I po spektaklu. Co dalej z armeńskimi protokołami?

bursaOd podpisania protokółów armeńsko-tureckich minął już tydzień i nic nie wskazuje na to, by jakiś nagły zwrot wydarzeń miał zakończyć obserwowane od roku ocieplenie relacji między dwoma rywalami. Tureckie „głębokie państwo” tym razem nie dało o sobie znać chociaż trzy dni temu okazję do tego miało znakomitą.

Środowy mecz Armenii i Turcji na stadionie w nacjonalistycznej, konserwatywnej Bursie łatwo mógł zostać wykorzystany do wykolejenia lub choćby spowolnienia procesu normalizacji. Kto pamięta stambulski mecz Turków ze Szwajcarami z 2005 roku wie, jak żywiołowo reagować mogą tureccy fanatyczni kibice, piłkarze czy nawet służby zabezpieczające stadion, na zawodników i kibiców strony przeciwnej. Zaledwie kilka tygodni temu Bursa zasłynęła rozruchami, do których doszło w trakcie meczu z powszechnie znienawidzoną w zachodniej Turcji kurdyjską drużyną Diyarbakırspor. Powód? Jej kibice nie wstali w czasie odgrywania tureckiego hymnu narodowego tuz przed rozpoczęciem spotkania…

Równie agresywnej postawy kibiców oczekiwałem i tym razem. Nie często bowiem zdarza się, by tureccy pseudokibice mieli okazję zamanifestować swój szowinizm również drużynie ormiańskiej. Przebieg meczu wydawał się niepewny również z innego powodu- znając praktykę funkcjonowania „głębokiego państwa” można było spodziewać się infiltracji środowisk miejscowych i przyjezdnych kibiców przez członków radykalnych organizacji nacjonalistycznych powiązanych czy to ze służbami specjalnymi, czy też z policją i żandarmerią wojskową. Łatwo można było sobie wyobrazić prowokacje, jakich dopuścić się mogły takie osoby- od wywołania zamieszek na stadionie i wokół niego, po ataki na armeńskich działaczy, dziennikarzy i nielicznych zgromadzonych na stadionie kibiców. Równolegle ataki na cele ormiańskie w Stambule mogłyby skutecznie pogorszyć pozytywną atmosferę ostatnich miesięcy i na dobre wykoleić proces normalizacji, na którym tak zależy obecnemu establishmentowi politycznemu.

Nic takiego jednak nie miało miejsca. Nadzwyczajne środki ostrożności uniemożliwiły zwykłym fanom wstęp na stadion, ograniczając dystrybucję biletów do starannie dobranych grup miejscowych kibiców oraz funkcjonariuszy policji i innych służb porządkowych „po godzinach” i w cywilu. Na wniosek FIFA bezwzględnie egzekwowano zakaz wnoszenia na obiekt flag azerbejdżańskich i wszelkich wzbudzających podejrzenia przedmiotów. Przygotowana oprawa meczu obejmowała symboliczne gesty pojednania, jak wypuszczenie przez kibiców białych gołębi– znaku pokoju czy przygotowanie (przez bardzo aktywnych przedstawicieli organizacji pozarządowych ze Stambułu) transparentów w językach: ormiańskim i tureckim, witających i pozdrawiających kibiców ormiańskich w „kraju Hranta [Dinka]”. Nie obyło się oczywiście bez wygwizdania hymnu Armenii czy obrzucenia kamieniami autokaru z armeńskimi dziennikarzami, jednak generalna- nieco wyreżyserowana- atmosfera meczu pozwoliła podtrzymać ducha pojednania oraz zapobiec kompromitacji organizatorów i władz państwowych w chwili, gdy oczy polityków i działaczy z całej Europy zwrócone były na kameralny obiekt w prowincjonalnej Bursie.

Spektakl zakończył się więc sukcesem i politycy w Ankarze i Erewaniu przystąpić mogą do procesu ratyfikacji podpisanych przed tygodniem protokółów. Teoretycznie proces ten powinien przebiegać bez większych problemów. Armeńscy Republikanie dysponują większością głosów potrzebnych do przepchnięcia dokumentów w parlamencie pomimo otwartego sprzeciwu przedstawicieli diaspory oraz partii opozycyjnych. Można sobie wprawdzie wyobrazić „niekonwencjonalne” przeciwstawienie się ratyfikacji w postaci zamachu stanu czy ataków na wpływowych polityków (wystarczy przypomnieć burzliwą końcówkę lat 90-tych), lecz nie wydaje się by sprawa otwarcia granicy z Turcją była przez przeciwne temu środowiska oceniania za na tyle groźna dla narodowych interesów, by usprawiedliwiała sięgnięcie po tak radykalne środki. Jedynie odważne kroki w rozmowach w sprawie Karabachu mogłyby wprowadzić Erewań w stan wrzenia.

Ocenia się, że parlamentarzyści armeńscy czekać będą z ratyfikacją na konkretne kroki strony tureckiej. Protokoły mają wprawdzie trafić pod obrady ankarskiego Zgromadzenia Narodowego już w przyszłym tygodniu, jednak jego decyzja nie wydaje się ani szybka, ani oczywista. Od wielu miesięcy premier Erdoğan uparcie powtarza, że nie zgodzi się na otwarcie granicy z Armenią bez poczynienia przez druga stronę konkretnych gestów dobrej woli wobec Azerbejdżanu. Podobnie wypowiadali się wpływowi przedstawiciele tureckich partii politycznych już po podpisaniu protokołów, w trakcie spotkania z parlamentarzystami azerbejdżańskimi na początku tego tygodnia. I chociaż przełomu w negocjacjach w sprawie statusu Karabachu nie można wykluczyć, wydaje się on w najbliższym czasie bardzo mało prawdopodobny.

Czy turecki rząd może, wbrew wielomiesięcznym zapewnieniom premiera, przepchnąć ratyfikację bez zmiany status quo na Kaukazie? Erdoğan już nie raz udowadniał, że nie obawia się dokonywania ryzykownych decyzji, których nie odważyłby się podjąć żaden inny, związany z tradycyjnym świeckim establishmentem, turecki gabinet. Tak może być i tym razem- choćby w kwietniu, gdy obawa przed kolejnym przemówieniem amerykańskiego prezydenta upamiętniającym maskary Ormian w 1915 roku skłoniłaby parlamentarzystów do zignorowania obaw Azerbejdżanu i szybkim przegłosowaniem ratyfikacji w typowym tureckim stylu (czyli “w ostatniej chwili”). Wiele zależy od tego, jakich konkretnych kroków odwetowych ze strony Baku obawiają się Turcy.

Podpisanie w środę umowy między Gazpromem a spółką SOCAR na dostawy azerbejdżańskiego gazu do Rosji z pewnością nie było dziełem przypadku. Umowa zakłada wprawdzie eksport zaledwie 0.5mld m3 gazu rocznie, lecz umożliwia wzrost dostaw w przyszłości zgodnie z możliwościami eksportowymi Azerbejdżanu oraz oferuje Baku cenę wyższą, niż ten dostaje od tureckiego odbiorcy- firmy BOTAŞ. Znaczące podwyższenie cen gazu lub wstrzymanie jego eksportu do Turcji, administracyjne utrudnienia dla aktywnych w Azerbejdżanie tureckich firm z branży energetycznej (i nie tylko), preferencyjne traktowanie przedsiębiorstw rosyjskich czy irańskich, wreszcie nawiązanie stałej „gazowej” współpracy z Moskwą i rezygnacja z udziału w i tak opóźniającym się projekcie gazociągu Nabucco należą do kroków, które władze Azerbejdżanu mogą poważnie rozważać również w bezpośrednich rozmowach z tureckimi partnerami.

Teorii tłumaczących obecną politykę Turcji można znaleźć bez liku. Moja autorska- przyznaje, że bardzo mało prawdopodobna- zakłada medialną politykę pojednania z Armenią i budowy napięcia w relacjach z Izraelem w celu odwrócenia uwagi od toczących się za zamkniętymi drzwiami negocjacji w sprawie zjednoczenia Cypru. Niespodziewane przedstawienie na początku przyszłego roku gotowego porozumienia z cypryjskimi Grekami nie dałoby szansy na zorganizowanie skutecznej opozycji wobec dokumentu oraz błyskawicznie – w przypadku zaakceptowania go przez mieszkańców wyspy- załatwienie najbardziej palącego problemu, z którym Ankara boryka się w swoim bezpośrednim sąsiedztwie od lat. Problemu o wiele bardziej istotnego, niż zamknięta granica z niewielką i ubogą Armenią.