odgraża się zaskarżeniem wyników. Rzeczywistość jest jednak bardziej brutalna niż wierzy w to sama niedoszła pani prezydent. Cisza w Europie na temat rzekomych oszustw jest niezwykle wymowna. Być może szczęścia spróbują jeszcze możni na wygnaniu, ale rzecz nie ma i nie znajdzie szerszego poparcia na zachodzie. Obecnie są to raczej głośne przepychanki przed przyszłym obsadzaniem stanowisk, niż realistyczna, faktyczna chęć podważenia wyników głosowania.

Co dalej?

Mimo entuzjastycznych komentarzy redaktorów z gazet wszelakich, szumnych zapowiedzi sztabu Janukowycza na temat UE, oraz spekulacji względem pierwszej symbolicznej wizyty świeżo upieczonego prezydenta do Brukseli, oraz wróżenia, że nie będzie tak źle – nastąpiło polityczne przesunięcie Kijowa na wschód, z wszystkimi tego konsekwencjami. Moskwa już nie walczy o zabezpieczenie zagrożonego pomarańczową Ukrainą “podbrzusza”, więc swe zasoby zaangażuje gdzie indziej. Specjaliści wskazują Kaukaz i Kraje Bałtyckie. Na kaukazie należy zrobić porządek z radykalnymi ekstremistami i Gruzją, natomiast w krajach bałtyckich zadbać o bezpieczeństwo własnych uciskanych obywateli, oraz na poważnie zająć się próbami przekłamywania historii.

Bezkompromisowy jak sam bohater

Wraz ze zmianą władzy w Kijowie zaczął wiać nieprzychylny dla Warszawy wiatr, choć konsternacja dała o sobie znać już przed wyborami. Ustępujący Prezydent Juszczenko postanowił na koniec swej politycznej kariery zafundować Ukrainie kolejnego bohatera. Każdy naród potrzebuje swych symboli, wszak bez narodowych herosów tożsamość narodowa nie znajduje zakotwiczenia, obumiera. Problem polega na tym, że nowy bohater Ukrainy to nie kto inny lecz Stepan Bandera we własnej osobie. Pan odpowiedzialny za masowe morderstwa dokonywane na Polakach podczas II wojny światowej na terenach należących przed wojną do II Rzeczypospolitej.

Krok na jaki poważył się prezydent Juszczenko jest bezspornie czynem brawurowym, by nie powiedzieć – szalonym. W czasach, gdy wszelkie reminiscencje nazizmu tępione są w europie z bezwzględnością, prezydent Juszczenko proponuje, żeby bohaterem Ukrainy został pan który z faszystami kolaborował i który w swych działaniach uciekał się do ich metod. W tym przypadku intencje nie powinny rzutować na sam fakt kolaboracji. Nie w realiach współczesnej poprawności politycznej.

Używając logiki pomarańczowego prezydenta, muzeum Pergamońskie w Berlinie można by przemianować na muzeum im Hermana Goeringa, wszak niemiecki patriota był mecenasem sztuki i walczył za ojczyznę.

Czy decyzja prezydenta podyktowana była zwykłym szaleństwem, nieznajomością współczesnych realów, niewrażliwością na nie, czy wreszcie swoistym aktem desperacji w obliczu świadomości końca własnej kariery politycznej?

Jako polityk, tymczasowo (prawdopodobnie bez odwołania) przegrany, lecz jako “prawdziwy” Ukrainiec, niezłomny i bezkompromisowy. Symboliczny męczennik z ramienia FSB a zarazem prawdziwy strażnik słowa wpisanego w złoty trójząb Rurykowiczów. Tymczasowo uśpiony, lecz w każdej chwili gotowy do działania. Do czasu aż nadejdzie kolejny dobry moment. Pytanie tylko czy nadejdzie, gdy Rosjanie z Niebieskimi ugruntują już swoją pozycję.

„Pax Europeana” Miedwiediewa –  nie oficjalnie, lecz po cichu

Pod koniec zeszłego roku na stronie kancelarii prezydenta federacji rosyjskiej pojawił się dokument noszący roboczą nazwę – “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim”. Roboczej, ponieważ była to propozycja skierowana do europejskich kolegów, dotycząca palącej potrzeby zmiany układu bezpieczeństwa na Starym Kontynencie. Wymagająca akceptacji, a więc zapewne i zmiany tytułu, aby stanowić kęs zdatny do przełknięcia dla samej Ameryki, oraz dla jej “śmiesznych i nierozsądnych” przyjaciół w Europie. Rosjanie jako przykład, gdzie braki w systemie bezpieczeństwa zawiodły wskazali konflikt w Gruzji z sierpnia 2008 (choć polska wiki już informuje, że była to wojna w Osetii południowej), oraz rozwiązanie z międzynarodowym “rozbiorem” Serbii.

Doradcy prezydenta Miedwiediewa uważają, że gdyby Moskwa miała więcej do powiedzenia we wspomnianych kwestiach, do obydwu tragedii mogłoby nie dojść. Choć nie można też wykluczyć, czegoś krańcowego odmiennego. Wracając do samej propozycji, budzi ona słuszne kontrowersję ponieważ oznacza de facto uznanie rosyjskiej strefy wpływów. Tymczasowo chodzi o Ukrainę, Kaukaz, oraz kraje Azji Środkowej. Rosja domaga się uznania prymatu jej interesów na tych obszarach. A więc koniec z dywersyfikacją, partnerstwem dla demokracji czy kolejną chwytliwie nazwaną fanaberią zachodnich PR-owców.

Cisza Berlina, była bardzo wymowna, premier Berlusconi próbował nawiązać dialog, natomiast ostatnio prezydent Sarkozy zaskoczył chyba wszystkich, łącznie z Karlą Bruni.

Wygląda na to, że istnieje jakaś niepisana umowa pomiędzy prezydentem wszystkich Francuzów oraz prezydentem wszystkich Rosjan z przyległymi  nacjami. Prezydent Sarkozy zdecydował, że odsprzeda Rosjanom okręt desantowy plus kilka innych sztuk uzbrojenia, które poszerzą rosyjskie ultima ratio regum. Tranzakcja wpłynie negatywnie na obecny układ bezpieczeństwa na przestrzeni EŚW, dając znaczącą przewagę Moskwie. Czy można tak samemu, zaraz po tym jak wstąpiło się do NATO sprzedawać broń do kraju, który uważa sojusz za głównego rywala? I to bez szerszej debaty na temat zaproponowanej przez ów kraj umowy dotyczącej zmiany układu sił? Wygląda na to, że można. Prezydent Sarkozy jest żywym, chodzącym przykładem.

W szerszym kontekście zaskakuje również przyzwalające milczenie Berlina. Jeśli dobrze się zastanowić umiarkowana reakcja stanów zjednoczonych sugeruje, że jesteśmy właśnie świadkami wejścia w życie umowy nazwanej roboczo “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim” autorstwa prezydenta Miedwiediewa. Umowa, której nazwa właściwa niedługo powstanie jest oczywiście niepisana, choć spisana została przez zespół doradców rosyjskiego prezydenta.

Prezydent Miedwiediew jest twardym Rosjaninem choć “liberałem”, który w przeciwieństwie do premiera Putina rozumie, że współpraca z zachodem będzie owocna przez co korzystniejsza niż wyniszczające spory. Zachód potrzebuje wyraźnego sygnału, że Rosja z którą współpracuje to Rosja według Miedwiediewa, nie Rosja według Putina. Reakcje kręgu prezydenta wykazują zrozumienie zachodnich obaw, oraz chęć do współpracy a także świadomość, że potencjalnym rywalem Moskwy jest Pekin, nie Zachód. Natomiast gwardia Putina boi się zmian o czym pisze sam prezydent Miedwiediew.

Tymczasem zachodnia prasa już uruchomiła serię stonowanych, melancholijnie optymistycznych tekstów o trudnej historii i obiecujących perspektywach. Część Europy jest już przekonana, pozostałych będą przekonywać. Powoli i z wyczuciem, aby uniknąć niepotrzebnej paniki. W chwili obecnej piłka jest w rekach Miedwiediewa. To od niego zależy jak potoczy się dalsza gra o europejskie bezpieczeństwo. Pozostaje tylko zapytać: Quo Vadis, Rosjo?

Tomasz Wojdała