Co z tym światem?

world_mapWskutek II Wojny Światowej rozpadły się potęgi Starego Kontynentu, zaś rolę globalnego lidera podjęły Stany Zjednoczone Ameryki. Prym USA kwestionowany był przez innego zwycięzcę wojennych zmagań – Związek Radziecki. Powstał wówczas specyficzny system, w którym dwie równorzędne potęgi balansowały układ sił na świecie. Doktryna Mutual Assured Destruction (MAD, pol. Wzajemne Zagwarantowane Zniszczenie) stwarzała polityczny klimat impasu, w którym żadne z dwóch mocarstw nie odważyło się zaatakować drugiego (ani jego sojusznika) ze strachu przed niechybną reakcją w postaci deszczu bomb atomowych.

Europę przepołowiła – zdaniem Winstona Churchilla – „żelazna kurtyna”, która rozpościerała się „od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem”. Niegdysiejsze mocarstwa takie jak Wielka Brytania lizały odniesione w czasie wojny rany, a w kwestii wojskowej cofnęły się do głębokiej defensywy. Europa popadła w militarne lenistwo. Jedynym zagrożeniem dla pokoju na świecie był wówczas komunizm, a na niego szablę ostrzył Waszyngton. Wobec tego Europa wytworzyła inne cechy, które wzięły górę nad ofensywą zbrojną: głębokie poszanowanie do zasad multilateralizmu i dyplomację. Dyplomację opartą na zasadzie konsensusu i równości, a nie siły i wyższości. Ma to swoje uzasadnienie w psychologii. Stary Kontynent był – w bardzo krótkim odstępie czasu – świadkiem (i ofiarą) dwóch krwawych wojen, które pochłonęły życia niemal 100 milionów ludzi. Dość miał już bezsensownego przelewu krwi i zawierzył w alternatywę – pokojowe budowanie sąsiedzkich stosunków. Strategia ta doprowadziła ostatecznie do powstania Unii Europejskiej, urzeczywistnienia europejskiej wizji wspólnoty bez granic.

Podczas gdy Stany Zjednoczone i Rosja ścigały się ze sobą na wszelkich możliwych gruntach, od ilości głowic nuklearnych po kolonizację kosmosu, kontynentalna Europa odradzała się gospodarczo. Zdarzały się naturalnie chwilowe wyjątki od tej prawidłowości (vide de Gaulle, który próbował wskrzesić potęgę militarną Francji), jednakże mając gwarancję pomocy Stanów Zjednoczonych dawne europejskie mocarstwa mogły spokojnie rozwijać swoje społeczeństwa dobrobytu. W sytuacji, gdy Amerykanie prowadzili ciągłe wojny (Korea, Wietnam, Irak, Afganistan oraz cały szereg interwencji w obrębie planety), Europa niemal całkiem zapomniała o odpowiedzialności za siebie. Od momentu, gdy Stany Zjednoczone przystąpiły do II Wojny Światowej po stronie aliantów, a dawne imperia kolonialne jedno po drugim upadały z hukiem, nad Europą otworzył się amerykański parasol ochronny zabijając niemal całkiem samodzielność zbrojną Starego Kontynentu.

Dzisiejsza Europa – gospodarcza potęga – pozostaje militarnym słabeuszem. To bezpośredni efekt wiodącej roli w świecie Stanów Zjednoczonych oraz jednostronnych gwarancji pomocy i interwencji w obronie interesów swych partnerów. Od upadku Związku Radzieckiego Stany Zjednoczone były niekwestionowanym przywódcą świata, liderzy innych państw z każdym problemem gnali bezpośrednio do Waszyngtonu, a żadna istotna dla Ziemi decyzja nie mogła zapaść bez zgody Białego Domu. Takim stanem rzeczy zmęczeni są już zarówno Amerykanie, jak i europejscy intelektualiści, o muzułmanach z Bliskiego Wschodu nie wspominając. Odżywają głosy o potrzebie zbudowania na nowo świata multilateralnego. Szczególnie dziś, kiedy przyszło nam żyć w świecie, jaki pozostawił po sobie George W. Bush – niestabilnym, skłóconym, z wciąż rosnącymi tendencjami odśrodkowymi, które podważają model cywilizacji zachodniej jako jedyny słuszny. Istniejąca od 1992 roku Unia Europejska była do tej pory zbiorem krajów, które więcej dzieliło niż łączyło. Każde z państw realizowało swoje strategie gospodarcze, a politycznych nie realizowano niemal wcale. Nic więc dziwnego, że Waszyngton nie mógł przez długi czas doprosić się o równorzędnego partnera do współrządzenia światem.

Być może nastąpił w tej materii przełom. Oto okazuje się, że rząd Szwecji planuje przejąć po USA schedę negocjatora w konflikcie pomiędzy Izraelem, a Palestyną. To niezwykle istotne i szczytne. Stany Zjednoczone, wciąż uwikłane w Afganistan, Irak i kto wie – może niebawem Iran, potrzebują europejskiego wsparcia. Głupotą byłoby pomagać Stanom Zjednoczonym militarnie w wojnach, które Ameryka sama wywołała, jednakże istnieje uzasadnienie do pomocy dyplomatycznej przy wszelkiego rodzaju kryzysach. Konflikt na Bliskim Wschodzie jest sytuacją szczególną. Kiedy Europa miałaby pokazać swoją gotowość do współrządzenia światem jeśli nie teraz? Tym bardziej, że Benjamin Netanjahu zdaje się kpić z próśb Baracka Obamy o zaprzestanie budowania kolejnych osiedli w okupowanej strefie, co stanowi jeden z bezwzględnych warunków do ustanowienia pokoju w tym regionie. Wobec impasu negocjacyjnego Stanów Zjednoczonych w kwestii Izraela, rzeczą pożądaną jest przejęcie roli mediatora przez Stary Kontynent.

Na tym może się zresztą rola Europy kończyć. Stany Zjednoczone wymachują szabelką, a Europa rozmawia. Tak było od lat, tak też pewnie będzie jeszcze jakiś czas. Ważne jednak aby mieszkańcy Europy zdali sobie sprawę ze swej odpowiedzialności za samych siebie i za globalny porządek. Nie można bez końca liczyć na pomoc Wielkiego Brata (tego po drugiej stronie Atlantyku, a nie tego z pogranicza Europy i Azji).

Czymże jest dzisiejszy pseudomultilateralizm? Zakładając, że Ziemia jest spektaklem teatralnym to główną rolę grają Stany Zjednoczone. Ameryka jest także tego spektaklu reżyserem oraz suflerem. W przypadku, gdy jakiś drugoplanowy aktor zapomni swoją rolę, USA spieszą z pomocą niosąc słowną reprymendę bądź też zrzucają właściwy scenariusz z pokładu B-2. Zdarza się, że do gry zaproszeni są inni aktorzy, ale tylko wówczas, gdy wymaga tego sytuacja – uprawomocnienie pewnych decyzji (choć nie zawsze jest to Stanom Zjednoczonym potrzebne) albo pomoc (głównie zbrojna i ekonomiczna). Zaproszeni na scenę aktorzy sięgają jednak pod wieloma względami gwieździe spektaklu co najwyżej do pasa. Dzieje się tak głównie dlatego, że Europa pogodziła się z taką rolą. Zadowoliła się budowaniem idealnego społeczeństwa dobrobytu, dyplomacją pokojową oraz gwarancjami bezpieczeństwa ze strony USA. Przy okazji jednak, co jakiś czas odzywają się roszczenia wobec umniejszonej roli Starego Kontynentu w świecie. Nie można w nieskończoność biernie oczekiwać, że Stany Zjednoczone powiedzą pewnego dnia: „Europo, zagraj pierwsze skrzypce u mego boku”. Raz, że Europa nie jest gotowa na samodzielność wojskową, co jest wynikiem wieloletniego uzależnienia od pomocy, a dwa, że Ameryka pusząca się dumnie swoją władzą nie odda jej ot tak. Europa musi na multilateralizm zapracować, udowodnić swoją wagę. Konflikt na Bliskim Wschodzie może być tego prologiem.

Warto jednak zastanowić się, czy multilateralizm jest rozwiązaniem pożądanym. Naturalnie, punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, jednakże współrządzenie – jak pokazała historia – bywa niebezpieczne. Przypuśćmy, że w multilateralnym świecie rządzić będzie Wielka Piątka: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Rosja, Chiny. Załóżmy, że w świecie wielobiegunowym wszystkie te państwa są względnie równe i dysponują takimi samymi zasobami ludzkimi oraz militarnymi. Wybucha wojna pomiędzy Rosją i Chinami o Syberię. Nie istotne jest, czy wygra Smok, czy Niedźwiedź. Istotne są układy sił. W świecie, w którym mocarstwa są równe, decyzja jednego może zaważyć na losach świata. Dajmy na to, że po stronie Rosji staje Francja (nie wiem dlaczego miałaby to zrobić, ale to tylko założenie), po stronie Chin stają zaś Stany Zjednoczone i jej giermek Wielka Brytania. Wojnę wygrywają Chiny. Można tę sytuację zobrazować banalnie prostym równaniem. A + B > C. Tak mniej więcej wygląda w uproszczeniu świat współrządzony. Jest niestabilny i grozi ciągłym konfliktem antagonizujących ze sobą stron, a niektóre z elementów takiego porządku skłonne są zmieniać sojusze w celu przeważenia rezultatu dla osiągnięcia doraźnej korzyści. Innymi słowy: im więcej stron, tym więcej interesów, które są ze sobą sprzeczne.

Jeśli nie multilateralizm to co? Bilateralizm rzecz jasna. Dzisiejszy świat zmierza do bilateralizmu i nawet o tym nie wie. Są nikłe szanse, że Europa zdoła włączyć się do walki o władzę nad światem, podobnie zresztą jak i Rosja. Afrykańskie i Bliskowschodnie państwa nie biorą nawet udziały w tym wyścigu, a Indie przegrywają z Chinami głównie za sprawą niższości demokracji nad autorytaryzmem w kwestii forsowania reform i strategii odgórnie nakreślonych przez władzę. Pozostaje wobec tego rosnąca potęga Państwa Środka. Chiny są w swojej strategii zagranicznej niezwykle pragmatyczne i wcale nie spieszą się z włączeniem się o władzę już dziś. Doskonale zdają sobie zresztą sprawę ze swej chwilowej słabości. Wszędzie jednak tam, gdzie Stany Zjednoczone nakładają embarga, albo gdzie nie chcą prowadzić interesów ze znienawidzonymi satrapami – pojawiają się Chiny (vide Iran, Sudan, czy Zimbabwe). Dla Chin polityka wiąże się bezpośrednio z interesem, a jako państwo autorytarne z niewielkim (o ile w ogóle) poszanowaniem do praw człowieka, zupełnie inaczej zapatrują się na zniesławionych przez USA despotów z „państw bandyckich”.

Już Napoleon pisał, że „Chiny to śpiący olbrzym. Niech śpi bo kiedy się zbudzi wstrząśnie światem”. Ta groźba nadal jest aktualna, tym bardziej, że Chiny już się budzą. Czy wstrząsną światem? To zależy tak od Chin jak i od reakcji świata. Pożądanym byłoby, aby Chiny, które staną się jednym z zarządców Ziemi, sprawowały swą rolę z pozycji ucznia, a nie wszechwiedzącego belfra rozsadzającego innych po kątach. Sama wizja bilateralnego świata współrządzonego przez Stany Zjednoczone i Chiny nie powinna przerażać. Dwubiegunowy świat wydaje się bowiem najbardziej stabilną ze wszystkich opcji. Pamiętając o zimnowojennej doktrynie MAD, w której żadne z mocarstw nie mogło się zaatakować nie popełniając tym samobójstwa, uważam, że takie rozwiązanie jest dalece bardziej skuteczne niż świat rządzony z jednego tylko miejsca. Waszyngton potrzebuje alternatywy dla siebie, potrzebuje równoważnika po drugiej stronie kuli ziemskiej. Carlos Fuentes proponuje nieco karkołomną teorię: „stworzenie drugiego bieguna jest nie tylko potrzebą natury politycznej, wynika z fizyki. Kula ziemska potrzebuje dwóch biegunów, aby mogła normalnie się kręcić”. Pewne jest, że świat potrzebuje równowagi i stabilności, konsensusu wypracowanych decyzji, a nie tylko odgórnie narzucanego porządku jednego władcy świata. Czy tym równoważnikiem mającym ustawić szalę w pozycji równowagi będą Chiny i czy podołają tak ważkiemu wyzwaniu pokaże czas. Nie nadawałbym jednak Chinom diabolicznej mocy, które opierają całą filozofię istnienia na naukach Konfucjusza. Ten chiński filozof rzekł kiedyś: „Kto nie umie daleko spoglądać, ten blisko ma kłopoty”. Może jednak warto spojrzeć nieco dalej i uświadomić sobie dzisiejsze zależności na globalnej szachownicy oraz rosnącą na niej rolę Państwa Środka? Dewizy amerykańskiego Skarbu Państwa i rosnący każdego dnia dług USA względem Chin zaprocentuje w niedalekiej przyszłości. W momencie, gdy Ameryka zacznie swój dług spłacać, popadnie w kryzys. Chiny z kolei będą czerpać z tego podwójnie zmniejszając i tak już stopniowo malejącą przewagę ekonomiczną Stanów Zjednoczonych. Hiperkonsumpcjonizm amerykańskiego społeczeństwa dostanie wkrótce rachunek z Pekinu. Europejczykom niezadowolonym z wizji współrządzenia światem przez Chiny pozostaje zrobić wszystko, aby Stary Kontynent włączył się do rządzenia, aby obudził się z letargu. Nie nawołuję przy tym do wyścigu zbrojeń. Nawołuję do wzięcia odpowiedzialności za Europę przez jej mieszkańców i podjęcia próby przewodnictwa w dyplomatycznym rozwiązywaniu globalnych konfliktów.