Złamana oś Azji

Spotkanie w Pekinie. Od lewej: prezydent Korei Południowej - Lee Myung-bak, prezydent Chin - Hu Jintao oraz premier Japonii - Yukio Hatoyama
Spotkanie w Pekinie. Od lewej: prezydent Korei Południowej - Lee Myung-bak, prezydent Chin - Hu Jintao oraz premier Japonii - Yukio Hatoyama

Dziesiątego października br. w Pekinie odbyło się jubileuszowe, dziesiąte spotkanie szefów rządów Chin, Japonii oraz Korei Południowej. Każde tego typu wydarzenie jest świetną okazją do zrobienia pamiątkowych zdjęć oraz wymiany poglądów. Dodatkowo, zazwyczaj na koniec przygotowuje się wspólne oświadczenie pełne gładkich słów i godnych pochwały sformułowań.

Nie inaczej było tym razem, choć Wen Jiabao, Yukio Hatoyama i Lee Myung-bak rozmawiali jednak o poważnych sprawach. Głównie o Korei Północnej i programie nuklearnym Phenianu, w szczególności zaś o wznowieniu tzw. rozmów sześciostronnych, w których uczestniczą obie Koree, Chiny, Japonia, Stany Zjednoczone i Rosja. W zasadzie karty były już rozdane przed pekińskim spotkaniem, gdyż premier Wen odwiedził niedawno Phenian i wymógł na Kim Dzong Ilu powrót do rozmów.

Podczas negocjacji będzie dominowało koncyliacyjne podejście, gdyż w zasadzie tylko Seul utrzymuje twarde stanowisko względem Północy. Po zmianie władzy w Tokio nowy premier odszedł od tradycyjnej polityki domagania od reżimu północnokoreańskiego wyjaśnień dotyczących porwanych kilka dekad temu obywateli Japonii.

Jednak nie o Korei Północnej będzie ten wpis, a o trudnościach we wzajemnych relacjach na linii Pekin-Tokio-Seul i perspektywach tego trójkąta  oraz całej Azji na przyszłość. Bez wątpienia bowiem najbliższe dekady, a być może cały XXI wiek będą należeć do Azji. Co najmniej dwa państwa (Indie, Chiny) uważają, że przyszłość należy do nich. Nie może jednak należeć do obu tych państw jednocześnie. Nie możemy także zapominać o nadal drugiej gospodarce świata – Japonii. W pamięci musimy mieć także inne dynamicznie rozwijające się kraje regionu.

We wspólnym oświadczeniu przywódcy Chin, Japonii i Korei deklarują, że będą dążyć do rozwoju dobrobytu i utrzymania pokoju w regionie. Wiele mówi się o chęci stworzenia organizacji gospodarczej wzorowanej na Unii Europejskiej. Będzie to jednak zadanie trudne z powodu pełnej gamy różnic dzielących narody Azji. Ideą wspólnot europejskich było powiązanie najsilniejszych państw kontynentu ze sobą, aby dobrobyt budować w oparciu na współpracy gospodarczej, a nie na podbojach terytorialnych.

W przypadku Azji należałoby więc połączyć silnymi więzami Chiny, Indie i Japonię, trzy najważniejsze państwa regionu. Papier zniesie wszystko, w tym udowadnianie, jak bardzo korzystne byłoby takie „połączenie” dla trzech wskazanych potęg. Jeśli spojrzymy na sprawę realistycznie, na dziś o żadnej bliskiej współpracy, a co dopiero instytucjonalnym powiązaniu, nie ma mowy. Chiny są naturalnym rywalem Japonii oraz Indii, a dwa ostatnie państwa mogą być dla siebie cennymi sojusznikami. Historyczna rywalizacja Chin z Japonią sięga wielu wieków wstecz. Dziś także nie brakuje punktów spornych, na czele z nakładającymi się roszczeniami terytorialnymi.Niełatwo nakłonić tradycyjnych rywali do zmiany podejścia.

Mimo większego otwarcia Dehli na Pekin, Indie nieufnie spoglądają na Chiny i ich politykę zagraniczną. Hindusi sądzą, że Chińczycy robią wszystko, aby otoczyć Indie kręgiem nieprzyjaznych im państw, nastawiając sąsiadów Indii negatywnie w stosunku do tego kraju. Z drugiej strony, Indie niewiele robią, aby relacje z sąsiadami wyglądały lepiej. W związku z tym wymiana handlowa Indii z sąsiadami jest znikoma. Co gorsze jednak, z perspektywy Dehli, Chiny są strategicznym partnerem Pakistanu, śmiertelnego wroga Indii. O ile dla Chin Pakistan stanowi jedno z narzędzi powstrzymywania Indii, dla Pakistanu Chiny są absolutnie kluczowym sojusznikiem.

Historyczne zaszłości oraz nieufność powstrzymują współpracę i stawiają pod znakiem zapytania wszelkie pomysły integracyjne z prawdziwego zdarzenia. Gdy dodamy do tego inne państwa, chociażby Republikę Korei (Koreę Południową), otrzymamy skomplikowaną układankę, przy której Europa z jej dwiema wojnami wygląda na łamigłówkę dla małych dzieci. Szansą dla regionu jest rozwój gospodarczy połączony z umiejętnością rządzących wykorzystania go w celach pokojowych. Oznaczałoby to wyłącznie dążenie do zwiększenia własnej potęgi, bez klasycznego elementu projekcji własnych wpływów na zewnątrz oraz, co ważniejsze, powstrzymywania innych od takiej projekcji i utrudnienia ich sukcesu gospodarczego.

Realpolitik jest nieubłagana, więc trudno spodziewać się, że taki idealny stan zaistnieje. Powstaje pytanie, czy konflikty, które są nieuniknione, przejdą w fazę „gorącą” (wojnę), czy pozostaną w fazie chłodnej, tak jak obecnie.

Piotr Wołejko