Wielki powrót: bliskowschodnia polityka Turcji

42-16335853Interesy Turcji i Izraela niekoniecznie pokrywają się również w samym Lewancie. Wzrost znaczenia Syrii i Hezbollahu w Libanie w żadnym stopniu nie godzi w bardzo ograniczone tureckie interesy w tym kraju. Konflikt interesów wyraźnie widać w odniesieniu do terytoriów palestyńskich- Turcji zależy na przyspieszeniu bliskowschodniego procesu pokojowego i stworzeniu niepodległego państwa palestyńskiego. Turcji nie zagraża również Hamas czy inne palestyńskie organizacje ekstremistyczne- kolejny dowód na rozchodzenie się interesów dotychczasowych sojuszników.

Zdaniem większości komentatorów, polityków czy dyplomatów, Turcja nie powinna wiązać się z jedną tylko grupą państw w regionie. O jej sile na Bliskim Wschodzie świadczyć mają bowiem poprawne stosunki z wszystkimi wpływowymi graczami, poszerzające jej pole do działania i zabezpieczające przed odwetowym sięgnięciem przez potencjalnego przeciwnika po kartę kurdyjską, ekonomiczną czy energetyczną. O ile bowiem interesy Turcji naturalnie wiążą ją z „bliską zagranicą” i „osią sunnicką”, to współpraca ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem ma w regionalnych stolicach wzmacniać wizerunek gracza asertywnego i posiadającego wpływowych sojuszników, który w dowolnym momencie może wykorzystać swoje więzy ze światem zachodnim do odpowiedzi na niekorzystne dla niego posunięcia sąsiadów. Trudno przy okazji nie wspomnieć o dostępie do izraelskich technologii wojskowych czy amerykańskiej broni nuklearnej rozmieszczonej w Turcji jako czynnikach wzmacniających pozycję Ankary w oczach świata arabskiego i Iranu.

Chociaż wyżej wymienione zmiany w tureckim postrzeganiu Bliskiego Wschodu cieszą się niemal uniwersalnym poparciem wśród najpoważniejszych sil politycznych kraju, to nie można nie zauważyć szczególnej roli, jaką odgrywa w nich obecna partia rządząca. Ideologia, z której wywodzą się czołowi politycy AKP – islamizm „po turecku” – w znacznym stopniu wpłynęła bowiem na decyzje podejmowane przez nich w ostatnich latach. Przywódcy partii od dominujących dotąd elit odróżniają się głęboką religijnością, niechęcią wobec zachodnich wpływów na muzułmańską moralność, szacunkiem wobec dziedzictwa Imperium Osmańskiego i pewną, starannie maskowaną, rezerwą wobec przemian ery jednopartyjnego kemalizmu. W ich spojrzeniu na świat, narzucony odgórnie proces europeizacji stoi w sprzeczności z „naturalnym porządkiem”- tj. więzami z narodami Bliskiego Wschodu, opierającymi się na wspólnej religii, kulturze i mentalności. W Turcji chcą widzieć kraj nie stojący z boku i z wyższością spoglądający na „barbarzyńskich” arabskich sąsiadów, lecz państwo będące integralną częścią regionu, silnie zaangażowane w jego problemy.

Nie bez znaczenia pozostają również czynniki osobiste- fakt, że czołówka rządząca lepiej radzi sobie z arabskim niż językami zachodnimi, w przeszłości pracowała na Bliskim Wschodzie (prezydent Gül) czy zajmowała się nim na polu akademickim (minister Davutoğlu). Przywódcom Turcji znacznie łatwiej też znaleźć wspólny język z religijnymi liderami państw arabskich, niż politykami europejskimi czy środkowoazjatyckimi. Więzy emocjonalne z południowymi sąsiadami, wspólna mentalność wraz z odmiennym spojrzeniem na miejsce Turcji w regionie nadało reorientacji jej polityki zagranicznej rozpędu. Region ten właśnie dzięki AKP został uznany za priorytetowy z punktu widzenia interesów narodowych, lecz nic nie wskazuje na to, by z nowym, bardziej laickim i nacjonalistycznym obozem rządzącym, miało się to zmienić.

Odmienne korzenie obecnych elit politycznych Turcji wpływają jednak na jej decyzje w jeszcze jeden, alarmujący dla krajów zachodnich sposób. Środowisko Partii Dobrobytu, z której wywodzi się czołówka AKP, znane jest ze swoich radykalnie antysemickich poglądów oraz sympatii, jaką darzy ruchy islamistyczne na Bliskim Wschodzie– od egipskiego Bractwa Muzułmańskiego po irańskich stronników Chomeiniego. Perspektywa, z jakiej oceniają wydarzenia w regionie islamistyczne media w Turcji i krajach arabskich z pewnością nie pozostała bez wpływu na obecne sympatie Erdoğana. Perspektywa ta zakłada rywalizację sil muzułmańskich z zachodnim imperializmem i narzuconymi przez niego dyktatorskimi reżimami, potrzebę jedności muzułmańskiej w obliczu ataków ze strony państw spoza regionu oraz wybitnie jednostronną ocenę konfliktu izraelsko-palestyńskiego, sięgającą podważania praw „syjonistycznego państwa” do istnienia.

Bez wątpienia rządzący obecnie Turcją politycy złagodzili swoje poglądy, stawiając na pragmatyzm i uwzględniając opinie ośrodków władzy nie podzielających ich spojrzenia na rzeczywistość bliskowschodnią. Stawiając zwykle na pierwszym miejscu interes narodowy a nie osobiste sympatie, sporadycznie przypominają jednak o swoich ideologicznych korzeniach, sprowadzając na siebie krytykę ze strony Zachodu i opozycyjnych mediów w samej Turcji. Tak było w przypadku serdecznego przyjęcia wizyty sudańskiego prezydenta Baszira i wyraźnie odchodzących od zachodniego konsensusu komentarzy Erdoğana wobec konfliktu w Darfurze. Tak było w czerwcu tego roku, gdy tureccy przywódcy jako jedni z pierwszych pospieszyli z gratulacjami dla zwycięzcy wyborów prezydenckich w Iranie, a powiązane z rządem media przez wiele dni ignorowały odbywające się w Iranie protesty, w najlepszym razie przedstawiając je jako spisek zachodnich agencji wywiadowczych przeciw demokratycznemu wyborowi Irańczyków. Najwyraźniej ideologiczne korzenie Erdoğana dają jednak o sobie znać w jego publicznych wystapieniach dotyczących izraelsko-palestyńskiego konfliktu. Chociaż spoleczeństwo i elity tureckie niemal uniwersalnie sympatyzują ze stroną palestyńską, to niezwykle emocjonalne i agresywne tyrady przeciw polityce Izraela nawet w Turcji spotykają się z zaklopotaniem i niedowierzaniem komentatorów.

Można jednak zastanowić się, na ile wystąpienia Erdoğana wynikają z jego poglądów, które w innych sprawach przed opinią publiczną potrafi przecież maskować, a na ile z przemyślanej strategii budowania swojego wizerunku zarówno w samej Turcji, jak i w świecie arabskim. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Tayyip jest politykiem niezwykle narcystycznym, nie znoszącym krytyki, uwielbiającym za to pochlebstwa ze strony przyjaznych mu mediów. Erdoğan uwielbia pozować na lidera zwykłych ludzi, przywódcę konserwatywnych mas, w rewolucyjny sposób prowadzący Turcję do demokratycznych przemian i zrzucenia autorytarnych więzów nietolerancyjnego kemalizmu. Retoryka antyizraelska ma pomóc budować wizerunek bezkompromisowego męża stanu, który w obronie narodowej godności (Davos) jest w stanie stawić czoło najpotężniejszemu w regionie (i przy okazji nielubianemu w Turcji) krajowi. Tym bardziej cieszy Erdoğana sympatia, jaką darzy go arabska ulica. Od czasów Imperium Osmańskiego nie widziano Turka w roli idola bliskowschodnich mas i można spodziewać się, że Tayyip zapragnie wzmocnić swoją międzynarodową pozycję i postawić się w roli popularnego przywódcy regionu. Nadaje się bowiem do niej lepiej, niż szyita Ahmadinedżad czy mało medialny saudyjski monarcha.

Chociaż ideologiczne korzenie AKP w znacznym stopniu wplynęly na kierunek, w jakim zmierza bliskowschodnia polityka Turcji, to jedynie sporadycznie podejmowane przez rząd decyzje odchodzą od ponadpartyjnego konsensusu i spotykają się z krytyką ze strony tradycyjnego establishmentu laickiego. Wbrew opiniom zachodnich komentatorów, szeroka integracja z Syrią czy Iranem oceniana jest powszechnie pozytywnie, niezwykle rzadko spotkac się można z wypowiedziami usprawiedliwiającymi ewentualną akcję militarną wobec Iranu czy izraelską politykę wobec terytoriów palestyńskich. Gdy kilka dni temu w telewizyjnym programie publicystycznym 32.Gün o opinie na temat polityki zagranicznej rządu AKP zapytano sześciu byłych szefów tureckiej dyplomacji z ostatnich 30 lat, ekipie Erdoğana wystawiono bardzo pochlebne oceny. Krytyce jego agresywnej retoryki poświęcono niewiele czasu uważając ją za problem zdecydowanie drugorzędny.

Nie należy więc po ewentualnej zmianie ekipy rządzącej w Ankarze oczekiwać zbyt wiele. Być może nacjonalistyczna koalicja w mniejszym stopniu czułaby się emocjonalnie związana ze sprawą palestyńską czy światem arabskim i zaakceptowałaby prawo wojska do samodzielnego wyboru partnerów w manewrach wojskowych, poprawiając w ten sposób relacje z Izraelem. Zasadniczo jednak więzy z Iranem, Irakiem i Syrią pozostałyby nienaruszone i uwzględnić to muszą w swoich kalkulacjach izraelscy czy amerykańscy stratedzy. Powrotu do złotej ery współpracy z lat 90-tych bez radykalnej zmiany ukladu sil w regionie w żadnym wypadku nie będzie.