Koniec “Pomarańczowej Rewolucji”?

Pomarańczowa rewolucja kojarzy się dziś Ukraińcom z korupcją i nepotyzmem
Pomarańczowa rewolucja kojarzy się dziś Ukraińcom z korupcją i nepotyzmem (Zdjęcie: Comigrad/Flickr)

W eliminacjach do piłkarskiej Ligi Mistrzów Legia Warszawa grała z Szachtarem Donieck. Rezolutni kibice z Warszawy, chcąc zdenerwować swoich ukraińskich odpowiedników, zaczęli skandować „Juszczenko, Juszczenko”. Był to 2006 rok. W 2009 roku poparcie dla Juszczenki jest na tyle niskie, że kibiców z Doniecka bardziej by to bawiło, niż złościło.

Sondaże publikowane w grudniu są jasne. Do drugiej tury wyborów wejdzie Wiktor Janukowycz (mający poparcie około 30%) i Julia Tymoszenko, z dwukrotnie gorszym wynikiem. Obecny prezydent, Wiktor Juszczenko może szykować się już na emeryturę. Jego szanse na reelekcję są minimalne – znajduje się aktualnie na 5 pozycji z wynikiem rzędu 3,5%. Zakładając nawet, że w sondażach jego poparcie jest zaniżone, trudno oczekiwać, by nagle pokonał Julię Tymoszenko.

Pomarańczowi pokonali się sami. Jedna z koncepcji dotyczącej polskiej transformacji głosi, iż PZPR oddała władzę, bo jej liderzy sądzili, że opozycja solidarnościowa – nieprzygotowana do rządzenia – skompromituje się w społeczeństwie i nomenklatura szybko powróci do stołków. Realizacja takiego planu w Polsce powiodła się tylko częściowa, bo postkomuniści dochodzili dwa razy do władzy, jednak nie byli w stanie utrzymać poparcia społecznego.

Wyborcy Juszczenki mają prawo być niezadowoleni. Miała być rewolucja, a było to samo, co wcześniej, tylko pod pomarańczowym sztandarem. Zamiast reformować państwo, prezydent zajmował się wojnami podjazdowymi z Julią Tymoszenko. Miewał również okresy flirtu z Wiktorem Janukowyczem. Pierwszy raz, gdy Partia Regionów poparła kandydaturę technokraty, Jurija Jechanuorowa na stanowisko premiera, a za drugim razem, gdy w sierpniu 2006 roku ugrupowanie Juszczenki, „Nasza Ukraina” poparło powołanie rządu Janukowycza.

„Rewolucjoniści” zaproponowali Ukraińcom korupcję, kolesiostwo i nepotyzm. W dodatku wszystkie te cechy zostały przypisane głównie Juszczence, który przez cały ten czas sprawował urząd prezydenta, nieraz współpracując z Partią Regionów i symbolicznie pokazując, iż nie istnieje coś takiego wśród Pomarańczowych, jak solidarność. Juszczenko bezpardonowo atakował Tymoszenko (słynna dymisja), a „piękna Julia” nie była mu dłużna, negocjując nawet z Janukowyczem ustawę ograniczającą uprawnienia prezydenta. Oficjalnie Julia Tymoszenko zadeklarowała, że jeżeli nie wejdzie do II tury, to poprze Juszczenkę, ale to raczej gest, aniżeli poważna deklaracja. Obecny prezydent do niej przecież nie wejdzie. Komicznie tez wyglądają działania Juszczenki, który w grudniu złożył wniosek do OBWE o wysłanie dodatkowych misji do obserwowania wyborów – tym razem nikt nie będzie musiał fałszować wyborów, by prezydent przegrał.

Moskwa ma prawo być zadowolona. Obecny prezydent co prawda stara się grać antyrosyjską kartą, jednak robi to nieskutecznie. Jakby tego było mało, gospodarka ukraińska znajduje się w dramatycznej sytuacji, a integracja z UE i NATO została ograniczona. Warto podkreślić, że same społeczeństwo ukraińskie jest w tej kwestii podzielone. Prawie pewne jest zatem, że wygra kandydat dużo bardziej prorosyjski niż Juszczenko. Janukowycz był od zawsze popierany przez ludność powiązaną z Rosją. Obiecuje również, iż uda mu się poprawić stosunki z Rosją. Trudno również przypuszczać, by kandydat Partii Regionów kontynuował prozachodnią politykę Wiktora Juszczenki. W przypadku jego zwycięstwa raczej pewne będzie pozostanie Floty Czarnomorskiej w Seawastopolu (Juszczenko chce, by rosyjska flota opuściła go do 2017 roku). Także Julia Tymoszenko nie będzie traktowana jako intruz przez Moskwę, na co wskazuje podpisanie umowy gazowej pomiędzy rządem ukraińskim, a Rosją. Retoryka premier Ukrainy daleka jest od tej prezentowanej przez Wiktora Juszczenkę. Zapowiada walkę z wszechobecną korupcją, co jednak brzmi mało wiarygodnie w ustach obecnej premier.

Rosja nie zrezygnuje z Ukrainy, a przewagę w tym momencie osiągnęła opcja otwarcie prorosyjska (Partia Regionów) i przyjazna Moskwie (Julia Tymoszenko i siły ją popierające). Fakt, iż byli przyjaciele z Majdanu, Tymoszenko i Juszczenko, startują między sobą najlepiej pokazuje demoralizację i upadek “rewolucji”. Nawet jeśli wygra w drugiej turze Julia Tymoszenko (na co nie wskazują sondaże) to pewne jest, iż będzie to symboliczny koniec „Pomarańczowej Rewolucji”. Miało być pięknie, a ideały rewolucji umarły wraz z dojściem do władzy byłych opozycjonistów. Juszczenko i Tymoszenko okazali się politycznymi pragmatykami, zresztą – nie są to ludzie, którzy wzięli się znikąd i nie funkcjonowali w systemie politycznym stworzonym przez Leonida Kuczmę.

Czy to koniec Pomarańczowej Rewolucji?

Patryk Gorgol