Mali żołnierze: dzieci na linii frontu
Chociaż problem „dzieci wojny” dotyczy wielu krajów na świecie, m.in. Iraku, Afganistanu, Sri Lanki czy Birmy, to najczęściej problem ten problem wiąże się z państwami afrykańskimi, takimi jak Liberia czy Uganda. W wymienionych państwach rozgrywają się konflikty o niskiej intensywności, które generowane są przez dwa główne czynniki umożliwiają rekrutację młodocianych żołnierzy do paramilitarnych bojówek i organizacji. Po pierwsze, niewielki koszt zakupu broni i możliwość prowadzenia działań zbrojnych w oparciu o lekki sprzęt. Ciężarówki zastępują wozy opancerzone i czołgi, a niska cena AK-47 pozwala łatwo i szybko dozbroić się. Dla przykładu, jeden AK-47 w Ugandzie oscyluje wokół wartości kury, z kolei w północnej Kenii można go kupić za cenę kozy. Po drugie, w żyjących tam społeczeństwach istnieje łatwy dostęp do „czynnika żywego” w postaci ludzi młodych (dzieci i młodzieży), którzy pozbawieni perspektyw życiowych poszukują w zbrojnych watahach stabilizacji i prestiżu. Służąc w militarnej bojówce młodzi ludzie dowartościowują się i pożądają respektu od innych, co osiągają poprzez terroryzowanie bezbronnych mieszkańców niewielkich wiosek, w których niegdyś sami mogli mieszkać. Wymienione czynniki w znacznej mierze ułatwiają indoktrynowanie i manipulowanie dziećmi, których pojmowanie świata zaczyna ograniczać się wyłącznie do życia w zbrojnej grupie.
Nie bez znaczenia jest również fakt, iż w Afryce jedna trzecia dzieci jest niedożywiona, a w 2010 r. problem ten będzie dotyczył połowy wszystkich dzieci na kontynencie. Dlatego przyłączenie się do jakiejś bojówki dla wielu z nich jest jedyną szansą na przeżycie. Kwestia niedożywienia, oprócz zagrożenia dla życia, niesie ze sobą inną implikację – taki organizm jest uboższy w podstawowe mikroelementy i witaminy, które to czynniki wpływają na zdolność samodzielnego myślenia. Bez nich dużo łatwiej wpływać na sposób myślenia młodego człowieka, co w znaczniej mierze ułatwia proces jego rekrutacji.
Najlepszym przykładem niskobudżetowego wojska, sformowanego głównie z dziecięcych oddziałów jest Liberia za czasów Charlesa Taylora, który był jednym z największych afrykańskich warlordów, a potem piastował urząd prezydenta tego państwa w latach 1997-2003. Przed objęciem władzy zdołał powołać pod broń ponad dwadzieścia tysięcy młodocianych żołnierzy, dzięki którym utworzył quasi państwo – Taylor Land będące enklawą Liberii. Taylor pokazał jak łatwo zmobilizować (uprowadzić i zmanipulować) rzeszę dzieci, które z oddaniem poświęcą życie za sprawę przywódcy.
Brutalna rekrutacja
Niezależnie od szerokości geograficznej, pod jaką toczy się konflikt, metody rekrutacji zdają się być te same. Czasem zbrojna grupa pojawia się w danej miejscowości, gdzie dokonuje masowych gwałtów i morderstw na jej mieszkańcach. Jeżeli znajdują się tam dzieci, są one zabierane siłą z domów i wcielane do oddziałów. Zazwyczaj jednak niepełnoletni sami starają się przyłączyć do bojówek, bowiem dają one szansę „lepszego” życia. Proces manipulacji i indoktrynacji odbywa się jednocześnie. W międzyczasie dziecko jest bite, głodzone, przemieszczane z miejsca na miejsce. Podsyca się w nim agresję i chęć zemsty – wrogiem jest każdy spoza grupy. Etapem wieńczącym ten proces jest dokonanie rytualnego morderstwa albo egzekucji, nierzadko poprzedzonej długotrwałym znęcaniem się nad ofiarami. Okres przystosowawczy zazwyczaj doprowadza dzieci-żołnierzy do wyzbycia się uczuć wyższych, jak miłość czy współczucie. Stają się posłusznymi i pozbawionymi wolnej woli egzekutorami decyzji przywódcy grupy. W Sierra Leone dzieci-żołnierze jednej z bojówek miały określać się mianem „cyborgów”, co nadawało im status bezdusznych maszyn i zimnych morderców.
W międzyczasie dzieci uczone są obsługi broni i prowadzenia pojazdów. Na pole bitwy posyłane są bez poczucia moralności i wyobrażenia o konsekwencjach własnych czynów. Często wysyłane są do walki po zażyciu narkotyków czy alkoholu, co ma podnieść ich zdolność bojową. Jako iż dzieci można łatwo werbować i przekształcać w tanią siłę roboczą, przeciwstawiane są nierzadko liczniejszym i lepiej uzbrojonym przeciwnikom. Tak „wyszkolona” i uzbrojona młodzież często podchodzi beztrosko do wszelkich zagrożeń, tym samym będą jeszcze bardziej nieprzewidywalną i niebezpieczną. Dzieciom-żołnierzom brakuje oporów przed zadawaniem bólu i śmierci. Gdy ma dojść do walki pomiędzy oddziałami warlorda i podmiotu państwowego, ten na pierwszą linię wyśle formacje dziecięce, bowiem ich utrata nie będzie dotkliwa, a przed swoim unicestwieniem zada nieprzyjacielowi dotkliwe straty.
George Friedman w swojej prognozie na XXI wiek („Następne 100 Lat. Prognoza na XXI wiek”) przyznał, że posiadanie dzieci przestało się opłacać, ponieważ generują duże koszty, w zamian niewiele oferując. W przypadku dzieci-żołnierzy tendencja jest odwrotna. Watażka (uzurpujący sobie stanowisko ojca) otaczając się dużą ilością młodocianych wojowników zapewnia sobie maksimum bezpieczeństwa przy minimalnych kosztach. Dlatego znamiennym jest fakt, iż tak długo jak watażkowie mają dostęp do rzesz młodych, pozbawionych perspektyw i sfrustrowanych ludzi, tak długo będą dążyć do eskalacji przemocy, a także wywoływania nowych konfliktów. Wszelkie próby zaprowadzenia porządku są prawie zawsze skazane na porażkę, bowiem w miejscach takich jak Afryka Subsaharyjska prowadzenie wojen jest dużo tańsze niż utrzymanie pokoju.
Maciej Pawłowski


żal tych dzieciaków. To jest ich świat i innego nie znają, nie wiedzą co tracą, co mogliby mieć i jak żyć, gdyby nie szerokość geograficzna, na której przyszło im się urodzić i żyć.
Ze swojego dzieciństwa pamiętam zabawy w wojny wietnamskie; ganialiśmy z plastikowymi karabinami po osiedlu, a co uboższe dzieciaki z patykami kształtem przypominającymi broń i krzyczeliśmy „beng beng beng – zabity!!!”. Ciekawe, czy chciałoby się nam w to bawić, gdyby ktoś pokazał nam świat przedstawiony w powyższym tekście.
Świetny tekst. Dobrze kontrastuje z tekstem ze świątecznego Newsweeka Polska, w którym przeczytałem, że wojna jako taka zanika
Dawno się tak, niestety, nie ubawiłem. Powyżej mamy brutalną prawdę, a przywołany tekst z gazety nie bardzo nawiązuje do rzeczywistości.
@Piotrek: generalny trend wskazuje na zmniejszającą się liczbę wojen i konfliktów na świecie (aczkolwiek Afryka, co jest chyba jej jakimś już standardem, w zasadzie od 10 lat trzyma się mocno pod tym względem). Nie czytuję wspomnianego tygodnika, ale z chęcią zajrzę do tego artykułu. Myślę, że ludzka natura nie pozwoli zaniknąć wojnom, jesteśmy do tego stworzeni, niestety (?).
Wszystko zależy od definicji wojny. Nie dostrzegam trendu spadkowego konfliktów na świecie. Wiele z nich toczy się wewnątrz granic państwowych, stąd trudno uznać je za klasyczną wojnę – jednak ludzie giną, pojawia się duża liczba uchodźców itd.
Podzielam refleksję, że ludzka natura nie pozwoli wojnom zaniknąć.
Ludzka natura ma to do siebie, że jeśli napotka pewnego rodzaju ograniczenia,
potrafi się do nich dostosować, oswoić je. Podobnie jest z wojnami- w klasycznym
ujęciu (starciu minimum dwóch sił, z rozróżnieniem cywil-kombatant, etc.)
są one ograniczane coraz bardziej- powoduje pewnego rodzaju stworzenie
środków zastępczych (w rodzaju konfliktów asymetrycznych, czy to działań wymierzonych
w cywilów, czy właśnie wykorzystanie dzieci w działaniach wojennych).
Trend spadkowy pojawia się (rzekomo) poprzez zanikanie klasycznych konfliktów-
i nie tyle jest ich mnie, cowymykają się one zwyczajnie klasyfikacji, mają charakter
specyficzny dla danego regionu, i wpływa na nie masa innych czynników.
Dlatego ewolucja konfliktów idzie w pewnym kierunku- jak to autor wspomniał,
od czasów Napoleona, przez wojny światowe i konflikty na tle etnicznym czy
narodowo-wyzwoleńczym (np. cykliczne rzezie na Bałkanach na początku XX wieku)
aż do dzisiejszych, trudnych do ujęcia w ramy klasycznej definicji konfliktów.
Do tego dochodzą inne problemy, takie jak terroryzm.
Co by nie być gołosłownym, w temacie coś napisać: warto zauważyć, że te
dzieciaki nie walczą bo im się to podoba, tylko po pierwsze: walczą, bo są
prowadzeni przez lokalnych kacyków albo armie (jako podatni na indoktrynacje,
szybko uczące się oraz bezwzględne- bo dzieci takie akurat są) oraz walczą,
bo to jedyne co mogą robić. Nie mogą się kształcić, bawić, odpoczywać,
zajmować tym, co dziecko powinno- bo jest wojna. Dlatego walczą. Ryszard
Kapuściński zwracał na to wielokrotnie uwagę, i jego obserwacje uważam
za bardzo trafne- jeśli naprawdę chcemy zrozumieć mechanizm stojący za
tym zjawiskiem.
Tekst bardzo dobry, podobał mi się. Porusza temat bardzo ważny, marginalizowany,
ba, chyba nawet celowo pomijany. A przecież chodzi tutaj o dzieci, które będą
rosły i będą stanowiły o przyszłości tych państw.