Waszyngton za kulisami: walka o program pomocy rozwojowej

Pomoc rozwojowa USAID (AP / Wally Santana)
Zdjęcie: AP / Wally Santana

Uwaga świata skupiona jest na Haiti – tam płynie specjalistyczna pomoc humanitarna, rządy i organizacje wysyłają swoich najlepszych ludzi. W zaciszu korytarzy waszyngtońskiej władzy, na dalekim planie, w tle kataklizmu i tragedii Haitańczyków toczy się jednak ważna gra o dominację nad amerykańskim programem pomocy rozwojowej.

W stolicy mocarstwa od niedawna panuje powszechna zgoda, że polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych musi opierać się w równym stopniu na trzech filarach: militarnym, dyplomatycznym i pomocy rozwojowej (ang. Three Ds: defense, diplomacy, development). W rzeczywistości oznacza to jedno: trzeba ją zdemilitaryzować. Robert Gates oficjalnie nie oponuje, a sprawa wygląda tym bardziej poważnie, gdyż taki cel postawiła sobie sama Hillary Clinton – przywrócenie równowagi między Pentagonem a Departamentem Stanu stało się jej główną ambicją. Pomysł dodania pomocy rozwojowej do odwiecznej pary militarno-dyplomatycznej miał być dodatkowym autetem w rękawie Sekretarz Stanu. Zanim jednak się nim stanie, wywołał spore napięcie w walce o wewnętrzne wpływy. Pod powierzchnią wrze.

Głównymi aktorami są: Departament Obrony, Departament Stanu i Amerykańska Agencja ds. Rozwoju Międzynarodowego (ang. USAID). Ostatnio doszlusował jeszcze jeden: senatorzy z komisji spraw zagranicznych. Przeplatających się problemów jest kilka.

Przez osiem lat prezydentury George’a W. Busha USAID zaginął w zawierusze wojennej, Departament Obrony rozrósł się do niebotycznych rozmiarów (jego budżet także), a z Departamentu Stanu systematycznie upuszczano krew – tego, że cierpi na niedobór personelu, pieniędzy i środków nikt już nie ukrywa. Co robić? Odczytując sytuację polityczną na świecie Hillary Clinton doszła do przekonania, że pomoc rozwojowa będzie znakomitym przykładem lepszej Ameryki – niosącej dobrobyt (albo „dobrobyt”, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia) nie na bagnetach, lecz w cywilu. W nowej odsłonie, na czele USAID stanął błyskotliwy, młody – 36 letni – Rajiv Shah, a w budżecie państwa przyobiecano Agencji więcej pieniędzy. Radość pracowników USAID szybko jednak przemieniła się w zaniepokojenie.

Hillary Clinton nie widzi USAID jako niezależniej agencji koordynującej działania rządowej pomocy rozwojowej. Działalność ta ma być kontrolowana przez Departament Stanu. Rajiv Shah będzie tylko zarządcą (choć teoretycznie powoływany jest przez samego prezydenta), a budżet miałby kontrolować jeden z zastępców Clinton. Twarzą (i jednym z głównych mózgów) amerykańskiej polityki rozwojowej ma być (lub już jest, według opinii krążacych w Waszyngtonie) profesor stosunków międzynarodowych z uniwersytetu Princeton, a obecnie szefowa wydziału planowania startegicznego w Departamencie Stanu, Anne-Marie Slaughter. To ona ma pojechać 28 stycznia na spotkanie Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (ang. UNDP). Wśród specjalistów zawodowo związanych z pomocą rozwojową opinie są dość jednoznaczne: obawa, że długoterminowe i dalekosiężne działania i programy USAID staną się jednym z elementów nastawionych na szybki efekt rozgrywek dyplomatów, ma bardzo solidne podstawy. Ponadto, uzależnienie w tak dużym stopniu pracy Agencji od wysokich rangą decydentów w Departamencie Stanu nie zapewnia ciągłości programów po zmianie administracji. Te i inne zastrzeżenia podchwycili w swoim raporcie opublikowanym kilka dni temu senatorzy z komisji spraw zagranicznych. Clinton będzie musiała się z nimi (senatorami i zastrzeżeniami) zmierzyć.

Drugim frontem, na którym przyjdzie jej walczyć jest konflikt interesów z Departamentem Obrony. Wspomniany Robert Gates zapowiadał wprawdzie poparcie inicjatywy Clinton o dołączeniu trzeciego „D” do głównego nurtu polityki zagranicznej USA (defense, diplomacy, development), ale w czynach idzie dużo gorzej. Raz, Pentagon nie chce oddać/podzielić się pieniędzmi, które przeznaczał na pomoc zagraniczną w zakresie militarnym (np. szkolenia obronne, antyterrorystyczne, itp.). Dwa, Departament, którym zarządza Hillary okazuje się często niezdolnym do przejęcia funkcji i gospodarowania tymi środkami – niedobór przygotowanego do tych zadań personelu jest jednym z najpoważniejszych problemów amerykańskiej dyplomacji.

Całe zamieszanie, przechynaki i podchody na korytarzach, w gabinetach i biurach amerykańskiej stolicy rzucają ciekawe światło na „robienie polityki” w Waszyngtonie i przypominają starą prawidłowość: od zawsze wiadomo, że na szczytach władzy walka o wpływy toczy się bez pardonu. Anegdoty o tym, jak Kissinger przenosił biura swoich potencjalnych konkurentów do ucha Nixona z Białego Domu do budynków po drugiej stronie ulicy, aby nie byli „na każde zawołanie” urosły już do rangi legendy. Ścierają się osobowości, ale również instytucje. W przypadku przedstawianej tu historii pomocy rozwojowej – całe ministerstwa. Tylko pozornie jest to kwestia wewnętrznej organizacji pracy w Waszyngtonie. To, kto, jak i gdzie będzie zarządzał amerykańską pomocą rozwojową ma pierwszorzędne znaczenie dla wielu rejonów świata. Tak samo, jak to, czy Departament Obrony nadal będzie dominował w kształtowaniu polityki zagranicznej USA.

Jan Barańczak