Świat po kryzysie. Śmierć ekonomicznego paradygmatu?

Rozdział  III: Kryzys 2008 – co się stało?

To się  powtarza co 5, 10 lat. Zła krew musi odpłynąć.

Mario Puzo, „Ojciec Chrzestny”

„Chciwość”– to słowo pasuje jak ulał do wyjaśniania przyczyn kryzys. „Chciwość bankierów” – robi jeszcze większe wrażenie. „Chciwość podstępnych bankierów” – nie tylko wyjaśnia, skąd wzięły się nasze problemy, ale jednocześnie podkreśla, że to nie nasza wina, tylko bankierów, którzy ponadto oszukiwali nas przez cały czas prosperity. Nic więc dziwnego, że tego typu określenia robią furorę w światowej publicystyce doby kryzysu. Tej z lewej strony22.

Tymczasem ci z prawej próbują nas przekonać, że kryzys w swej istocie to prosta konsekwencja państwowych regulacji i ingerencji w misterną strukturę wolnego rynku, a neoliberalizm tak naprawdę ma więcej wspólnego z układem polityczno-biznesowym niż prawdziwą wolnością23.

Tymczasem wydaje się, że prawdziwe powody obecnego załamania gospodarczego są w istocie znacznie bardziej prozaiczne, i daleko im od wzniosłej ideologii. Poprawne sformułowanie przyczyn jest zaś niezbędne do pełnego zrozumienia zjawiska. Przyjrzyjmy się więc na chwilę anatomii kryzysu, wyłączając z dyskusji argumenty ideologiczne, polityczne i emocjonalne.

1. Pęcznienie

Na trudne pytania, jak już wcześniej zauważyliśmy, zbyt często poszukuje się łatwych odpowiedzi. Ten sam mechanizm działa gdy obarczamy winą za kryzys, mityczną już niemal, bańkę na rynku nieruchomości. Tymczasem jest to próba przenoszenie per analogiam wyjaśnienia kryzysu przykładami z historii gospodarki. Podobne do tej mieszkaniowej „bańki” pękały wiele razy w przeszłości. Najbliższym przykładem może być bańka internetowa, która ekspodowała na przełomie drugiego i trzeciego millenium. Na parkietach całego świata ceny akcji spółek inwestujących w projekty internetowe, niczym XVII-wiecznych tulipanów24, poszybowały tak wysoko w górę w ciągu pięciu lat, że były zdecydowanie wyższe, niż realne ich wartości. Naturalnie, musiało to w końcu doprowadzić do gwałtownego spadku wartości nominalnej. Podobne bański spekulacyjne, mniejszych i większych rozmiarów zdarzały się regularnie i zostały dość dobrze udokumentowane i poznane – podobną strukturę miał również kryzys azjatycki 1997 roku. To dlatego tak chętnie transplantowano to określenie również na obecny Crisis. Dawało to poczucie, że oto spotykamy się z czymś, co dobrze znamy, czymś naturalnym i czymś, z czym wolna gra popytu i podaży powinna stosunkowo szybko sobie poradzić – wszystko wróci do normy, gdy tylko ceny dostosują się do panujących na rynku warunków.

Trudno tu posądzać kogokolwiek o wygodnictwo, raczej o odpowiedź  adekwatną do stanu wiedzy. To normalne i zrozumiałe, że człowiek próbujący opisać zjawisko posługuje się terminologią  i wiedzą, która jest mu najbardziej znana i którą posługuje się najbardziej biegle. Zadziałały tu mechanizmy, które zostały już opisane wyżej, w punkcie 2 rozdziału II. Jak powiedzieliśmy, takie zachowanie jest zrozumiałe, nie jest natomiast prawidłowe.

Sama głębokość i szerokość kryzysu powinna dać do myślenia. Nie wystarczy powiedzieć, że była to większa bańka niż zwykle, lub że napęczniała w ważniejszym sektorze gospodarki. Tak głęboki i tak rozległy kryzys musi mieć szersze przyczyny niż tylko zawirowania na jednym rynku. I rzeczywiście tak było.

Wydaje się, że podstawą walki z kryzysem jest przyznanie, że nie jest on ani zwyczajny, ani naturalny. Należy spojrzeć na niego bardziej kompleksowo. Może prawdziwymi jego przyczynami są  czynniki psychologiczne, kryzys pewnego sposobu myślenia, ekonomicznego światopoglądu?  Może właśnie na naszych oczach rozpada się mit o szybkim, łatwym i stabilnym zarabianiu na wszystkim, albo przynajmniej na większości tego, w co się inwestuje? Najwidoczniej to nie wirtualny, często spekulacyjny kapitał jest odpowiedzią na pytanie: jak szybko i minimalnym kosztem trwale rozwijać gospodarkę, zwiększać PKB i zapewniać dobrobyt. Nie są to wcale tak abstrakcyjne pytania i wkraczają w strefę ekonomicznej metafizyki tylko połowicznie – od tego, jak ludzie będą zachowywać się w nowej rzeczywistości ekonomicznej zależy, czy i jak często takie kryzysy będą się powtarzały. Właściwie mamy szczęście, że kryzys nadszedł wcześniej, niż później. Im dłużej złe praktyki rozprzestrzeniały się geograficznie i psychologicznie (zakorzeniając się w ludzkiej świadomości i sposobie percepcji) tym upadek byłby boleśniejszy.

Pęcznienie bańki zaczęło się wtedy, gdy znaczna część kapitalistów uznała, że zarabianie to czynność prosta, powtarzalna i schematyczna. Bardzo ciekawie o tym mechanizmie pisał przeszło 100 lat temu o tym zjawisku Thorstein Veblen w swojej Teorii klasy próżniaczej:

Brzmi to może trochę zbyt podobnie do wspominanych na początku tego rozdziału publikacji piętnujących „chciwość bankierów”. Słowa Veblena jednak zaskakująco trafnie opisują istotę kryzysu neoliberalizmu, który niektórzy tak ochoczo nazywają kryzysem kapitalizmu. Zarzut przesunięcia ciężaru działań przedsiębiorców z procesów produkcyjnych do procesów pieniężnych trzeba postawić jednak nie teoretykom, naukowcom, lecz praktykom życia gospodarczego – politykom i prywatnym przedsiębiorcom-finansistom. Tak, jest to krytyka kapitalizmu, ale kapitalizmu reglamentowanego, kierowanego według zasad wytyczonych przez polityków i wielki kapitał. Nie należy więc wyciągać pochopnych wniosków, że kryzys musi spowodować załamanie się wiary w wolny rynek, indywidualizm jednostki i siły niewidzialnej ręki.

Przyczyny kryzysu są rozległe, zbyt szerokie, aby je tutaj opisywać. Zresztą, co trzeba niestety przyznać, brakuje nam wiedzy, aby podjąć się tego działania. Myślę jednak, że pouczającym przykładem jak skomplikowane, zbyt ryzykowne produkty finansowe wraz z lekkomyślnym zachowaniem polityków i finansistów negatywnie oddziaływały na zdrową tkankę gospodarki może być poniższa historia Poucza ona, jak ważne jest zachowanie czujności i jak błędy popełnione wiele lat temu (co przy obecnym tempie życia gospodarczego wydaje się być szczególnie istotne) mszczą się później z niebywałą siłą.

Jest rok 1938. Najpoważniejsze objawy Great Depression zostały już opanowane i zaczęto rozglądać się za stworzeniem podstaw do rozwoju gospodarki, która wciąż leczyła rany po kryzysie. W kręgach administracji Franklina Delano Roosevelta zrodził się pomysł powołania instytucji finansowej odpowiedzialnej za udzielanie korzystnych dla konsumentów kredytów hipotecznych. Bankom komercyjnym nie bardzo się to opłacało, gdyż podstawy egzystencji wielu rodzin były wciąż bardzo płynne a ryzyko utraty kredytów przez banki wysokie. Stworzono więc państwowe Federalne Narodowe Stowarzyszenie Kredytów Hipotecznych26, którego zadaniem było udzielanie tanich kredytów hipotecznych dostępnych dla każdego przeciętnego Amerykanina. FNMA nie miała przynosić potężnych dochodów, lecz poprawiać życie Amerykanom. Tak się jednak złożyło, że powojenny boom gospodarczy obejmujący również budownictwo, pozwolił Fannie Mae zdobyć pozycję dobrze prosperującej, rozwijającej się firmy z obiecującymi perspektywami na przyszłość. Stała się na tyle atrakcyjna, że gorączkowo potrzebująca gotówki na prowadzenie wojny w Wietnamie administracja Lyndona B. Johnsona sprywatyzowała tę firmę. Tym samym rząd USA przestał gwarantować papiery wartościowe tworzone przez Fannie Mae. Utworzono nowe agencje: Ginnie Mae, czyli Government National Mortgage Association oraz dwa lata później Freddie Mac – Federal Home Loan Mortgage Corporation, które przejęły część funkcji Fannie Mae, ale które nigdy nie zdobyły jej pozycji rynkowej.

Mechanizm działania tych instytucji jest bardzo podobny. Polega na minimalizowaniu ryzyka udzielania łatwych kredytów mieszkaniowych poprzez łączenie wielu pojedynczych pożyczek w pakiety, przekształcane później w papiery wartościowe, sprzedawane instytucjom finansowym na całym świecie. Papiery tego typu cieszyły się ogromną popularnością, bo były gwarantowane przez rząd USA, oficjalnie do czasu prywatyzacji Fannie Mae i Fredzie Mac, a nieoficjalnie po ich sprzedaży. Dla wszystkich było jasne, że rządowi USA bardzo zależy na polityce taniego kredytu mieszkaniowego i dobrej kondycji banków o których tu mowa. Na marginesie dodajmy, że de facto zostało to potwierdzone 7 września 2008 roku kiedy rząd ponownie przejął nad nimi kontrolę, aby nie dopuścić do ich upadku.

Wszystko to wygląda już nieco podejrzanie. Jak to bowiem możliwe, że na pozornie mało wartościowych papierach, (niskooprocentowanych pożyczkach obciążonych dużym ryzykiem) tyle firm i ludzi robiło tak świetny interes? Jednak to dopiero początek kryzysowej układanki.

Kolejnym przystankiem w naszej krótkiej podróży przez historię kredytu hipotecznego w USA jest rok 1977 i ustawa Community Reinvestment Act. Zmuszała ona niejako banki i ubezpieczycieli do udzielania kredytów mieszkaniowych osobom bez faktycznej zdolności kredytowej27. Miało to zapewnić dostęp do kapitału dla ludności najbiedniejszej, przede wszystkim dyskryminowanej ludności murzyńskiej i latynoamerykańskiej. Dla prywatnych banków i firm ubezpieczeniowych takie pożyczki to żaden interes – mogły one również łączyć je w pakiety, i robiły to bardzo chętnie, ale nie korzystały już z rządowych gwarancji, ciężko było im więc znaleźć na nich nabywców. Kolejna uwaga na marginesie – jak to możliwe, że rynek papierów wartościowych opartych na opisywanych kredytach hipotecznych rozwinął się tak bujnie, skoro praktycznie każdy chciał się ich jak najszybciej pozbyć?

Odpowiedzi należy szukać w mechanizmie przekształcania bezwartościowych papierów w atrakcyjne aktywa. Z pustego i Salomon nie naleje –  ale międzynarodowy system finansowy to nie dwa naczynia, ale gigantyczna i poplątana sieć wzajemnych zależności. Tutaj mogą dziać się takie cuda, bo informacja jest rozproszona, dostęp do niej asymetryczny, a tempo życia gospodarczego i wiara w możliwość nieustannego, dynamicznego bogacenia się też zrobiły swoje.

Olbrzymia rolę odegrały firmy ratingowe. Moody’s, Fitch czy Standard&Poor’s uwzględniając fakt gwarancji rządowych dla bed debts, wystawiały im najwyższe możliwe oceny. Pakiet bezwartościowych, wręcz szkodliwych pożyczek dla osób z najwyżej wątpliwą zdolnością kredytową otrzymywał ocenę AAA. Bo przecież USA nie zbankrutują. W ten sposób banki na całym świecie kupowały kota w worku. Wiele strategii inwestycyjnych jest obecnie realizowana za pomocą komputerowych algorytmów, w których oceny agencji ratingowych graja dużą rolą. Przykładowo, jeśli pewien bank inwestycyjny założył, że 20% jego portfela będą zawierały aktywa ryzykowne, kolejne 20% bezpieczne, a reszta – 60% mieszane, to 20% inwestował w jawnie ryzykowne papiery, na przykład jednostki uczestnictwa funduszy typu hedge, kolejne 20% zaś w pozornie bezpieczne, bo ocenione na AAA, ryzykowne papiery oparte na złych kredytach emitowane przez instytucje typu Fannie Mae.

2. Pęknięcie

Dość powszechne jest przekonanie, że bańka spekulacyjna musi prędzej czy później pęknąć. Nie jest to prawdą – równie dobrze może po prostu przestać pęcznieć i stopniowo zacząć się kurczyć. Dlaczego tak się nie stało? Podobne pytanie można by zadać Napoleonowi Bonaparte lub Hitlerowi: dlaczego zaatakowali Rosję, kiedy mieli już pod władzą całą Europę? Dlaczego Aleksander Wielki ruszył na Indie? Nie wiedzieli, kiedy przestać.

W przypadku spekulacyjnych baniek mechanizm psychologiczny jest identyczny, choć rzeczywistość bardziej złożona, a więc ryzyko jest jeszcze trudniejsze do zidentyfikowania. Cóż, prawdą jest, że lepiej gdy ludzie walczą ze sobą na wysokość sumy na koncie w banku niż gdy rywalizują ogniem i mieczem. Skutki tej walki, choć może nie tak bolesne, mogą być jednak równie doniosłe. I jest to coraz bardziej sprawa globalna.

Kiedy nastąpiło pęknięcie? Wbrew nazwie nie możemy oczekiwać wyznaczenia konkretnej daty. Już w 2006 roku znaczące spadki cen nieruchomości w USA zwiększyły czujność bardziej uważnych obserwatorów życia ekonomicznego. Wówczas nie było jednak mowy o kryzysie, a wahania cen w nawet największych i najważniejszych gałęziach gospodarki nie powinny wywoływać u nikogo paniki – ot zwykła korekta, realizacja zysków. Bardziej alarmujące wieści zaczęły docierać w przeciągu roku 2007. To wtedy okazało się że duża część papierów wartościowych stworzonych w oparciu o bad debts28 z sektora kredytów hipotecznych stała się bezwartościowa. Wtedy jeszcze nie zdawano sobie sprawy, jak głęboko tego typu papiery przeniknęły do systemu bankowego i jak wiele instytucji finansowych jest nimi „zarażonych”. Byliśmy świadkami bankructwa lub poważnych problemów kilku funduszy, których strategie inwestycyjne opierały się na rynku łatwych kredytów mieszkaniowych i hipotecznych29. Z czasem problemy te rozszerzyły się na większe instytucje finansowe, które również miały w swoich aktywach wiele „toksycznych papierów” opartych na bad debts. Ostatni kwartał 2007 i pierwszy kwartał 2008 roku przyniosły straty największych banków inwestycyjnych w USA – Citygroup, Merrill Lych, Goldman Sachs czy Lehman Brothers. Dla przykładu Citigroup – największy ze wszystkich bank stracił odpowiednio 9,8 mld i 5,11 miliardów dolarów, rozpoczął realizacje planu zwolnień ponad 13 tysięcy pracowników oraz ogłosił odpisy z tytułu strat na kwotę 12 miliardów dolarów 30. Dokapitalizowanie tych banków sumą kilkudziesięciu miliardów dolarów31 było oczywiście tylko odsunięciem katastrofy, choć rynek zdawał się uporczywie odsuwać od siebie tą myśl. Zresztą znamienny jest fakt, że po ogłoszeniu wyników za I kwartał 2008 akcje Citigroup na nowojorskim parkiecie znacznie wzrosły, pociągając za sobą zwyżki całego sektora finansowego. Inwestorzy byli przekonani, że najgorsze już za nimi. Zresztą formułka ta („najgorsze za nami”) będzie powtarzana co kilka tygodni, aż do dnia dzisiejszego.

Jak wiemy, okazało się, że najgorsze było dopiero przed nimi. Kulminacyjnym momentem kryzysu i nieźle nadającą się na symbol datą  był oczywiście 15 września 2008 – dzień upadku Lehman Brothers. Wydaje się jednak, że jeszcze istotniejsze było przejęcie Freddie Mac i Fannie Mae przez skarb USA, co zapoczątkowało tendencję do nacjonalizowania przez państwo wielkich instytucji finansowych w celu zapobiegnięcia efektu domina, jaki pociągnęłoby za sobą bankructwo wielkich banków inwestycyjnych lub instytucji ubezpieczeniowych. To dlatego przeznaczono astronomiczną kwotę 85 miliardów dolarów na ratowanie, poprzez dokapitalizowanie, AIG – największego ubezpieczyciela na świecie. Oznaczało to praktyczne upaństwowienie tej spółki.

3. Kryzys zaufania

Fakt, że kryzys rozpoczął się i zogniskował w jednym z najważniejszych sektorów gospodarki – finansach, ma doniosłe znaczenie dla jego postępów. Sektor finansowy jest bowiem bardzo istotną podporą  współczesnych gospodarek usługowych i wytwarza niemałą część ich PKB. Najbardziej dotkliwie odczuły to „bankowe” państwa bałtyckie, w których większość inwestycji zagranicznych opartych było na kapitale nordyckich i niemieckich banków inwestycyjnych lokowanym w usługach, przede wszystkim finansowych32. Jednak jeszcze ważniejsze, bo globalne konsekwencje, ma inna rola sektora finansowego. W każdym kraju i każdej gospodarce pełni on funkcje pośrednika, transferuje kapitał od gospodarstw domowych do przedsiębiorstw i odwrotnie. Przekształca oszczędności prywatne w kredyty inwestycyjne i konsumpcyjne. Nic więc dziwnego, że gdy sektor finansowy kicha, to cała gospodarka dostaje kataru. A jeśli wygląda to na poważną infekcję, to może zamiast kataru pojawi się grypa albo nawet zapalenie płuc…

Infekcja wywołana tak zwanymi toksycznymi papierami niewątpliwie jest poważna. Dla niektórych instytucji finansowych wirus był nawet śmiertelny – stąd określenia ratowania Fannie Mae, Freddie Mac czy AIG mianem „reanimacji trupa”. Wystarczy wspomnieć przykład Lehman Brothers. Ale przecież nie wszyscy byli nim zarażeni, w każdym razie nie w tak wysokim stopniu. Problemy maja jednak wszyscy. I nie wystarczy tutaj przywołanie faktu postępującego wzajemnego uzależniania się firm i instytucji w zglobalizowanym świecie. Istotą kryzysu nie jest przecież załamanie na rynku kredytów sub-prime, lecz wywołana nim zapaść całego systemu finansowego. Zaatakowane zostało jego spoiwo – zaufanie.

Nagle okazało się bowiem, że nikomu nie można ufać. Bynajmniej dlatego, że chciwi bankierzy oszukiwali siebie nawzajem. Chodzi raczej o to, że nie da się stworzyć bazy danych, systemu, który zamierałby wszystkie informacje niezbędne do oszacowania ryzyka. Banki przestały wiedzieć, komu mogą pożyczyć bez obaw, że jutro pożyczkobiorca nie stanie się niewypłacalny. Sam kredytobiorca nie może być tego pewien. Brak wiedzy – oto problem współczesnej gospodarki opartej na skomplikowanych usługach finansowych.

Czy problem taki mogłaby rozwiązać „maszyna licząca” w rozumieniu Oskara Langego33? Raczej nie. Maszyna taka z pewnością potraktowałaby papiery ocenione na AAA jako nad wyraz bezpieczne. Inna sprawa, że nie pozwoliłaby na udzielanie kredytów sub-prime. To z kolei nie spodobałoby się amerykańskim wyborcom…

Jak więc ten problem rozwiązać? Gdyby odpowiedź była taka prosta, to kryzysu już dawno by nie było. Fakt, że wkroczył on tak głęboko w sferę psychologiczną powoduje trudności w jego zwalczaniu. Działania podmiotów regulujących gospodarkę – państwowych instytucji mogą zmierzać do zmian szerokości strumienia przepływu kapitału, instytucji prawnych, stopnia regulacji. Jednak mizerny wpływ jaki wywarł na gospodarkę plan Paulsona dowodzi, że kryzys odcisnął piętno przede wszystkim w ludzkiej psychice.