Gdzie leżą granice europejskiej integracji?

Źródło: dfg.de
Źródło: dfg.de

Podstawową osią sporu wokół integracji europejskiej jest kształt wspólnych instytucji i stosunek ich roli do politycznego znaczenia organów państwowych poszczególnych członków Unii Europejskiej. Dyskusja na temat zakresu władzy poszczególnych unijnych organów, źródeł legitymizacji ich imperium, mechanizmów funkcjonowania europejskiej legislatywy, egzekutywy a nawet judykatywy jest w zasadzie odbiciem prostej alternatywy – albo budujemy silną państwowość europejską, albo o tej państwowości zapominamy uznając wyższość i prymat instytucji państwa narodowego. Nawet kwestię wzajemnych relacji w obrębie samych instytucji unijnych, jak się wydaje, można uznać za pochodną tej alternatywy. Próba traktatowego wzmocnienia pozycji Parlamentu Europejskiego w latach 1987-1999 – jako organu od 1979 roku stricte przedstawicielskiego – wobec organów wykonawczych, przede wszystkim Rady Unii Europejskiej nie była niczym innym jak próbą wzmocnienia legitymacji władzy unijnej, , a więc podparcia argumentacji zwolenników silnej Unii.
Co więcej, trzeba zauważyć, że ów dyskurs, szczególnie aktualny dziś, w trakcie oczekiwania na wejście w życie traktatu lizbońskiego, toczy się nieprzerwanie co najmniej od chwili wykrystalizowania się pierwszych zrębów europejskiej integracji w latach 50. ubiegłego wieku.

Schmitt i homogeniczność

Mówiąc o europejskiej państwowości, nawet w rozumieniu czysto potencjalnym, pożyteczna jest próba zdefiniowanie pojęcia państwowości w ogóle. Wśród najważniejszych idei pierwszej połowy XX wieku wyróżnia się jaskrawość podejścia niemieckiego politologa Carla Schmitta. Stworzył on definicję państwowości w oparciu o pojęcie homogeniczności narodu. Otóż budowa państwa jest możliwa tylko w oparciu o naród, i to naród homogeniczny. Homogeniczność jest tutaj rozumiana szeroko, uwzględniając pochodzenie etniczne, wspólną kulturę czy język poszczególnych członków narodu. Dla naszych rozważań najważniejszy jest fakt, że z owej homogeniczności wypływa możliwość realizacji koncepcji rousseaou’owskiej jedności woli narodu. Naród, który może, dzięki homogeniczności, zdefiniować wspólny interes narodowy, jest zdolny do budowy jednolitego państwa demokratycznego.

Weiler i koncepcja supranacjonalizmu

Opierając się na założeniach Schmitta, wielu politologów odrzuciło możliwość stworzenia państwa europejskiego, wskazując, że byłoby to możliwe tylko wówczas, gdyby istniał europejski naród. Joseph Weiler, prawnik z uniwersytetu nowojorskiego, poszedł jeszcze dalej, sugerując, że z tezy o braku europejskiego demos można wywnioskować, że unijne organy są ex definitione pozbawione cech demokratycznych. Czym wobec tego jest, wciąż postępująca przecież, integracja europejska? Weiler odpowiada na to pytanie za pomocą pojęcia supranacjonalizmu (ponadnarodowości). Zaznacza, że Unia w żadnym wypadku nie jest państwem, tym bardziej zaś państwem demokratycznym. „Ponadnarodowa” współpraca państw członkowskich opiera się tylko i wyłącznie na homogenicznych wspólnotach – państwach narodowych. Owa współpraca, choć prawnie uregulowana, nie jest w żadnym wypadku trwała i tylko od poszczególnych państw narodowych zależy jej kształt i granice. Jako że demokratyczny charakter instytucji unijnych jest fikcją, demokracja jest możliwa tylko na poziomie narodowym i tylko tam występuje legitymacja władzy suwerennej (demos kratos). Dlatego też Weiler przestrzega przed niebezpiecznym, sztucznym poszerzaniem granic ademokratycznej unijnej władzy – stąd jego krytyczna postawa w stosunku do potrzeby tworzenia konstytucji europejskiej.

Mancini i europejski federalizm

Co oczywiste, teoria Weilera spotkała się z ostrą krytyką. Jej reprezentantem był włoski prawnik i sędzia ETS Federico Mancini. Odrzuca on kategorycznie schmittowskie pojęcie państwa oparte na homogeniczności jako przestarzałe, nieprzystające do Europy przełomu wieków. Stwierdza, że europejska państwowość jest możliwa, ba, porządana. Nie znajdując przekonywujących dowodów na istnienie europejskiego narodu, Mancini sugeruje rozerwanie pojęć narodowości i państwowości zarysowując fundamenty przyszłego państwa federalnego. Mancini stwierdza, że o ile w przypadku państwa narodowego można mówić o członkach narodu, to definicja „państwa federalnego” zawiera raczej pojęcie obywatelskości. Kryterium wspólnoty etnicznej, kulturowej, językowej czy politycznej zastępuje więc kryterium pragmatyczności – obywateli federalnej Europy będzie łączyć raczej wspólny interes (nie tylko ekonomiczny) niż więź narodowa. Próby skonstruowania i wprowadzenia unijnej konstytucji są więc całkowicie naturalne i uzasadnione.

Gdzie leżą granice?

Propozycja Manciniego już na pierwszy rzut oka jest niebezpieczna. Mancini nie znajduje argumentów za demokratycznym charakterem organów unijnych, nie zostaje więc przez niego obalony główny argument Weielera. Palący pozostaje więc problem wyznaczenia pewnych granic w których mogą poruszać się unijne instytucje. Mancini sugeruje, że takie granice może i musi wyznaczyć europejska konstytucja oparta na cywilizacyjnym dorobku Europy, a więc również ideologi demokratycznej. Będąc mądrzejszym od Manciniego o kilka lat doświadczeń związanych z próbą ratyfikacji traktatu konstytucyjnego, a potem bliźniaczego traktatu lizbońskiego możemy powątpiewać, czy unijne instytucje są w stanie samodzielnie postawić granice ekspansji swej władzy. Wyniki referendum w Holandii, Francji czy Irlandii i późniejsze próby ich ignorowania wspierają tą tezę. Przezorność wskazywałaby więc rację Weilerowi, który poprawnie przewidział problemy z legitymacją władzy unijnej. Takie rozstrzygnięcie implementuje sprzeciw przeciwko Traktatowi Lizbońskiemu. Jego wejście w życie już wkrótce stanie się jednak faktem. Nie obala to oczywiście argumentacji Weilera, ale przypomina o konieczności aktualizacji jego tez i odniesienia ich do nowej, realnej sytuacji politycznej.