Z Turcji o nuklearnym Iranie

nuclearProblemów znaleźć można co najmniej kilka, w zależności od tego, kto patrzy: Turcja bezpośrednio graniczy z Iranem; Turcja, podobnie jak Iran, ma geopolityczne ambicje osiągnięcia statusu regionalnego mocarstwa; Turcja (pod obecnymi rządami AKP), podobnie jak Iran, nie pogardziłaby możliwością stania się ideowym liderem świata muzułmańskiego; Turcja, ze swoją zsekularyzowaną demokracją, pozostaje w świecie islamu wzorcowym przeciwieństwem opartego na religii ustroju irańskiego. Pytanie nasuwa się samo – co zrobi Turcja, jeśli Iran zdobędzie bombę?

Podczas gdy oczy świata skierowane są na reakcję Stanów Zjednoczonych, Izraela, lub państw Zatoki Perskiej, tureccy stratedzy głowią się nad własną odpowiedzią na coraz bardziej prawdopodobny nowy układ sił w swoim otoczeniu.

Jednym z najbardziej cenionych w Turcji analityków polityki zagranicznej, zwłaszcza w kontekście bezpieczeństwa narodowego, jest Mustafa Kibaroglu. Kilka lat temu miałem przyjemność go poznać: był wysokim, zdrowo wyglądającym profesorem stosunków międzynarodowych w średnim wieku, z dużym, łukowatym nosem. Nauki pobierał u najlepszych zarówno w Turcji, jak i zagranicą (m.in. Harvard). Zanim został politologiem zdobył wykształcenie w inżynierii przemysłowej i ekonomii. Sam przyznawał, że wpłynęło to na jego odczytywanie polityki światowej – swoim rozgorączkowanym w (bardzo trendy) teoriach kulturowych studentom stosunków międzynarodowych dogryzał z charakterystycznym uśmieszkiem: z perspektywy pozytywistycznego spojrzenia na badany problem… Kibaroglu nie ukrywał, że o jego analizy często prosi turecka armia.

Znają go też i drukują specjaliści amerykańscy. W prestiżowym piśmie Middle East Policy Kibaroglu (ze swoim studentem Barisem Caglarem) podjął temat konsekwencji atomowego Iranu dla Turcji.

Według autorów artykułu Turcja będzie państwem zdecydowanie negatywnie dotkniętym nową sytuacją. Rosja, Pakistan, Indie, Chiny, same będąc potęgami atomowymi mogą spać spokojnie. Izrael ze swoją bombą, dodatkowo wsparty przez Stany Zjednoczone, również będzie w stanie odstraszyć i powstrzymywać Iran. Państwa arabskie z racji żywotnych interesów Ameryki dostaną ochronny parasol. Tylko delikatny balans relacji bezatomowej Turcji z Iranem, utrzymywany od 1639 roku (Traktat z Zuhab) będzie zachwiany.

Oficjalnie Turcja nie podniosła dotychczas wielkiego larum z powodu dążeń Iranu. Jak przekonują politolodzy, składa się na to kilka czynników – główny upatrują w ociepleniu się relacji Ankara – Teheran po objęciu rządów przez premiera Erdogana. Dziesięć lat temu, za poprzednich ekip, stonowany głos tureckiego rządu byłby nie do pomyślenia. Na reakcję Turcji dodatkowo wpłynęły też inne wydarzenia ostatnich lat. Wojna w Iraku mocno podważyła bliskie stosunki Turcji ze Stanami Zjednoczonymi. W marcu 2003 roku Ankara nie zgodziła się na udostępnienie swojego terenu do ataku Ameryki na Irak. Tego samego roku Amerykanie zatrzymali w północnym Iraku tuzin tureckich żołnierzy z oddziałów specjalnych. Wyczuleni na tym punkcie Turcy zdobyli przeświadczenie, że Amerykanie bardziej cenią interesy Kurdów, niż dobre stosunki z nimi. Nastroje antyamerykańskie w społeczeństwie tureckim rozpowszechniły się w zawrotnym tempie. W rezultacie postawa Iranu w dążeniu do posiadania energii nuklearnej (z której, jak można sądzić powstanie broń) spodobała się części narodu ze względu na filozofię precz z imperializmem amerykańskim, a części z powodu poczucia solidarności religijnej. Dla strategów polityka zagraniczna nie jest jednak kwestią emocji lub uczuć, którymi zwykle posługuje się opinia publiczna, przypominają Kibaroglu i Caglar. Problem wymaga realistycznej analizy.

Stworzenie na Bliskim Wschodzie strefy bez broni atomowej było i jest celem polityki zagranicznej Turcji, autorzy cytują oficjalne słowa jednego z generałów, które wpisują się w hasło pozostawione Turkom przez ich lidera, twórcę Republiki Tureckiej Kemala Ataturka: pokój w domu, pokój na świecie. Czy jednak w rozważaniach strategicznych na dłuższą metę Turcja może tolerować zdecydowane zachwianie równowagi sił w relacjach z sąsiadem, z którym dzieli ją tak wiele? Czy nie powinna sama podobnie się dozbroić? Pozornie Turcję ograniczają, czy też powinny zniechęcać, co najmniej trzy aspekty, twierdzą politolodzy: 1) członkostwo w różnych umowach i traktatach o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej; 2) członkostwo w NATO; 3) status kandydata do Unii Europejskiej. Wszystkie trzy punkty mają jednak poważne słabości: umowy i traktaty mające zapobiegać rozprzestrzenianiu się broni atomowej są nagminnie łamane, także przez tych, którzy teraz wynoszą je na sztandary (patrz m.in. postawa USA wobec zbrojenia się Indii); gwarancje NATO wobec Turcji zostały bardzo mocno nadwątlone w oczach Ankary od zakończenia Zimnej Wojny. Dwa razy, w 1991 i 2003 roku, organizacja odmówiła Turcji pomocy militarnej w sytuacjach związanych z napięciami w regionie powodowanymi przez Irak i Stany Zjednoczone; wizja Turcji w UE jest dziś tak daleka, jak księżyc. Właściwie nie wiadomo, piszą autorzy, czy następne pokolenie liderów Turcji wciąż będzie widziało sens w dążeniu do członkostwa w klubie.

Co więcej, jak się okazuje, pomysł zdobycia przez Turcję broni atomowej ma poparcie wśród części opiniotwórczych elit zajmujących się bezpieczeństwem narodowym. W ich przekonaniu broń wzmocni obronność kraju, umocni pozycję Turcji w regionie i zbalansuje siłę Iranu, pozytywnie wpływie na morale Turków. Według szeroko cytowanych w artykule zwolenników takiego rozwiązania nowa sytuacja geopolityczna w regionie wręcz zmusza Turcję do szukania atomu.

Mustafa Kibaroglu zjadł zęby na rozważaniach dotyczących bezpieczeństwa, międzynarodowej polityki atomowej, strategii polityki zagranicznej, dlatego do pomysłu odnosi się krytycznie, a swoje zdanie wobec przedstawionych argumentów przedstawia jasno: polityka Turcji w tej sprawie będzie zależeć od kilku czynników – rozwoju stosunków Ankary z Waszyngtonem, realcji Turcji z Unią Europejską, międzynarodowych rozwiązań wzmacniających (lub nie) układy o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Na koniec pozostanie Turcji zrobić dokładny bilans zysków i strat pamiętając o jeszcze jednym ważnym szczególe: żeby zdobyć atom trzeba mieć poparcie przynajmniej jednego z wielkich – politycznie lub/i technologicznie – tego świata (np. Wielka Brytania i Francja miały USA; Izrael Francję i Norwegię; RPA Izrael; Indie USA i Kanadę). Bez takiego wsparcia pozostaje tylko ścieżka nielegalna a la Abdel Qader Khan („ojciec bomby pakistańskiej”). Czy Turcji opłaca się pójść tą drogą za wszelką cenę? Koszty walki z resztą świata w imię zbalansowania siły Iranu mogą okazać się brnięciem w ślepą uliczkę, stwierdza politolog. Równowagę można przywrócić na wiele innych sposobów.

Jak widać, Kibaroglu pozostaje wierny swojej realistycznej teorii stosunków międzynarodowych. Turcja na jego radach na pewno nie straci.