Obama rok później

Czy tego chcemy, czy nie, to Stany Zjednoczone tworzą trendy w polityce globalnej i to w Waszyngtonie pociąga się za sznurki wielkiej polityki tej planety. Nic więc dziwnego, że zmiana warty w Białym Domu jest zawsze dla świata tak istotna, a wybory prezydenckie w USA są także wyborami dla wszystkich innych krajów. Dlaczego? Dlatego, że jeśli uznać Stany Zjednoczone za jedynego hegemona, który prowadzi swą politykę zagraniczną w sposób unilateralny, to przywódca takiego kraju jest także pośrednio liderem pozostałych państw.

Zaprzysiężony w styczniu mijającego roku Barack Obama został 44 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Pomijając kwestię rasową i fakt, że Barack jest pierwszym w historii czarnoskórym przywódcą Ameryki, istotą jego prezydentury są – a przynajmniej powinny być – zmiany. Kampania wyborcza w 2008 roku zrodziła hasła pełne nadziei. „Change We Need” oraz „Change We Believe In”. Ludzie tych zmian zarówno potrzebowali (need), jak i w nie uwierzyli (believe).

Barack – w języku suahili „Błogosławiony” – zastąpił w Białym Domu republikańskiego „szeryfa”, który podczas swoich 8 lat rządów zniechęcił do siebie pół świata i niemal całe społeczeństwo amerykańskie. Zarówno w kraju jak i za granicą George W. Bush prowadził egoistyczną politykę siły i interesu. Interesu, co amerykańscy intelektualiści często powtarzają, korporacji. Najwyraźniej można było tę tendencję zaobserwować przy okazji afery Enronu, czy choćby argumentów przemawiających za inwazją na Irak (broń masowej zagłady, dyktatura Saddama, wolność Irakijczyków, a na sam koniec najważniejsze – druga na świecie tuż za Arabią Saudyjską potęga naftowa Iraku, w którym bardzo szybko kontrakty otrzymały ExxonMobil, Chevron, BP i Shell. Czyż nie była to wymowna farsa, gdy Amerykanie zdobywszy szybko Irak zabezpieczyli zbrojnie szyby naftowe pozostawiając wszelkie muzea i zabytki kultury na pastwę grabieży?).

Obama miał położyć kres praktykom jednobiegunowej polityki, która wyizolowała poniekąd Stany Zjednoczone na arenie międzynarodowej. Jego zwycięstwo w wyborach przyjęto z euforią. Amerykanie cieszyli się z samych siebie, okazało się bowiem, że są bardziej dojrzali niż im się wydawało, a ich kraj reprezentować będzie czarnoskóry demokrata ze skalaną przeszłością z narkotykami w tle. Świat cieszył się, że odchodzi Bush, a wraz z nim butna polityka Teksańczyka.

Barack Obama objął urząd w bardzo niekorzystnym momencie. Ameryka uwikłana w dwie wojny, dziesiątki zobowiązań ekonomiczno – militarnych na całej planecie, upadająca gospodarka Stanów Zjednoczonych (w tym rosnący w gigantycznym tempie 2mld USD dziennie dług narodowy) oraz nadszarpnięta wiarygodność intencji USA na globalnej szachownicy.

Mając świadomość realiów w jakich znajdują się Stany Zjednoczone Barack Obama postawił w kampanii prezydenckiej na cud. Obiecał tyle, że nierozsądnym byłoby sądzić, iż jest w stanie spełnić dane obietnice. Obama jest poniekąd ofiarą swojej własnej kampanii wyborczej. Świat oczekuje od niego zmian, których prezydent USA dać nie może.

Najbardziej uwidoczniło się to przy okazji Pokojowej Nagrody Nobla, której laureatem został Barack Obama. Ludzie na całym świecie zachodzili w głowę ZA CO TA NAGRODA. Za „nadzieję” oczywiście. Komitet norweski dał temu wyraz oznajmiając, że Obama uosabia „nadzieję na lepsze jutro”. Czy jednak można oczekiwać, iż Pokojowa Nagroda Nobla zmieni politykę Stanów Zjednoczonych? Oczywiście nie. Stąd też olbrzymie zdziwienie międzynarodowych obserwatorów, gdy pod koniec mijającego roku Obama ogłosił konieczność zwiększenia kontyngentu wojskowego w Afganistanie prosząc przy okazji o pomoc swoich sojuszników.

Amerykanista prof. Bohdan Szklarski słusznie twierdzi, że Obama wpadł w swoistą „pułapkę bycia anty – Bushem”. Zrodziło to naturalnie pewne oczekiwania wobec Obamy jak np. całkowite odejście od jednobiegunowości w polityce zagranicznej – jako antonimię dla poczynań poprzednika. Faktycznie jednak wiele z posunięć nowego prezydenta jest kontynuacją polityki Busha ponieważ taki jest interes Stanów Zjednoczonych w poszczególnych regionach świata. Interes ten od lat pozostaje niezmieniony – jest nim energia i jej źródła (także w Afganistanie, wiadomo bowiem, że przez ten kraj miał iść rurociąg gazowy, jednakże wobec fiaska pertraktacji Unocalu [dziś już po fuzji z Chevronem] z Talibami plan zarzucono na czas obalenia reżimu Talibów).

Multilateralna retoryka Obamy pozostawia wiele do życzenia w sferze praktycznej. Faktycznie nowy prezydent USA doprowadził do zbliżenia z Rosją, stara się odbudować poszanowanie do organizacji międzynarodowych i odzyskać poparcie utracone przez administrację Busha. Obama jawi się więc przede wszystkim jako przeciwieństwo Busha, który był bezwzględnym twardzielem i bywa przez to bagatelizowany. Dobitnie daje temu wyraz premier Izraela Benjamin Netanjahu, który systematycznie odrzuca i ignoruje prośby prezydenta Stanów Zjednoczonych o zaprzestanie osadnictwa na Zachodnim Brzegu.

Pierwszy rok urzędowania Obamy w Białym Domu przyniósł więcej pytań niż odpowiedzi. Najbardziej zastanawiają trzy kwestie:

  1. Na ile retoryka multilateralizmu zostanie wprowadzona w czyn, a na ile pozostanie jedynie w formie doskonale sprzedającej się (wespół z wizerunkiem Obamy) teorii?
  2. Na ile multilateralizm Obamy jest wynikiem lewicowej dobroduszności prezydenta, a na ile wynikiem suchej kalkulacji i logicznej reakcji na sytuację międzynarodową, w której świat odwrócił się od jednobiegunowych Stanów Zjednoczonych Busha?
  3. Czy nie okaże się przypadkiem, że dzisiejszy świat jest zbyt brutalny dla osób ugodowych i mało stanowczych (jak Obama)? Czy świat zmęczony Bushem nie zatęskni niebawem za „hard power” bojąc się nieprzewidywalnych konsekwencji „soft power”? Innymi słowy: czy dzisiejsza polityka globalna nie potrzebuje silnej ręki?

Z odpowiedzią na wszystkie te pytania będziemy musieli nieco jeszcze poczekać, przynajmniej do kolejnych wyborów, kiedy to obywatele Stanów Zjednoczonych dadzą wyraz swoim emocjom i wystawią Obamie ocenę na kartach do głosowania. Jedno jest pewne: nie ma sensu wykuwać Obamy na górze Rushmore, czy też stawiać go po stronie nieudaczników. Jeszcze nie dziś.

Być może chwilowa niemoc Obamy to swoista trema związana z odpowiedzialnością globalnego przywództwa. Stawia to jednak kolejne pytanie: czy nie powinno się wymagać od prezydenta Stanów Zjednoczonych pełnej gotowości do rządzenia światem? Kto wie, może to ten brak gotowości wpycha Obamę w pułapkę multilateralizmu i każe mu się dzielić odpowiedzialnością za porządek świata poprzez zaproszenie na scenę nowych graczy? Tego typu rozważania przywołują odwieczną zagadkę: co było pierwsze, jajko, czy kura? Śmiem jednak twierdzić, że w przypadku polityki międzynarodowej nie ma to większego znaczenia, liczą się bowiem skutki konkretnych posunięć i decyzji. Analizą przyczyn zajmą się zapewne historycy.

Nie podejmę się wystawienia Obamie oceny. Nie na tym etapie jego prezydentury. Przestrzegam przy okazji przed takimi próbami, gdyż łatwo jest ulec iluzjom. Po niespełna roku rządów George’a W. Busha jego prezydentura oceniana była nieźle. Kilka lat później można poczytać o niej na mało chwalebnych kartach historii. Pozostaje wiara, że z Obamą będzie odwrotnie, wciąż bowiem daje się odczuć charyzmę jego osobowości i oddziaływanie hasła, z którym został utożsamiony: „Hope”, czyli nadzieja.