Nagroda za dobre chęci

obamanobelTegoroczną Pokojową Nagrodę Nobla przyznano prezydentowi USA Barackowi Obamie. Konsekwencją tej decyzji jest pytanie: czym Obama na tę nagrodę zasłużył. Komitet norweski argumentuje swój wybór twierdząc, że prezydent USA uosabia „nadzieje na lepsze jutro”. Dalej natomiast stwierdza, iż „jego dyplomacja oparta jest na koncepcie, według którego rządzący światem powinni kierować się zasadami i wartościami współdzielonymi przez większość ludności [na ziemi]”.

Czy rzeczywiście większość ludności świata hołduje amerykańskim wartościom? Biorąc pod uwagę niektóre spośród państw Azji, Afryki oraz Ameryki Południowej należałoby podejść do tego typu stwierdzeń ze sporą dozą trzeźwości i dystansu. To nic innego jak promocja „wzorcowej” demokracji oraz instrument propagandy lansujący konkretny model rządów. Model, od którego spora część świata stanowczo się odcina.

Po ogłoszeniu zwycięstwa Obamy, prezydent USA powiedział, że współczesnym wyzwaniom nie może stawić czoła „jedna osoba, bądź też jeden naród”. Tym samym dał odpowiedź na pytanie, dlaczego to on otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Odszedł od agresywnej i ekspansywnej polityki swojego poprzednika, który pragnął hegemonii Ameryki w dzisiejszym świecie poprzez ciągły interwencjonizm. Barack Obama od początku swoich rządów odchodzi od tej polityki i wybiera dyplomatyczną drogę rozwiązywania wszystkich problemów i stawia na multilateralizm.

Całkowicie zgadzam się z Paulem Reynoldsem – felietonistą BBC, że Nobel dla Obamy mógł być przyznany bardziej „za intencje niż faktyczne osiągnięcia”. Polityka dialogu w odróżnieniu od postawy pretensjonalnej i aroganckiej, której uosobieniem był George W. Bush, niewątpliwie godna jest pochwały. Czy to jednak nie za mało aby pokonać pozostałych 204 nominowanych, pośród których znalazł się między innymi nieustannie walczący z dyktaturą Roberta Mugabe premier Zimbabwe Morgan Tsvangirai? Tsvangirai nie stara się zresztą obalić starego dyktatora dla blasku chwały i upolitycznionej nagrody, ale niedocenianie takich jednostek podczas nagradzania innych jedynie za chęci może stworzyć niebezpieczny precedens oraz skutecznie podciąć skrzydła dysydentom, których walka o respektowanie wolności oraz praw jednostki pozostaje często niezauważona.