Powiedz mi, jak to się skończy

afghanistan_warJest październik 2009 roku. Wojna trwa.

Wojna nie tylko fizyczna, w dalekich zakątkach świata. Ale też wojna idei, informacji, perswazji, różnych wizji, tu, w Ameryce. Po ataku zwolenników wycofania się z Afganistanu, w amerykańskich mediach przyszedł czas na kontrofensywę.

Obrazki z Afganistanu, które widzimy w telewizji fascynują, przerażają, ale – co najważniejsze – powinny zmusić do chwili zastanowienia. W reportażach z centralnej Azji prym wiedzie prestiżowy program amerykańskiej telewizji CBS60 Minutes”: Pogoda jest piękna, niebo przejrzyste, widoczność doskonała. W helikopterze siedzi kilka osób. Wszyscy mają na sobie kamizelki kuloodporne, uszy zasłonięte są wielkimi słuchawkami, małe mikrofony sterczą przed nosami. Jedną z postaci jest Generał, drugą Reporter. Patrzą w dół. Kamera podąża za ich wzrokiem. Pod nimi Ziemia. Góry, góry, góry. Nie ma miast, nie ma dróg, gdyby na ekranie dano napis “Księżyc” można w to łatwo uwierzyć. Na pokładzie przejęty Generał opowiada o potrzebie ustanowienia centralnego rządu zdolnego do zarządzania całym krajem. Reporter kiwa potakująco głową. Przez kilka sekund słychać tylko huk helikoptera. Powaga chwili. Koniec sceny.

Inny obrazek: kępa trawy, kilka skał, piach, bajoro, kosmicznie ubrani żółnierze. Idą, rozglądają się, od czasu do czasu ktoś coś krzyknie i machine ręką. Nagle słychać strzały. To wróg. Bestialsko atakuje, mierzy do żołnierzy. Napadnięci reorganizują się, chowają, lokalizują przeciwnika. Chyba siedzi w trawie wysokiej na półtora metra. Jest. On strzela, oni strzelają, jeden żołnierz pada, wróg pada, koledzy ratują żołnierza, inni dobijają wroga. Sukces. Kolejny terrorysta wyeliminowany. Czy był terrorystą nie dowiemy się nigdy. Ranny żołnierz starci rękę. Po powrocie do bazy Reporterka pyta dwóch mężczyzn, jak wytłumaczyli rodzinie swój wyjazd na misję: powiedziałem, że jadę bronić dobrych przed złymi, stwierdza żołnierz. Reporterka z wyrazem podziwu na twarzy spogląda na młodego chłopaka. Chłopak szczerze uśmiecha się. Cisza. Napisy końcowe.

W prasie drukowanej też nie próżnują: niedawno na łamach New Yorkera ukazał się długi artykuł/sprawozdanie z działań Richarda Holbrooke’a – specjalnego wysłannika administracji Obamy d/s Afganistanu i Pakistanu. Przez całą wiosnę dziennikarz George Packer nie odstępował polityka ani na krok: w eleganckim garniturze Holbrooke rozmawia na bankiecie z Karzajem o dacie wyborów, stanowczo zastrzegając wahającego się Afgańczyka: Bądźmy szczerzy – wybory muszą odbyć się 20 sierpnia. W czapce bejzbolówce z napisem U.S.A.I.D. (United States Agency for International Development) i spodniach w kolorze khaki amerykański wysłannik jeździ od bazy do bazy, z jednej prowincji do drugiej i pyta, rozmawia, napomina, docieka, martwi się: dlaczego Talibowie nie współpracują? Na czym polega problem rolników? Co siać? Czego nie siać? Kto rekrutuje do lokalnej policji? Dlaczego tak mało jest chętnych? Zakres obowiązków i spraw, którymi zajmuje się Holbrooke poraża. Ale poraża też co innego, coś, o czym dziennikarz nie wspomina dosłownie, coś, co przemyka niezauważone: po chwili namysłu, po przeczytaniu tekstu, dla czytelnika staje się jasne, że głównym zadaniem Amerykanina jest zbudowanie całego nowego kraju od podstaw. Prawdziwe nation-building przedstawione jak na dłoni. Nadal wierzę, brzmią ostatnie słowa artykułu cytujące Holbrooke’a.

Jakby komuś było mało, może wziąć do ręki ostatni New York Review of Books, i zanurzyć się meandrach afgańskiej i pakistańskiej polityki, które wyjaśni Ahmed Rashid. Jego rozprawa, która może wprawić w konfuzję, pokaże całą trwogę sytuacji, wskaże ruchy secesyjne w Pakistanie, podsunie groźne liczby przejętych przez Talibów prowincji w regionie, obnaży kruchość władzy w obu krajach. Żeby nikt nie miał wątpliwości, w środku tekstu Rashid wplecie kilka zdań:

W regionie wielu boi się, że USA i NATO mogą zacząć wycofywać się z Afganistanu w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, nawet pomimo tego, że ich misja jeszcze nie zakończyła się sukcesem. (…) Al-Kaida miałaby wtedy znacznie silniejszą motywację do przeprowadzenia ataków terrorystycznych na całym świecie. Pakistańscy talibowie mogliby „odzyskać” dużą część Pakistanu. Bardzo prawdopodobne, że talibowie będą chcieć po prostu przeczekać Amerykanów.

Na dokładkę, czytelnikom spragnionym opowieści o twardych bohaterach wojny, amerykański Newsweek, a w nim portret generała McChrystala. Co dowodzący wojskami sprzymierzonych w Afganistanie myśli o pomyśle (który podoba się ponoć Joe Biden’owi) aby skończyć z nation-building w Afganistanie? Może mają rację, mówi generał. Lecz to pewne, że myśli inaczej, szybko prostuje sprawę dziennikarz, żeby nikt nie miał wątpliwości.

Jest październik 2009 roku. Powiedz mi, jak to się skończy, zapytał kiedyś generał Petraeus mówiąc o wojnie w Iraku…