Chiny, przejrzystość i szczyt w Kopenhadze

Dla jednych absolutna porażka, klęska czy szczyt hipokryzji. Dla innych znaczący postęp, krok w dobrą stronę. Szczyt klimatyczny w Kopenhadze doczekał się ocen we wszystkich kolorach tęczy. Gdy część komentatorów krytykuje Stany Zjednoczone, pozostali skupiają uwagę na nieprzejednanej postawie Chin. Brytyjski minister ds. energetyki ostro atakuje Pekin za twarde stanowisko w Kopenhadze. Chińczycy nie pozostają dłużni.

Warto zatrzymać się na chwilę przy Chinach, które są zadowolone z końcowego porozumienia przedstawionego do wiadomości delegacji uczestniczących w obradach. Nie zagraża ono chińskiej suwerenności i jest zgodne z interesem narodowym ChRL. Takie jest oficjalne stanowisko władz chińskich. Udało się wywinąć od jakichkolwiek mechanizmów kontroli emisji, na co bardzo naciskały Stany Zjednoczone.

Przejrzystość? Nie, dziękujemy!

Dlaczego Chiny opierają się ściślejszej kontroli? Powodów jest wiele, ale przedstawiany przez ekonomistów, jakoby ujawnienie informacji oznaczało koniec biznesowej przewagi Chin nad resztą świata, jest zbyt skomplikowany, może nawet aberracyjny. Jakiekolwiek kontrole przeprowadzane przez niezależnych ekspertów oznaczałyby konieczność ujawnienia prawdziwych danych o gospodarce Państwa Środka. Zwraca na to uwagę John Lee na łamach Foreign Policy. Chińczycy zaś obdarzeni są wieloma przymiotami, ale próżno szukać wśród nich uczciwości przy tworzeniu statystyk gospodarczych.

Jakkolwiek by nie mierzyli, zawsze wyjdzie im wzrost gospodarczy w okolicach 8 lub więcej procent – tym stwierdzeniem można podsumować pracę chińskich statystyków. Prowincje gromadzą dane, przesyłają do centrali, a tam – jak w ustawionym losowaniu lotto – po zsumowaniu zawsze wychodzą te same liczby. Liczby, akceptowane następnie przez instytucje międzynarodowe takie jak Bank Światowy czy OECD (swoją drogą, instytucje nie mają wyjścia). Problemem jest skala fałszerstw, ale także niewielka de facto kontrola centrum (Pekinu) nad prowincjami. Lokalni aparatczycy są niczym udzielni władcy w systemie feudalnym, gdzie wzrok pana rzadko spoczywał długo na poszczególnych wasalach. W interesie aparatczyków lokalnych jest produkowanie takich danych, które zadowolą centrum. Centrum zaś nie może (brak realnych możliwości, siły sprawczej oraz woli) sprawdzić każdej prowincji zbyt dokładnie.

Statystyki made in China

Kwitnie więc system powszechnego oszustwa, tak dobrze znany wszystkim, którzy kiedykolwiek żyli w socjalizmie. Tu się poprawi, tu się wykreśli, tu się doda – oto recepta na fantastyczne sprawozdanie, po którym z Pekinu przyjdzie list dziękczynny, a miejscowi notable partyjni będą mieli święty spokój. Wyobraża sobie ktoś, że nagle do tej błogiej, mlekiem i miodem płynącej arkadii wkraczają kapitalistyczni eksperci, którzy raportują do swoich zachodnich (głównie) mocodawców, jak rzeczy mają się naprawdę? To jeszcze nic. Gorsze od zakłamanych statystyk jest rzeczywistość, która nagle wyszłaby na jaw. Świat i Chiny poznałyby wreszcie prawdziwe efekty trzech dekad cudu gospodarczego, nad którym pieje większość ekspertów od ekonomii od Sydney po Anchorage.

Jak słusznie zauważył Lee, Chiny chwilowo zeszły z linii strzału, ale amerykański Kongres, który ostatecznie pozwoli (bądź nie) prezydentowi podjąć wiążące zobowiązania może być mniej wyrozumiały dla Pekinu od przywódców państw.

Nowy format dyskusji

Na koniec ciekawa uwaga, na którą zwrócił uwagę Michael Levi w artykule opublikowanym na portalu amerykańskiego think-tanku Council on Foreign Relations – szczyt kopenhaski ujawnił ograniczenia maksymalnie multilateralnego procesu negocjacyjnego. Przez ponad tydzień rozmów nie udało się osiągnąć praktycznie niczego. Dopiero przybycie do duńskiej stolicy przywódców kluczowych państw pozwoliło uratować Kopenhagę przed totalnym fiaskiem. Zdaniem Leviego przyszłe porozumienia będą wykuwały się w niewielkich grupach tworzonych przez ważnych graczy, a drugą „nogą” procesu klimatycznego powinna stać się współpraca dwustronna pomiędzy zainteresowanymi państwami.

Warto, dla kontrastu, po lekturze artykułu Leviego przeczytać tekst Konrada Niklewicza. Z jednej strony spokojna i rozważna analiza, z drugiej egzaltacja, a nawet dość płaczliwy ton. Pomijając jednak formę, warto zwrócić uwagę na treść. Z którego tekstu więcej wynika? I który jest wart mniej, niż papier, na którym go wydrukowano. Każdy musi odpowiedzieć sam na postawione wyżej pytania.

Piotr Wołejko