Czy potrzebny nam Rząd Światowy?

global_securityW latach 40. XX wieku w Stanach Zjednoczonych niemożliwym było nie słyszeć o tej idei: rząd światowy! W radio, magazynach, gazetach i książkach – pomysł żył w głównym nurcie debaty politycznej. Dziś na porządku dziennym jest mowa o polityce wielostronnej, instytucjach międzynarodowych, globalnym zarządzaniu (global governance), ale opinia wyrażająca poparcie ustanowieniu lub dążeniu do ustanowienia rządu światowego automatycznie przylepia delikwentowi/ce łatkę: obłąkany idealista. Czy ewolucja głównej debaty politycznej w tym zakresie jest dowodem na zanik wizjonerów, mężów stanu i wielkich myślicieli, czy raczej ukazuje większą świadomość złożoności świata i realizm polityczny wśród uczestników tej debaty? A może prawdziwa jest opcja trzecia – pozorni idealiści robią wszystkich w bambuko i cichaczem, pragmatycznie, małymi kroczkami świat pod ich nadzorem zbliża się do momentu powołania jednego rządu?

W letnim wydaniu prestiżowego pisma naukowego International Studies Quarterly temat podjął Thomas G. Weiss, politolog i prezydent International Studies Association – organizacji stawiającej sobie za cel promowanie badań i edukację w dziedzinie spraw międzynarodowych. Ideę światowego rządu, przekonuje Weiss, można znaleźć w poglądach wielkich polityków amerykańskich: Johna F. Kennedy’ego, Geralda Forda (kiedy byli jeszcze senatorami), późniejszych prezydentów USA i Huberta Humprey’a, który został wice-prezydentem. Łączone z nią są też takie osobistości świata nauki i kultury, jak Albert Einstein, Kurt Vonnegut, Walter Cronkite (zmarły niedawno legendarny dziennikarz telewizyjny). W latach 40. na listach bestsellerów w Ameryce królowały książki promujące „jeden rząd pod słońcem” : „Union Now”, „One World”, czy „The Anatomy of Peace”. Powstawały też liczebne w członków organizacje, jak: Campaign for World Government, czy United World Federalists. Śladów tej myśli można doszukać się nie tylko w świecie Zachodu – przywódca Indii Jawaharlal Nerhu sam ponoć napomknął na ten temat parę razy.

Dla zwolenników światowego rządu powstanie Organizacji Narodów Zjednoczonych nie było spełnieniem marzeń, ale na pewno krokiem w dobrym kierunku. Co się więc stało na przestrzeni kilkudziesięciu lat, że intrygujaca idea straciła siłę rażenia? Thomas Weiss podaje trzy krótkie odpowiedzi: 1) Stany Zjednoczone skupiły się na Zimnej Wojnie i antykomunizmie; 2) Europa skoncentrowała się na konstruowaniu regionalnej współpracy; 3) Południe świata wyzwolone z kolonialnego uścisku zajęło się sobą; 4) uwaga naukowców zwróciła się na inne problemy. Dziś w Ameryce pomysł ma swoich przeciwników zarówno na prawicy, jak i na lewicy. Pierwsi widzą w nim wpływy komunizmu, drudzy postrzegają go, jako drogę do odgórnej tyranii na wzór orwellowskiego Wielkiego Brata.

Weiss ma jednak swoje zdanie: zmiana klimatu, terroryzm, migracje, niestabilność światowego systemu finansowego, pandemie, rozprzestrzenianie broni masowej zagłady, itp. – oto problemy, które daleko wykraczają poza granice i możliwości państw narodowych. To paradoks, pisze politolog, że w momencie, gdy świat znalazł się w potrzebie stawienia czoła największym transnarodowym problemom w historii, idea światowego rządu kompletnie zniknęła z głównego nurtu debaty politycznej. Owszem, mówi się o współpracy w ramach organizacji międzynarodowych, ba, koncepcja globalnego zarządzania (global governance) zyskuje coraz większą popularność wśród decydentów, komentatorów i naukowców. W think-tankach powstają specjalne projekty analizujące możliwości tej propozycji. Problem, według Weissa polega jednak na tym, że te rozwiązania nie są w stanie skutecznie przeciwdziałać zagrożeniom. Na poziomie państwa mamy do czynienia z zarządzaniem (governance) plus rządem (government), który ma realną władzę wykonawczą i kontrolę nad procesem zarządzania. Na poziomie międzynarodowym równanie jest inne: zarządzanie minus rząd, co znaczy brak gwarancji efektywnego zastosowania w praktyce kolektywnych decyzji. Krytyka Weissa, którą serwuje on ONZ nadchodzi z zupełnie innej strony niż zwykliśmy słyszeć – organizacja jest niewydolna, ale nie dlatego, że w różnych jej instytucjach nie ma odpowiedniej reprezentacji państw świata, lecz z powodu z gruntu złego założenia. Globalne zarządzanie tylko sprawia pozory dobrego pomysłu na wyzwania XXI wieku. Trzeba zacząć ponowną debatę nad rządem światowym, trzeba znów rozmawiać o wielkich ideach. Jeżeli nie mierzymy w pozornie nieosiągalne, ryzykujemy utknięciem w miernocie, Weiss cytuje swojego przyjaciela Sergio Vieira de Mello, dyplomatę ONZ zabitego w Iraku w 2003 roku.

Argumentacja Thomasa Weissa jest równie kontrowersyjna, co pełna pasji. Po lekturze pozostawia czytelnika z ogromem wątpliwości i pytań. Do trzech przywołanych na początku tego wpisu można dodać jeszcze dwa, usłyszane kiedyś przy okazji podobnych rozważań – jedno praktyczne, drugie filozoficzne: dokąd ucieknę, gdy światowy rząd zacznie mnie prześladować? Czy wszystko co jest nieosiągalne musi być dobre i warte zdobycia dla człowieka?

Dobra debata nigdy nikomu nie zaszkodzi. Patrząc na politykę światową z realistycznej perspektywy można być pewnym, że w tym przypadku na debacie się skończy.