Saakaszwili prowokuje „Niedźwiedzia”

russia_georgiaPrezydent Gruzji Micheil Saakaszwili zadeklarował zbrojne wsparcie wojsk koalicji w Afganistanie. Na Środkowy Wschód trafić ma po nowym roku 900 gruzińskich żołnierzy spośród liczącej 30 tysięcy armii.

Przyczyny tej decyzji są oczywiste. Gruzja za wszelką cenę chce zostać członkiem NATO. W związku z tym wykazuje się „niewiarygodnym” wsparciem (wg generała Rogera A. Brady’ego – dowódcy sił powietrznych USA w Europie) oraz lojalnością wobec Zachodu. Ponadto, czując nieustanne zagrożenie ze strony Rosji, która w ubiegłym roku doprowadziła do wojny rosyjsko-gruzińskiej, Saakaszwili potrzebuje stale umacniać swój sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Ta „wazelina” wobec Waszyngtonu jest więc uzasadniona, to nic innego jak szukanie pomocy i parasola ochronnego.

Z drugiej strony sytuacja polityczna na świecie uległa zmianie w porównaniu z ubiegłym rokiem. Honorową wartę w Białym Domu pełni dziś demokrata, który obalił jednobiegunowy system władzy nad Ziemią. W tych nowych realiach, które przewidują miejsce dla kilku mocarstw, Rosja staje się nowym (choć de facto bardzo starym) graczem. Powstaje powoli z kolan i ostrzy kły. Nastroje imperialne na Kremlu stale rosną. W świetle tych faktów Gruzja ma prawo czuć się zagrożona, ale ma też sporo mniejsze szanse na ewentualną reakcję Stanów Zjednoczonych w przypadku wojny z Rosją. Gdyby w Białym Domu zasiadał kolejny republikanin, dajmy na to John McCain, mielibyśmy już dziś pewnie Gruzję w NATO oraz zobowiązanie pomocy ze strony USA w razie zbrojnej napaści na Gruzję ze strony innego państwa (w szczególności zaś Rosji). Dziś, w dobie lansowanego multilateralizmu i grzebania amerykańskiego interwencjonizmu, wydaje się to mało prawdopodobne.

Zmiana strategii Stanów Zjednoczonych jest tyleż samo racjonalna, co pragmatyczna. USA nie stać już po prostu na kolejne wojny. Irak i Afganistan pochłonęły przeszło 3 biliony dolarów. Choć w rojeniach Busha obydwie wojny miały być współczesnym Blitzkriegiem, ciągną się od początku XXI wieku, a ich końca nie widać. Mało tego, w Afganistanie zwiększany jest właśnie kontyngent. A co z ukrytymi kosztami? Bliski Wschód w efekcie wojny w Iraku (której przesłanki były od samego początku fałszywe), został zdestabilizowany. Ubocznym skutkiem był wzrost znaczenia i siły reżimu w Teheranie. Czyżby miał to być kolejny cel w przyszłości? W końcu to jedno z państw „osi-zła” wymyślonej przez Busha i trzeci w kolejności potentat naftowy na świecie. Wiadomo przy tym, że apetyty mocarstw na paliwo ciągle rosną.

Saakaszwili wyciągając desperacko rękę do Zachodu faktycznie gra Moskwie na nosie. Czy Kreml da się sprowokować? Czy Stany Zjednoczone rzeczywiście pozostaną bierne w przypadku rosnących roszczeń Rosji? Być może Kreml wyczuwa chwilową słabość USA i zapragnie ją wykorzystać? Putin wciąż wierzy, podobnie jak niegdyś Machiavelli, Tukidydes, czy Sun Tzu, w moralność opartą na skuteczności, a nie na dobrych chęciach. Wynika z tego, że ewentualny atak na Gruzję, o ile będzie skuteczny, uznany zostanie za moralnie słuszny. Być może nawet za moralnie słuszny zostanie uznany a conto. Czy władca mocarstwa przekonany o swej racji natury moralnej może być powstrzymany? Czy nie podobnie było z Bushem i wojną w Iraku? Wszelkie dane wskazywały na to, że Husajn nie posiada broni nuklearnej. Mimo wszystko, w celu nadania nowej wojnie statusu moralnie słusznego, dowody były fałszowane, a społeczeństwo pod naporem propagandy i manipulacji ugięło się (podobnie zresztą jak Kongres). Duumvirat Putin-Miedwiediew takiego problemu mieć nie będzie. Społeczeństwo? To jedno z ich najmniejszych zmartwień. Poza tym, jak udowadnia Robert D. Kaplan, wojna zawsze idzie w parze z interesem. Czy aby Rosja nie ma interesu w tym, aby położyć „niedźwiedzią” łapę na Kaukazie, przez który prowadzone są liczne gazociągi? Od końca XIX wieku z niewielkimi tylko odstępstwami wojny toczyły się o surowce energetyczne, a o historii pamiętać należy. Uczy ona bowiem wyciągać wnioski z wydarzeń, które miały już miejsce. Machiavelli uczy: „(…) każdy, kto chciałby się przekonać, co ma nastąpić, musi rozważyć to, co już było: wszystkie rzeczy tego świata w każdej erze mają swoje odpowiedniki w starożytnych czasach (…) te czyny są bowiem dokonywane przez ludzi, którymi kierują i zawsze kierowały te same pasje, co siłą rzeczy musi przynieść te same rezultaty”. Nie należy przyjmować tych słów bezkrytycznie, zdarzają się powiem precedensy, a układy sił zmieniają się w sposób płynny. Nie zmienia to jednak faktu, że gdzieś już tam kiedyś historia zgotowała epilog dla obecnych działań Gruzji. Czy będzie to kolejna wojna z Rosją, czy może członkostwo w NATO? Czy Stany Zjednoczone pomogą, czy też NATO ulegnie rozpadowi?

Gleb Pawłowski, rosyjski politolog, przyznaje, że Rosja nie ma dziś wrogów – z wyjątkiem mikroskopijnej Gruzji Saakaszwilego. To musi dawać do myślenia. Mam jednak cichą nadzieje, że Gruzja pozostanie suwerennym i niepodległym państwem. Rosja z kolei, chcąc za wszelką cenę udowodnić swoje miejsce na mocarstwowej mapie świata, mogłaby wspomóc zbrojnie wojska koalicji w Afganistanie i przyspieszyć zakończenie konfliktu destabilizującego cały region. Kreml mógłby nie tylko wziąć odwet za porażkę ZSRR w wojnie z Afganistanem, ale również pokazać swe lepsze, cieplejsze oblicze. W końcu wielobiegunowość dzisiejszego świata nie musi oznaczać wiecznych antagonizmów między mocarstwami, a Rosja i Stany Zjednoczone nie są predestynowane do prowadzenia wiecznej wojny ideologicznej. Barack Obama zabiega zresztą od początku swojej prezydentury o normalizację stosunków z Moskwą. Chyba, że przyjmiemy za pewnik twierdzenie Andre Gluckmana, że Rosja „nie tyle dąży do mocarstwowości, ile pragnie szkodzić”. Może rzeczywiście Rosja jest takim właśnie globalnym szkodnikiem (nie mogę się pozbyć analogii do Korei Północnej), który za punkt honoru postawił sobie sianie paniki i niepokoju. Jeśli tak jest, to tylko czekać aż Kreml przerzuci nieco więcej wojsk do Osetii i Abchazji – w formie nabitego ostrą amunicją straszaka. Całkiem możliwe wobec tego, że jedyną ceną jaką przyjdzie Gruzji zapłacić za prozachodnią postawę swojego prezydenta będzie ciągły strach. To jednak wersja mocno optymistyczna.