Goodbye kultura, hello jazgot

jezykJednym ze sposobów manifestowania postaw, opinii oraz sympatii we współczesnym świecie jest specyficzny język, jakiego używają środki masowego przekazu oraz sami politycy. Doraźnie, na potrzeby chwili, tworzone są nowe słowa, a nawet całe wyrażenia. Ta swoista nowomowa jest niebezpieczna, tworzy bowiem dyskurs semantyczny pomiędzy pierwotnymi znaczeniami słów, a ich współczesnymi odpowiednikami, przy czym bardzo często używa się ich wymiennie wypaczając zupełnie prawdę – najczęściej historyczną. Typowym przykładem tego zjawiska są przymiotniki „radziecki” „sowiecki”, „bolszewicki”, „kacapski” i „rosyjski”. W zależności, którego słowa się użyje można zostać zaszufladkowanym jako komunista i zwolennik sowieckiej okupacji bądź też rusofob. Podobnie jest z terminologią związaną z okresem po obradach Okrągłego Stołu – „dekomunizacja”, czy też „postkomunizm”. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że wypowiadający te słowa związany jest ideologicznie z prawicą. Z kolei wyrażenie „patriota” inaczej będzie rozumiane przez lewicę, a inaczej przez osoby o prawicowych poglądach. Liberałowie używają tego terminu często ironicznie i prześmiewczo, podczas gdy patriotyczne środowiska uważają to za komplement. Użycie konkretnego słowa w retoryce historycznej bądź politycznej może więc całkowicie zmienić realia naszej przeszłości, wywołać burzę albo zaszufladkować rozmówcę. Błędów nie wystrzegają się jednak ani media, ani politycy.

Język polityki ma ogromny wpływ na społeczeństwo. Każdego dnia dziesiątki gazet krzyczą hucznymi nagłówkami cytując wypowiedzi naszych rodzimych parlamentarzystów, opisują to, co politycy zrobili bądź też, od których obietnic nieustannie się uchylają. Kontakt na linii politycy – obywatele jest więc stały. Ma to oczywiście, jak mawiał prezydent Lech Wałęsa, „plusy dodatnie” i „plusy ujemne”. Cieszyć należy się z działania mediów, jakby nie patrzeć czwartej władzy – tak mocno wspieranej przez Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych, którzy zdawali sobie sprawę, że wolne media mogą sprawować kontrolę nad pozostałymi gałęziami władzy. Dzięki nim społeczeństwo może patrzeć politykom na ręce i rozliczać ich ze wszystkich decyzji, występków i niedotrzymanych obietnic. Z drugiej zaś strony, tak częsty kontakt z politykami, których język w zasadzie niewiele różni się od mowy potocznej, niesie ryzyko pauperyzacji i tak mocno już kulejącego języka. Politycy stanowią bowiem dość często w oczach ludności przykład do naśladowania. Nie inaczej jest zresztą ze środkami masowego przekazu. Używając konkretnego słownictwa dają poniekąd ciche przyzwolenie do powielania wzorca parlamentarnej i medialnej „łaciny”. Taka legitymizacja nowomowy politycznej, pełnej wulgaryzmów i agresji stwarza niebezpieczny precedens. Ludzie mogą odnieść wrażenie, że osoby publiczne przeklinając dają zgodę na powszechne używanie obelżywych wyrazów. W tej materii jednak historia, tak dawna jak i współczesna, ma się czym pochwalić.

Czeski król Wratysław II – jak podaje kronika Kosmasa – nazwał rycerza Benedę „z kurwy synem” na długo zanim nowoczesna kultura lubująca się w skracaniu wszystkiego do granic możliwości zamieniła te trzy dobitne słowa w jedno. Nie ma też wątpliwości, że moralność ludzi, ich obyczajowość oraz zakres monarszej władzy w XI wieku różnił się znacznie od współczesnych realiów. Z dobitnego formułowania swoich myśli słynęli choćby Napoleon, czy Marszałek Piłsudski. Do historii przeszedł monolog Napoleona Bonaparte wykrzyczany w oblicze ministra Talleyranda: „Jest pan obmierzły, jest pan gównem w jedwabnych pończochach! […] Zasługuje pan, żebym starł pana na proszek, ale zbyt panem gardzę, żeby sobie panem brudzić ręce”. Wypowiedź wzbogacona była jeszcze wieloma wulgarnymi przerywnikami. Co ciekawe, nawiązując do tego monologu Napoleona warto zacytować Jerzego Bralczyka – znamienitego znawcę języka polskiego, który stwierdził niegdyś, że „szacunek + wulgaryzm = ironia”. Zdanie „jest pan gównem w jedwabnych pończochach” pasuje idealnie do tego równania. W tym samym okresie napoleoński marszałek Cambronne wezwany przez Anglików do kapitulacji pod Waterloo wykrzyczał wymowne „Gówno! Gwardia umiera, ale nie poddaje się!”. Chwilę potem resztka francuskiej armii została zrównana z powierzchnią ziemi. Józef Piłsudski, z kolei, swój koszarowy język przeniósł na łono parlamentu. Marszałek używał wielu epitetów pod adresem posłów wyzywając ich od „ścierw” po „durniów”. W wypowiedziach Komendanta Piłsudskiego odznacza się także autorytaryzm i arogancja. Przykładowo podczas przemówienia po przewrocie majowym rzekł do zgromadzonych w parlamencie: „mogłem nie dopuścić was do sali Zgromadzenia Narodowego, kpiąc z was wszystkich, ale czynię próbę, czy można jeszcze w Polsce rządzić bez bata”. Sejm w ogóle był wrogiem numer jeden Marszałka, przynajmniej do lat trzydziestych, kiedy to zwrócił się w stronę polityki zagranicznej. W wywiadzie udzielonym Stpiczyńskiemu nazwał sejm ustawodawczy expressis verbis „sejmem ladacznic”, a innym zaś razem stwierdził, że sejm spowiła „moralna zgnilizna”. Po drugiej stronie obozu politycznego w owym czasie sytuacja nie była o wiele lepsza. Roman Dmowski zapytany o chęć rozmowy z Walerym Sławkiem stwierdził, że z „bałwanem szkoda czasu”. Zarówno Wratysław II, Napoleon, Cambronne oraz Piłsudski byli związani z armią. Świadczy to nad wyraz dobitnie o wpływie i przenikaniu języka „koszarowego” do politycznej nowomowy.

Z zawodowymi politykami nie jest lepiej. Znane jest powszechnie zawołanie „spieprzaj dziadu!” prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie jest to jedynie polski, rodzimy folklor. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy w podobny sposób zwrócił się do mężczyzny, który był niezadowolony z uścisku dłoni prezydenta i sugerował, że ubrudzi sobie ręce. Na to zirytowany Sarkozy rzucił w obecności kamer „spieprzaj, żałosny kretynie!” (oryginalnie: Casse-toi alors pauvre con). Polskie podwórko jest jednak gruntem na tyle żyznym, że nie trzeba się uciekać do przykładów obcych. Wystarczy wymienić kilka przykładów: „Walcie się!” Jacka Zdrojewskiego z SLD, czy choćby najsłynniejszy w Polsce wyraz łaciny podwórkowej w użyciu Józefa Zycha: „Stary, kurwa, załatw to jakoś” – podczas posiedzenia plenarnego Sejmu. Dość zabawna jest na tym tle wpadka byłego wiceministra w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, któremu zdawało się, że Internet gwarantuje całkowitą anonimowość i pod pseudonimem „JINX” napisał „ty pieprzona francowata kreaturo” na stronie posła Zbigniewa Nowaka. Urażony i nadgorliwy Nowak zbadał sprawę i po adresie IP znaleziono winnego, którym okazał się poseł Prawa i Sprawiedliwości Przemysław Gosiewski. Prezydent Lech Kaczyński rozsławił niechcący pewną dziennikarkę, kiedy podczas konferencji prasowej w Brukseli szepnął do ucha podsekretarzowi stanu Andrzejowi Krawczykowi, że zgadza się na „jeszcze jedno pytanie, ale nie od tej małpy w czerwonym”. Informację o nominowaniu Romana Giertycha ministrem skomentował Stefan Niesiołowski z Platformy Obywatelskiej mówiąc, że „to jest nikczemny dureń, a nikczemny dureń nie może być ministrem polskiego rządu”. Popularne wśród posłów jest także wymyślanie sobie od psów jak uczynił to poseł Zawisza z PiS grzmiąc „małczat sabaki”, czyli „milczeć psy”. Pies zresztą nigdy nie cieszył się specjalną estymą i w kulturze arabów stał się obelgą. Dziś w użyciu jest wiele wyzwisk ze słowem „pies” jak choćby „psi synu”, czy „psia mać”, a wszystkie one chętnie używane są przez rodzimych polityków. Może nie wulgarnym, ale na pewno niegrzecznym i obraźliwym było skomentowanie przez posła PiS Artura Górskiego wygrania przez Baracka Obamę wyborów prezydenckich w USA. Powiedział wówczas, że „Obama to czarny mesjasz lewicy”, a jego prezydentura to „koniec cywilizacji białego człowieka”. Całkowicie odrębną kategorię stanowi Janusz Palikot, którego wypowiedzi są kontrowersyjne. Jednych przyprawiają o ból brzucha i gwarantują przeciągły chichot, innych zaś mierzwią i doprowadzają do furii. Z niewybrednego humoru słynął Stefan Kisielewski zwany popularnie „Kisielem”. Utworzył swego czasu nawet partię o nazwie „Chrześcijańska Unia Jedności (akronim ChUJ). Socjologowie już ukuli określenie na tą agresywną i wulgarną nowomowę, którą jesteśmy każdego dnia karmieni, używając terminu „jazgot polityczny”. Jakże znamienna jest i aktualna dziś, pomimo upływu czasu, wypowiedź francuskiego senatora Raymonda Duplantiera, który przed wojną uważał, że kobiety nie powinny zasiadać w parlamencie gdyż „ich usta są zbyt małe na wulgarny język, który często jest podstawą dyskusji politycznej”. Dziś może nie jest on podstawą, ale na pewno środkiem do wszelkiej dyskusji. Tak politycznej, jak i medialnej.

Nośnikiem „jazgotu politycznego” są media, które w twórczej pracy nad kaleczeniem słownictwa nie zostają zbytnio w tyle za politykami. Internet oraz telewizję obiegły nagrania, na których dziennikarz Tomasz Lis mówi: „Co to kurwa jest? […] Wypierdalamy tą planszę, nie ma kurwa tej planszy. Z baranami po prostu nie można pracować […]”. Dłużny nie pozostał Kamil Durczok, kolejny prominentny wodzirej polskich mediów, którego agresja została wyładowana na biednym „upierdolonym stole”. Rafał Ziemkiewicz z kolei, głos polskiej prawicy nie zwykł przebierać w środkach, także werbalnych. Jak nie darł na pół i nie deptał publicznie egzemplarza Gazety Wyborczej to przemawiał do swoich gości w studio takimi słowy: „Dziadek zejdź, kurwa… Dziadek, spierdalaj z tej anteny”.

Dawniej można było stwierdzić po słownictwie „kto pan, a kto cham” jest. Najlepiej słowa te potwierdza wymiana listów pomiędzy Kozakami zaporoskimi, a tureckim sułtanem Mehmedem IV. Wychowany i kulturalny sułtan, można by rzec „pan” napisał ok. 1675 roku co następuje: „Ja, sułtan, syn Mehmeda, brat Słońca i Księżyca, wnuk i namiestnik Boga, Pan królestw Macedonii, Babilonu, Jerozolimy, Wielkiego i Małego Egiptu, Król nad Królami, Pan nad Panami, znamienity rycerz, niezwyciężony dowódca, niepokonany obrońca miasta Pańskiego, wypełniający wolę samego Boga, nadzieja i uspokojenie dla muzułmanów, budzący przestrach, ale i wielki obrońca chrześcijan — nakazuję Wam, zaporoskim Kozakom, poddać się mi dobrowolnie bez żadnego oporu i nie kazać mi się więcej Waszymi napaściami przejmować.” Podpisano: Sułtan turecki Mehmed IV. Odpowiedź Kozaków także świadczy zgodnie z tym schematem, „kto pan, a kto cham”. Wiadomo bowiem, że Kozacy byli prostymi chłopami. Podpisany przez atamana koszowego Iwana Sirko list będący odpowiedzią na wezwanie sułtana głosił: „Zaporoscy Kozacy do sułtana tureckiego! Ty, sułtanie, diable turecki, przeklętego diabła bracie i towarzyszu, samego Lucyfera sekretarzu. Jaki z Ciebie do diabła rycerz, jeśli nie umiesz gołą dupą jeża zabić. Twoje wojsko zjada czarcie gówno. Nie będziesz Ty, sukin Ty synu, synów chrześcijańskiej ziemi pod sobą mieć, walczyć będziemy z Tobą ziemią i wodą, kurwa Twoja mać. Kucharzu Ty babiloński, kołodzieju macedoński, piwowarze jerozolimski, garbarzu aleksandryjski, świński pastuchu Wielkiego i Małego Egiptu, świnio armeńska, podolski złodziejaszku, kołczanie tatarski, kacie kamieniecki i błaźnie dla wszystkiego co na ziemi i pod ziemią, szatańskiego węża potomku i chuju zagięty. Świński Ty ryju, kobyli zadzie, psie rzeźnika, niechrzczony łbie, kurwa Twoja mać. O tak Ci Kozacy zaporoscy odpowiadają, plugawcze. Nie będziesz Ty nawet naszych świń wypasać. Teraz kończymy, daty nie znamy, bo kalendarza nie mamy, miesiąc na niebie, a rok w księgach zapisany, a dzień u nas taki jak i u was, za co możecie w dupę pocałować nas!”

Dziś, granica pomiędzy wyżynami a nizinami społecznymi zatarła się prawie całkowicie, przeklinają bowiem niemal wszyscy – więźniowie zakładów penitencjarnych oraz profesorowie. Pomyśleć tylko, że w 1939 roku kiedy na ekrany amerykańskich kin wchodził film pt. „Przeminęło z wiatrem” ogromne kontrowersje budziło użycie w nim słowa „damn”, czyli „cholera”. Jak zmieniły się czasy, obyczaje i przyzwolenie do używania przekleństw obrazują najlepiej dzisiejsze filmy. Wystarczy włączyć pierwszą lepszą produkcję w telewizji albo od razu wskoczyć na głęboką wodę i sięgnąć po „Psy” Pasikowskiego, aby całkowicie zatracić się w podwórkowej łacinie. Kto wie, może szczęśliwym zbiegiem okoliczności wystarczy jedynie obejrzeć wieczorne „Wiadomości” albo „Panoramę” i cierpliwie czekać, aż ktoś przestanie udawać i na chwilę stanie się sobą prezentując rynsztokową polszczyznę. Pytanie tylko, czy jest sens dalej nazywać wulgaryzmy mową rynsztokową, albo podwórkową łaciną skoro istnieje obecnie niemal pełne przyzwolenie do „rzucania mięsem”. Skoro prezydentowi wolno, wolno parlamentarzystom i dziennikarzom na ekranie, czy w radiu, to wolno wszystkim. W tym właśnie kryje się niebezpieczeństwo. Moralność i obyczaj są terminami, które niemal w całości zostały przesunięte do sfery prywatnej. Wychodzenie z takiego założenia procentuje potem obniżoną samokontrolą w sferze publicznej. Zasadniczo, zastanawia jedna tylko rzecz. Czy to język polityki uległ wulgaryzacji, czy może styl języka potocznego poddał się wpływom mowy politycznej. Pewne jest natomiast, że współcześnie to przenikanie się wpływów kulturowych języka działa w obydwie strony, co „widać,  słychać i czuć”. Ale nic to, nie ma się czym przejmować. Jak zwykł mawiać dziennikarz Kuba Wojewódzki, „jest zajebiście”.