Dokąd zmierza amerykańska myśl polityczna?

ideaW jednym z październikowych numerów The New York Times Book Review ukazał się esej stawiający bardzo poważne pytanie – dokąd zmierza polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych? Zagadnienie z pozoru jest kolosalne, mamucie i daleko wykracza poza ramy krótkiej analizy. Ale autorka tekstu wybrnęła ciekawie – zawęziła perspektywę do specyficznej refleksji: w jakiej kondycji jest obecnie amerykańska myśl polityczna w zakresie stosunków międzynarodowych?

Amy Chua, profesor prawa na Uniwersytecie Yale, która napisała wspomiany esej, doszła do mieszanych wniosków. Z jej analizy opublikowanych w ostatnich latach książek wynika, że stare idee nie tracą na popularności. Przystosowane do nowej rzeczywistości zdają się oferować wartościowe odpowiedzi. To wcale nie musi być złe, pociesza się Chua, w końcu „polityka zagraniczna nie jest tańcem nowoczesnym”. A jednak w głębi serca coś ją boli – „trudno uwierzyć, że amerykańską drogą naprzód jest powrót do przeszłości”, konstatuje: neokonserwatysta Robert Kagan, przewiduje nową/starą walkę mocarstw; Leslie Gelb i Andrew Bacevich narzekają, że strategia powstrzymywana po zakończeniu Zimnej Wojny była i jest głęboko niedoceniana; nawet pozornie wybiegający w przyszłość Fareed Zakaria, ogłaszając nastanie świata post-amerykańskiego i multilateralizmu, czy Parag Khanna ze swoim akcentowaniem rywalizacji mocarstw na płaszczyźnie „soft power”, trącą przecież jakimś neo-wilsonizmem.

Amy Chua wydaje się lekko zawiedziona. Nie znalazła w swoich poszukiwaniach żadnej nowej, awangardowej idei, która podbijałaby umysły. Czy można więc stwierdzić, że amerykańska myśl polityczna przeżywa kryzys?

Perspektywa, którą obiera się do rozważań nad tą kwestią odgrywa istotną rolę. Obserwatorowi z zewnątrz, który zna realia innych państw trudno jest odpowiedzieć na to pytanie twierdząco.

W Stanach Zjednoczonych polemika dotycząca sytuacji na świecie bywa zajadła, ubliżająca zdrowemu rozsądkowi, poniżająca. Równocześnie jednak, niemal każdy szanujący się komentator i badacz spraw międzynarodowych czuje się obowiązany do przedstawienia swojej własnej koncepcji amerykańskiej polityki zagranicznej.

W ostatnich latach, prócz wymienionych przez Amy Chua książek, powstało jeszcze kilka innych wizji, o których warto wspomnieć:

– politolodzy G. John Ikenberry i Charles Kupchan sformułowali koncepcję liberalnego realizmu;

– ideolog neokonserwatystów Charles Krauthammer zaproponował demokratyczny realizm;

– na łamach pisma The American Interest, politolog z MIT Barry Posen przedstawił strategię powściągliwości;

– na początku tego roku, Anne-Marie Slaughter, jeszcze jako dziekan wydziału stosunków międzynarodowych Princeton (dziś szefowa Policy Planning w Departamencie Stanu), opublikowała w Foreign Affairs własny pogląd na rolę Ameryki w świecie oplecionym siecią współzależności.

O wszystkich tych koncepcjach było głośno. Wywołały one dyskusje, spory, rzetelne analizy. Obok wrzasków i krzyków dnia powszedniego amerykańskiej polityki, były one treścią i materiałem, na bazie których toczyła się poważna debata o kierunkach polityki zagranicznej USA w dalszej części XXI wieku. Amerykanka Amy Chua może czuć się zawiedziona z powodu braku zupełnie nowych idei. Obserwator z zewnątrz może jej tylko pozazdrościć problemu. I pozostać z nadzieją, że we własnym kraju też nadejdą takie czasy – pełne konstruktywnych debat i wymiany myśli w sferze polityki zagranicznej. Im szybciej to się stanie, tym lepiej.