Serwis korzysta z tzw. ciasteczek (cookies). Korzystając z niego, wyrażasz zgodę na ich używanie. Pewnie, nie ma problemu! Dowiedz się więcej o ciasteczkach »

Reklama

Chińska flota wojenna

| 4 lutego 2010 | Komentarze: 3 | Drukuj

Konieczność posiadania marynarki wojennej (…) wynika z istnienia floty handlowej i znika razem z nią, z wyjątkiem sytuacji, w której naród przejawia agresywne tendencje i utrzymuje flotę wojenną wyłącznie jako gałąź własnych sił zbrojnych.„, napisał w 1890 roku kapitan Alfred Thayer Mahan, amerykański dowódca morski, w książce „The Influence of Sea Power Upon History, 1660-1783″ [czytaj całą książkę za darmo]„. Dokładnie ten sam akapit otwiera obszerny artykuł mojego autorstwa dotyczący rywalizacji amerykańsko-chińskiej na morzu, opublikowany w czerwcu 2009 r.

Teraz flota

Przypominam ten artykuł oraz jego fragment w kontekście nieco świeższego wpisu, dotyczącego brazylijsko-chińskiej współpracy morskiej. Chińczycy, rozwijając własną flotę wojenną, zwrócili się o pomoc do Brazylii, aby ta udostępniła im w celach szkoleniowych lotniskowiec Sao Paulo. Chiny nie posiadają lotniskowca, jednak trwają intensywne prace nad skonstruowaniem okrętu tego typu. Rozsądne wydaje się wyszkolenie personelu w największym możliwym zakresie na kilka lat przed wejściem chińskiego lotniskowca do służby (jak w Pekinie planują).

Zainteresowanie rozwojem marynarki wojennej jest w przypadku Chin naturalne i uzasadnione. Doświadczony kapitan, jakim był Alfred Thayer Mahan, wskazał w swojej książce (uznawanej swego czasu niemal za biblię dla dowódców floty) jeden z powodów intensyfikacji prac nad modernizacją i powiększeniem floty wojennej – jest nim istnienie floty handlowej. Przy czym kluczowa jest ochrona morskich szlaków komunikacyjnych. W przypadku Chin chodzi także o zabezpieczenie dostaw surowców energetycznych, niezbędnych dla dynamicznie rosnącej gospodarki.

Zagrożeniem o strategicznej wadze są zarówno piraci w Cieśninie Malakka czy Zatoce Adeńskiej, ale także możliwość zablokowania szlaków komunikacyjnych przez konkurencyjne potęgi morskie – głównie Stany Zjednoczone. Chińczycy rozumieją istniejące zagrożenia i starają się aktywnie im przeciwdziałać. Pomysłów na rozwiązanie problemu jest sporo, niektóre nie są nawet związane z marynarką wojenną (przestawienie się na import surowców energetycznych z Azji Centralnej, przez liczące tysiące kilometrów rurociągi). Z flotą związane są koncepcje baz wojskowych w krajach trzecich, które byłyby dla chińskich okrętów oknem na świat.

Bazy w Birmie, Pakistanie, na Sri Lance czy Seszelach byłyby bardzo pomocne. Chociażby w przypadku Pakistanu, Chińczycy poczynili istotne inwestycje w port w Gwadarze, licząc na przyszłe militarne wykorzystanie części zmodernizowanej infrastruktury. Możliwość skorzystania z baz znacząco wzmocniłaby pozycję chińskiej marynarki wojennej, wspierając ją przy wykonywaniu przyszłych zadań. Już teraz kilka chińskich okrętów patroluje szlaki komunikacyjne u wybrzeży Somalii i w Zatoce Adeńskiej.

Przeciw Ameryce?

Rozwój chińskiej floty pozwoli Pekinowi na projekcję własnych interesów. W historii świata niewiele było mocarstw nie posiadających potężnych flot. Alfred Thayer Mahan dokładnie przeanalizował w swojej książce odwieczną przewagę Brytyjczyków nad Francuzami wykazując, iż Paryż wiele stracił przez brak odpowiednio licznej marynarki wojennej. Pozostając w militarnym duchu, należy wskazać drugą przyczynę zainteresowania Chin lotniskowcami oraz rozbudową floty wojennej – bezpieczeństwo i status globalnej potęgi.

W regionie Chińczycy rywalizują z Indiami, które już posiadają jeden lotniskowiec (dość stary, ale wkrótce pozyskają wyremontowany okręt od Rosji, pracują także nad własnym projektem, a być może kupią jeden od Wielkiej Brytanii) oraz Stanami Zjednoczonymi. Amerykańscy analitycy od pewnego czasu alarmują, że zamiarem Pekinu jest ograniczenie wpływów Waszyngtonu w Azji, a na pierwszy ogień uczynienie pomocy dla Tajwanu (uznawanego przez Chiny za zbuntowaną prowincję; Amerykanie są zaś zobligowani ustawowo do obrony wyspy) zbyt kosztowną w postaci możliwych strat, aby opłacało się go bronić.

Na jednym z ciekawszych blogów poświęconych amerykańskim siłom zbrojnym, głównie zaś marynarce wojennej – Steeljaw Scribe – znalazłem wycinki z jeszcze ciepłego Quadrennial Defense Review Report 2010, czyli co czteroletniego raportu Pentagonu o stanie armii i wyzwaniach na przyszłość. Autor bloga, który spędził w US Navy ponad ćwierć wieku, zwraca uwagę na amerykańskie rozumienie chińskich posunięć – wymierzonych w Stany Zjednoczone.

Polecam lekturę podlinkowanych powyżej artykułów, książki kapitana Mahana oraz raportu Departamentu Obrony USA. Zachęcam również do dyskusji o chińskiej flocie, perspektywie jej rozwoju i amerykańskiej reakcji na plany Pekinu.

Piotr Wołejko

Państwa:

Co o tym sądzisz? Dołącz do dyskusji (komentarze: 3)

  • http://nowy-globalny-lad.blog.onet.pl/ Romek_63

    Wydaje się to oczywiste że jesli Chiny chcą być uznawane za supermocarstwo,to muszą własne lotniskowce mieć :-) USA, UE, ani Rosja raczej nowych lotniskowców im nie sprzedadzą więc są skazani na własną produkcję. Od dość dawna pracują nad własnym samolotem myśliwskim V generacji, więc pewnie wkrótce zaczną produkować także lotniskowce.

  • Adam.S

    Tam wykradną, tu zmodyfikują i jest samolot, tak bedzie i z lotniskowcami. Po co sie samemu męczyć, skoro można ukraść lepsze a zainwestowac w co innego? NATO i Rosja powinny być zaniepokojone takim obrotem rzeczy i wspolnie szukac rozwiazan.

  • Wojtek stąd

    A ja się ucieszę, gdy wkrótce przeczytam gdzieś w Sieci wiadomość, że najnowszy chiński „lotniskowiec” (to znaczy – to coś, co oni tam za takowy uważają) FIKNĄŁ KOZŁA I ZATONĄŁ W KTÓRYMŚ ZE SŁAWNYCH TAJFUNÓW. Będzie to wydarzenie nie lada, bowiem nastąpi wtedy PIERWSZA W HISTORII UTRATA LOTNISKOWCA W CZASIE POKOJU (nie licząc jednostek zatapianych celowo, jak np. USS „Oriskany”). Patrząc na to ich coś w stanie takim, w jakim toto jest obecnie, można spodziewać się, że koniec tego ich „okrętu” będzie rychły i żałosny. Mam nadzieję, że ta żółta zbieranina przekona się, że sam kadłub to naprawdę nie wszystko. Oby jak najszybciej; lotniskowiec to nie jest zabawka – wystarczy, że inna zbieranina (z Tajlandii) eksploatuje swojego „Chakri Naruebet”, jako królewski jacht (!).