Interesująca debata o Iranie w Stanach Zjednoczonych

Debatę o Iranie rozpoczynają na noweo Stephen Walt (po lewej) i Richard N. Haass (po prawej)
Debatę o Iranie rozpoczynają na nowo Stephen Walt z magazynu Foreign Policy (po lewej) i Richard N. Haass z Council on Foreign Relations/Foreign Affairs (po prawej)

Dlaczego warto powrócić do tematu wałkowanego wielokrotnie także na Polityce Globalnej? Ponieważ kopie w sprawie Iranu skruszyli Richard Haass, prezydent Council on Foreign Relations oraz Stephen Walt, wybitny politolog (realista) i komentator Foreign Policy. Dyskusję rozpoczął artykuł Haassa opublikowany w Newsweeku. Walt odpowiedział na niego na łamach Foreign Policy. W dużym skrócie streszczę pierwotny argument oraz replikę.

Argument Haassa

Haass początkowo wsparł propozycję Obamy, aby w sprawie irańskiego programu atomowego prowadzić zakrojone na szeroką skalę działania dyplomatyczne. Teraz zmienił zdanie. Uważa, że negocjacje nie prowadzą do nikąd, a Teheran dąży do osiągnięcia poziomu możliwości technologicznych, które pozwolą na skonstruowanie bomby jądrowej. Szef CFR twierdzi, że Amerykanie wespół z europejskimi partnerami powinni zmienić priorytety – zamiast negocjacji zacząć wspierać zmianę reżimu (regime change). Haass proponuje rozmaite formy wspierania irańskiej opozycji, ale także całego społeczeństwa, m.in. w kwestii dostępu do informacji.

W wymiarze dyplomatycznym propozycja Haassa obejmuje m.in. uderzenie w handlowe imperium Korpusu Strażników Rewolucji (dominującego podmiotu w irańskiej gospodarce) oraz przeforsowanie na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ sankcji dotyczących zakazu importu benzyny przez Iran. Jakikolwiek postęp w rozmowach z Teheranem Haass warunkuje reformą systemu politycznego islamskiej republiki oraz zaprzestaniem wspierania terroryzmu. Nie pada wezwanie do akcji militarnej (uprzedzając pytania tych, którzy tekstu Haassa nie przeczytają).

Replika Walta

Odpowiedź Walta jest mocna. Przypomina on, że wiele postaci opozycji irańskiej także wspiera program nuklearny. Zakładając więc sukces przedsięwzięcia zmiany reżimu (co jest bardzo wątpliwe), nie można zakładać, że w kwestii atomu nowy rząd lub układ sił przy sterach władzy zmieni zdanie. Co więcej, zadekretowanie wspierania opozycji przez Obamę i Europejczyków w niczym dysydentom nie przysłuży.

Już teraz reżim oskarża ich o reprezentowanie zachodnich mocarstw, jednak gdy oficjalną polityką Stanów Zjednoczonych będzie pomoc opozycji, argument oskarżycieli zyska jakiekolwiek podstawy. Mówiąc krótko, dobra wola USA obróci się przeciwko siłom, które Ameryka chce wspierać. Zdaniem Walta rozsądnie jest nie mieszać się w wewnętrzne tarcia wewnątrz irańskich elit władzy i z rzadka potępiać łamanie praw człowieka.

Argumentem przeciwko włączaniu się w politykę wewnętrzną Iranu jest amerykańskie doświadczenie z Ameryki Środkowej, Somalii, Iraku czy Afganistanu. Walt wskazuje, że często zaangażowanie Waszyngtonu przynosiło rezultat odwrotny od zamierzonego. Podważa również argument dotyczący chybotliwości irańskiego reżimu przypominając, że autokracje potrafią trwać przez wiele lat pomimo dużego niezadowolenia społecznego.

Wgrafikaalt zarzuca szefowi Council on Foreign Relations brak cierpliwości. Naprawa relacji z Iranem, zagmatwanej łamigłówki komplikującej się przez trzy kolejne dekady, nie może nastąpić w kilka miesięcy czy jeden rok. Proces ten z natury będzie długi i pełen zakrętów, na których uczestnicy dialogu mogą wypaść z trasy. Dla porządku dodam, że kolega Haassa z CFR Ray Takeyh jest autorem świetnej książki dotyczącej trudnych relacji irańsko-amerykańskich zatytułowanej Hidden Iran. Nie muszę dodawać, że jest ona warta uwagi.

Na koniec Walt zwraca uwagę, że pozycja Haassa na dziś może za kilkanaście miesięcy wyewoluować w bardziej radykalną stronę – co będzie konsekwencją założeń przyjętych przez Haassa. Jeśli bowiem sankcje i ostrzejszy kurs wobec Iranu nie zadziałają (co jest bardzo prawdopodobne, przerabialiśmy to już chociażby za Georga W. Busha), kolejnym krokiem w celu powstrzymania Iranu od skonstruowania bomby atomowej będzie opcja militarna (czytaj: wojna).

Komentarz

Zmiana w polityce Obamy wobec Iranu, odwrót od straszenia wojną i zwrot w kierunku negocjacji, był istotną korektą kursu amerykańskiej polityki zagranicznej. Lata prezydentury Georga W. Busha pokazały, że konfrontacyjna polityka nastawiona na zmianę irańskiego reżimu jest nieskuteczna, a programy pomocowe dla opozycji nie przyniosły żadnego widocznego rezultatu poza ułatwieniem krytyki i represji opozycjonistów przez siepaczy reżimu.

Powrót do starego, czyli twardego, nieugiętego, pryncypialnego stanowiska nie zbliży Ameryki, Europy i świata do żadnego konstruktywnego rozwiązania. Irańczycy dalej będą robić to, co robili dotychczas, a ostra polityka nie zyska wsparcia Rosji i Chin nawet w sferze retorycznej. Irański reżim nie upadnie od nowych sankcji, skoro przeżył poprzednie. Im ostrzej grają Stany Zjednoczone, tym bardziej cieszą się konserwatyści spod znaku Chameneiego, Ahmadineżada, Jazdiego i im podobnych. Amerykanie ułatwiają im budowę oblężonej twierdzy i prowokowanie uderzenia militarnego, którego najbardziej oczywistym efektem byłaby klęska rosnącego w siłę ruchu opozycyjnego.

Polecam zapoznanie się z tekstami dwóch wpływowych amerykańskich politologów. Są to dwie istotne cegiełki dołożone do debaty o polityce USA wobec Iranu. Ma ona wpływ na wiele czynników, chociażby na dostępność irańskiego gazu naturalnego dla Europy, a więc także na bezpieczeństwo energetyczne Polski.

Piotr Wołejko

  • Piotrek,

    wychwyciłeś bardzo ciekawą i ważną wymianę zdań. Jako ciekawostkę dodam, że artykuł Haassa w amerykańskim Newsweeku jest dosłownie na następnej stronie za długą (jak na teksty w takim magazynie) analizą stawiającą m.in. tezę, że myśl neokonserwatystów w sferze polityki zagranicznej odżywa. Jej autor sprawdził obecność wszystkich neokonów (gdzie się poukrywali i z jakich pozycji walą w nową administrację): nazwisko po nazwisku i zasugerował, że np. w kwestii Afganistanu i Iranu Obama dryfuje w objęcia swoich oponentów (nota bene: cytuje też Stephena Walta, jako jednego z najpoważniejszych przeciwników neokonów).

    Po tej dawce adrenaliny, czytelnik przerzuca kartkę, a tam Haass deklaruje, że rozmyślił się w sprawie Iranu i zmienia front (teraz z neokonami w jednej drużynie). Waga – trudna do obliczenia, ale ważna w dyskursie publicznym – jest o tyle istotna, że Haass był głównym adwokatem perspektywy „realistów” w głównym nurcie amerykańskich mediów. Chodził po programach telewizyjnych i pisał felietony w prasie, gdzie stanowił jakąś przeciwwagę wobec bardzo ekspansywnej idei polityki zagranicznej promowanej przez wszędobylskich neokonów (a często też i liberałów). Walt wali ze swoich dział w Foreign Policy, ale w innych redakcjach często nie gości (a FP to nie jest typowy mainstream).

    Tego typu nierównowagę mieliśmy już za czasów GWB. Publika znów będzie karmiona jednorodną papką. W trosce o konsekwencje takiej ich diety, należy głośno wyrazić ubolewanie.

    Pozdrawiam!

  • Możesz podlinkować wspomniany artykuł o odżywaniu myśli neokonów? Ciekaw jestem, dlaczego przegrana ideologia (i to świeżo przegrana) powraca, tj. jak odnosi ponowny sukces? Wydaje się niepojęte, żeby po kilku latach fiaska neokonserwatyzmu lekarstwem na bolączki będące efektem tego fiaska była kontynuacja nekonserwatywnej polityki zagranicznej.

    Postawą Haassa jestem zaś zszokowany. Do tej pory gdy miałem okazję go słuchać lub czytać, brzmiał rozsądnie. Aż tu nagle taki klops i do tego w sprawie Iranu…

    PS. Czyżby popularność neokonów w mediach była wprost proporcjonalna do wpływów izraelskiego lobby w tychże? Mearsheimer i Walt dość obszernie wyłożyli, co jest grane.

    pozdrawiam serdecznie,
    PW

  • Bałem się, że go nie będzie w sieci, ale jest:) Oto link:
    http://www.newsweek.com/id/232053/page/1

    Z tym powrotem idei neokonów do polityki zagranicznej za czasów Obamy to ciekawa sprawa: takie odczytywanie decyzji Obamy wydają się promować sami neokonserwatyści… tak sytuację odczytuje autor tekstu.

    Pamiętam tekst Walta sprzed kilku lat, w którym wyliczał neokonów w mainstreamowych mediach i porównywał do liczby „realistów” – wynik był zawstydzający dla „wolnych mediów Ameryki”. Swoją drogą Walt otwarcie przyznaje swój podziw umiejętnościom neokonserwatystów w promowaniu ich idei.

    Dobrej (bo wcale nie miłej;) lektury!
    pozdrawiam!