Katalonia natchniona Kosowem

Pod koniec każdego roku przychodzi czas na rachunek sumienia oraz na zadumę nad tym, czego byśmy sobie życzyli w nadchodzącym okresie. Nie napiszę zestawienia wydarzeń najistotniejszych dla polityki globalnej. Nie sporządzę także listy politycznych życzeń na rok 2010. Pochylę się natomiast nad niedawnym wydarzeniem, – niezwykle ważkim w moim odczuciu – które zostało medialnie przemilczane bądź zbagatelizowane.

W miejscowości Arenys de Munt, leżącej na terytorium Katalonii, odbyło się 13 grudnia pozarządowe i niewiążące referendum nad niepodległością Regionu Autonomicznego. Pytanie brzmiało: czy zgadzasz się, by Katalonia stała się niezależnym, demokratycznym państwem będącym częścią Unii Europejskiej? Odpowiedzi twierdzącej udzieliło 94,7% głosujących. To jednak pyrrusowe zwycięstwo Katalończyków. W referendum wzięło bowiem udział jedynie około 30% uprawnionych. To bardzo niska frekwencja jak na naród, który pragnie niepodległości, a kastylijski rząd uważa za okupanta („300 anys d’ocupació, 300 anys de resistència”). Tłumaczyć można to jedynie tym, iż referendum przeprowadzone zostało przez organizacje społeczne, i do którego po prostu nie przyłożono dostatecznej wagi.

Niezrażeni frekwencją organizatorzy zapowiedzieli, że zwrócą się z prośbą do parlamentu Katalonii o przeprowadzenie oficjalnego referendum w kwietniu 2010 r. Inicjatywę skrytykował premier Zapatero, twierdząc, że „to ślepa uliczka”. Nastroje są podzielone wśród samych Katalończyków. Obok dążących do niepodległości narodowców żyją równolegle tacy, którzy czują się po prostu Hiszpanami i wcale nie zależy im na oderwaniu się od rządowej Kastylii i pozostałych prowincji. Choć wyniki referendum są jednoznaczne, to równie wymowna była jego frekwencja. Entuzjaści separatyzmu mogli obudzić się nazajutrz z ciężkim kacem po przegranej bitwie ze współobywatelami.

Proces sterowanego odgórnie zacierania tożsamości katalońskiej rozpoczął się w 1469 roku poprzez ślub Izabeli Kastylijskiej z Ferdynandem II Katolickim (Aragońskim). Unifikacja królestw doprowadziła do stopniowego ujednolicenia praw, języka i kultury hiszpańskich prowincji na modłę Kastylii oraz do zepchnięcia Katalonii w dół iberyjskiej hierarchii. Przypieczętowaniem tego procesu był dekret króla Filipa V z 1716 roku, w którym – jak pisze Rafał Lorent – „zlikwidowano samorząd kataloński, zabroniono języka katalońskiego oraz zaprowadzono w miejsce prawa lokalnego prawo kastylijskie”. Dzisiaj, po latach zmagań z centralnym rządem, Katalończycy cieszą się statusem „narodu”, który prawnie obowiązuje od 2006 roku, i który umożliwia Katalonii zawieranie umów międzynarodowych. Był to faktycznie pierwszy istotny krok na drodze do niepodległości.

Referendum niepodległościowe w Katalonii obserwowali przedstawiciele między innymi Szkockiej Partii Narodowej, kanadyjskiej prowincji Quebec, włoskiej części Tyrolu  oraz belgijskich partii flamandzkich – wszyscy żywo zainteresowani własną niepodległością. Kto wie, czy w przyszłości Katalonia nie będzie z jednej strony kontynuatorką spuścizny Kosowa, a z drugiej wzorem dla innych narodów pragnących usankcjonować na arenie międzynarodowej swoją społeczność lokalną. To przejaw charakterystycznej dla realiów pozimnowojennych tendencji do decentralizacji państw oraz kultywowania regionalizacji. Ewentualna niepodległość Katalonii odbije się najgłośniejszym echem w samej Hiszpanii. Baskijskich separatystów przedstawiać światu nie ma potrzeby, sami robią to dostatecznie głośno i wybuchowo, a to oni najdobitniej zaczną upominać się o swoje prawa do niepodległości biorąc Katalonię za przykład. Najczarniejszym scenariuszem byłby wówczas powrót na półwyspie iberyjskim do realiów sprzed zjednoczenia Hiszpanii. Jeśli niepodległość uzyska Katalonia, to dlaczego miały by tego nie uczynić Baskonia, czy Andaluzja? Tym bardziej, że dla Basków kazus Katalonii stanowiłby kartę przetargową dla własnej niezależności i w dłuższym okresie czasu mógłby prowadzić do bałkanizacji Hiszpanii.

Echo niepodległości Katalonii zachęciłoby Flamandów, Szkotów, Tyrolczyków i wiele innych narodów do podobnych działań. W efekcie regionalizacja Europy mogłaby przybrać za kilka lat niebezpieczną szatę farsy, w której niepodległość zamarzy się Kaszubom, Wielkopolanom, Bawarczykom, francuskim muzułmanom, czy choćby Cyganom na Słowacji (jakkolwiek dziś wydaje się to surrealistyczne, chodzi wszak o pewną zasadę). Wówczas Europa przestałaby być tworem, który znamy dziś, a stałaby się zlepkiem setek narodów, tak niebezpiecznym dla stabilizacji i pokoju. W rzeczywistości Europa nie ma dziś wrogów zewnętrznych, ale sama sobie może okazać się koniem trojańskim, który przywleczony rękoma separatystycznych mniejszości może poważnie zagrozić wewnętrznym strukturom bezpieczeństwa i jedności na Starym Kontynencie. Oto, dlaczego wydarzenia z 13 grudnia uznaję za tak ważne.