Grypa w Europie – podejrzane szczepionki

Szczepionka
To podejrzane, że producent szczepionki chce, by państwo odpowiadało za ewentualne szkody przez nią wyrządzone

W „Kropce and i”, w dniu 3.11.2009 roku, doszło do starcia pomiędzy dziennikarką TVN24, Moniką Olejnik, a ministrem zdrowia w rządzie PO-PSL – Ewą Kopacz .Pani Olejnik mocno zaatakowała minister Kopacz. Cały zapis rozmowy można znaleźć tutaj.

Nie wszystko złote, co się świeci. Skoro szczepionki, bez żadnych gwarancji, kupują Niemcy, Włosi, Francuzi i Brytyjczycy, nie oznacza, że mają tak samo robić Polacy. Minister zdrowia legitymuje się cnotą, która jest tak deficytowa wśród polityków, ale jak też widać, dziennikarzy, w czasie tzw. epidemii – rozsądkiem, w dodatku – jak na nazwę resortu przystało – zdrowym.

Jeżeli producent leku nie chce wziąć odpowiedzialność za lek, który nie został do końca przetestowany, planuje utajnić skutki uboczne oraz powikłania występujące w późniejszym okresie, to może lepiej się nie szczepić? To co najmniej podejrzane, gdy firma farmaceutyczna domaga się, by to państwo odpowiadało za ewentualne szkody wyrządzone przez szczepionkę. Jeśli – pomimo deklaracji – tak się stanie i w Polsce, będę bardzo zawiedziony. Szczególnie, iż znamy amerykańską historię z lat 70-tych, gdy szczepionka na świńską grypę okazała się groźniejsza od samego wirusa. Przypuszczam, że zła szczepionka byłaby dla zdrowia dużo bardziej szkodliwa, aniżeli wirus A/H1N1, który w Polsce nie zabił jeszcze nikogo. Na marginesie trzeba dopowiedzieć, iż sposób przechodzenia świńskiej grypy jest u nas łagodniejszy, niż grypy sezonowej.

Nieciekawie to wygląda we Francji. Tam państwo przejęło odpowiedzialność za ewentualne skutki uboczne stosowania szczepionki, a firma farmaceutyczna GSK ma prawo utajnić szczegóły procesu jej opracowywania (źródło: RMF FM za mediami francuskimi). Moje rozumowanie jest bardzo proste, żeby nie powiedzieć infantylne – gdyby producenci szczepionek nie mieli nic do ukrycia, to by nie chcieli utajniać żadnych informacji ,tłumacząc się krótkim czasem przygotowywania. Minister Kopacz wskazuje, że niektóre specyfiki zaczynają negatywnie oddziaływać dopiero po długim czasie i brakuje informacji w tej sprawie. Żądanie ujawniania tych danych od producentów to zatem obowiązek rządu polskiego. Przede wszystkim – nie szkodzić. Dobrze jest posiadać szczepionki, nawet na wszelki wypadek, źle – nie wiedzieć, co się podaje ludziom.

Warto też uczyć się na błędach. Niemcy kupili 50 milionów szczepionek, ale program szczepień przechodzi poważne problemy po ujawnieniu, że co innego dostaje Bundeswehra, administracja oraz służby, a co innego przeciętny Schmidt. Niemcy nie chcą ryzykować i nie ufają zmienionej zawartości specyfiku. Łatwo wyobrazić sobie, że w Polsce reakcja może być podobna. Na razie Niemcy zostali – jak to mawiał Jan Himilsbach – jak ten ch.. z tymi szczepionkami. Może lepiej zaszczepić się po prostu przeciwko zwykłej grypie?

Koncerny farmaceutyczne zarabiają krocie na panice, która powstała w mediach. Telewizja – grypa, prasa – grypa, radio – grypa, internet – grypa. Popyt na leki i szczepionki dynamicznie wzrósł, co oznacza, że firmy takie jak Baxter AG, Roche, Novartis i GSK mają lepszą pozycję negocjacyjną wobec rządów, mogą również sterować podażą. Stąd właśnie wzięły się propozycje przejęcia przez państwo odpowiedzialności za skutki stosowania tych leków. Istnieje kolejka i wiadomo, że preferowane będą rządy chcące zabezpieczyć prawnie koncerny farmaceutyczne. Firmy nie chcą brać odpowiedzialności za swój produkt, co w naturalny sposób budzi podejrzenia. Zwłaszcza, że część problemów może pojawić się dopiero w trakcie masowych szczepień. Nikt też nie daje gwarancji na to, ze wirus nie uodporni się na szczepionkę. Znowu stosowna okaże się parafraza Jana Himilsbacha.

Ciekawą rolę w całym tym zamieszeniu odgrywa Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), która rekomenduje zakup szczepionek oraz leków. Zaryzykuję tezę, że stwierdzenie pandemii było przedwczesne. Powinno mieć miejsce dopiero w sytuacji dramatycznej (obecna jest jedynie niepokojąca) i pociągać za sobą daleko idące konsekwencje dla polityki konkretnych państw (np. kwarantanna). Monitoring i kontrola – tak, straszenie nie. Na pewno inną opinię na ten temat maja prezesi wyżej wymienionych firm.

Na samej Ukrainie śmiertelność pozostaje na takim samym, minimalnym poziomie (81 osób na 450 tysięcy chorych). Tak naprawdę nikt nie wie, na co chorują Ukraińcy. WHO uważa, że to A/H1N1, ale laboratoryjnie stwierdzono to tylko w niewielkiej liczbie przypadków – 16. Wiele wskazuje na to, że w większości mamy do czynienia ze zwykłą, sezonową grypą, chociaż naturalnie trzeba stwierdzić, że jej świńska odmiana również występuje na Ukrainie. Minister Kopacz, we wspomnianym już wywiadzie, mówiła o tym, że w Polsce stwierdzono 185 przypadków świńskiej grypy na ponad 1000 podejrzanych osób. Ukraińcy sami jeszcze nie wiedzą, z czym walczą. Naszym sąsiadom nie pomaga ich, znokautowana przez kryzys, gospodarka, która utrudnia walkę z epidemią. Zobaczymy, jak będzie wyglądać sytuacja za 2-3 tygodnie, gdy zarządzona kwarantanna dobiegnie końca.

Ponownie zachęcam do obejrzenia wywiadu z panią minister Kopacz. To kopalnia wielu interesujących informacji i rozsądnych argumentów. W polskich mediach, a zwłaszcza portalach internetowych, przez cały czas straszy się Polaków. W poniedziałek albo wtorek czytałem dramatycznego newsa, że odwołuje się zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim. Z nadzieją kliknąłem, licząc, ze jako student dwóch wydziałów załapie się na jakieś godziny dziekańskie. Jak się łatwo domyśleć – dotyczyło to jedynie studentów ukrainistyki, którzy wrócili z Lwowa z objawami grypy. Decyzja opanowana i naturalna, ale nie mająca żadnego znaczenia ani dla sytuacji wewnętrznej naszego kraju, ani dla Uniwersytetu Warszawskiego. Największy portal internetowy uznał ją jednak za tak ważną, iż umieścił ją na samej górze i pogrubił.