Anatolijski orzeł (chwilowo?) uziemiony

izraelobrazek

Odwołanie przez turecki sztab generalny międzynarodowej części lotniczych ćwiczeń wojskowych „Anatolian Eagle” na nowo rozpoczęło dyskusję na temat kryzysu w relacjach Turcji z Izraelem. Zdaniem liberalnego dziennika Haarec, opierającego się na źródłach w izraelskim MSZ i MON-ie, Turcja odmówiła włączenia do ćwiczeń samolotów IAF argumentując, że część z nich użyta została do ataku na Strefę Gazy na początku roku. Decyzja miała zapaść w sztabie generalnym pod wpływem nacisków ze strony Ministerstwa Obrony. W proteście wobec decyzji Turków, swój udział w manewrach odwołać mieli Amerykanie i Włosi.

Tureckie źródła – w tym oficjalne stanowisko MSZ – nie dają jasnego wytłumaczenia podjętej decyzji, zaprzeczają jednak politycznemu jej charakterowi i jakimkolwiek jej związkom z krytyką izraelskiej operacji Płynny Ołów. Wbrew opiniom pojawiającym się w mediach izraelskich, wypowiedź ministra Davutoğlu dla kanalu CNN Türk krytykująca politykę Tel Awiwu wobec Gazy, dotyczyła ogólnej oceny relacji dwustronnych, a nie odpowiedzi na pytanie o motywy odwołania manewrów lotniczych. Pragnąc osłabić medialną atmosferę kryzysu, minister Ehud Barak w pojednawczych słowach docenił rolę Turcji w regionie unikając jakichkolwiek krytycznych wobec północnego sąsiada sformułowań.

Mimo zapewnień strony tureckiej, wiele wskazuje na to, że powodem odwołania manewrów rzeczywiście mógł być udział w nich samolotów IAF. Choć trudno doszukiwać się w tej decyzji jakiejś głębszej logiki, można ją uznać za symboliczną odpowiedź na odmowę Tel Awiwu umożliwienia ministrowi Davutoğlu wizyty w kontrolowanej przez Hamas Gazie w czasie jego planowanej wizyty w Izraelu. Można też ją uznać za kolejny znak pogarszających się od początku roku stosunków między tymi krajami. Najbardziej radykalni krytycy polityki rządu Erdoğana uznają ją za kolejny dowód oddalania się Turcji od świata Zachodu i ostatecznego zerwania przez nią współpracy z Izraelem. Takie opinie pojawiają się przecież za każdym razem, gdy na linii Ankara- Tel Awiw pojawiają się jakiekolwiek zgrzyty.

Wizja islamistycznej AKP sympatyzującej z Hamasem i zadającej cios tradycyjnie proizraelskiej postawie świeckich elit Turcji niewiele ma jednak wspólnego z rzeczywistością. Relatywnie bliskie więzi łączące Izraelczyków i Turków sięgają bowiem zaledwie początków lat 90-tych, podczas gdy o okresie Zimnej Wojny i kolejnych kryzysach dyplomatycznych z tamtego okresu niewielu stara się pamiętać. A szkoda, bo spojrzenie na tamte czasy pozwala zrozumieć, że polityka Erdoğana nie odchodzi zdecydowanie od politycznego konsensusu głównych sil rządzących od lat Turcją.

Izrael nigdy bowiem nie cieszył się sympatią tureckich mas, bardzo rzadko – elit tego kraju. Od samego początku Turcy sympatyzowali najpierw z państwami arabskimi, a następnie palestyńskimi organizacjami narodowowyzwoleńczymi, widząc w Izraelu państwo narzucone regionowi przez zachodnich imperialistów, okupujące ziemię tradycyjnie arabską i sprowadzające Palestyńczyków do rangi ludzi drugiej kategorii. Taka ocena dominuje nie tylko w kierujących się muzułmańską solidarnością kręgach islamistycznych i konserwatywnych, lecz również socjaldemokratycznych, które postrzegają konflikt bliskowschodni w sposób podobny, jak zachodnioeuropejska lewica. Do największych krytyków państwa żydowskiego należał przecież długoletni przywódca ruchu robotniczego ı premier Bülent Ecevit, którego wypowiedzi z początków drugiej palestyńskiej intifady nie różniły się w sposób zdecydowany od obecnych poglądów Erdoğana.

Poglądy przychylne Izraelowi zawsze pojawiały się w środowiskach, których oddziaływanie na masy musiało być niezwykle ograniczone. Liberalni intelektualiści może i potrafią dostrzec i zrozumieć izraelskie spojrzenie na kwestie regionalne, lecz nie dysponują środkami pozwalającymi im przekonać do swoich poglądów szersze grono odbiorców. Tradycyjni nacjonaliści – zwolennicy panturkizmu być może większą niechęcią od Żydów darzą Arabów (słynny cios w plecy z czasów I wojny światowej), lecz konieczność zdobycia poparcia konserwatywnych mas już dawno skłoniła ich do odejścia od otwartego sympatyzowania z Izraelem. Świeckie elity kemalistowskie, okopane w wojsku czy służbach specjalnych, zamiast wpływać na polityczna stronę relacji z Izraelem, swoja energię koncentrują na polu militarnym i wywiadowczym, pozostającymi poza centrum uwagi wścibskich antyrządowych mediów. Wreszcie przedsiębiorcy– od lat prowadzący interesy z izraelskimi partnerami unikają szerszego zaangażowania w rządzące się zupełnie innymi prawami relacje polityczne.

Współpraca wywiadowcza, wojskowa i ekonomiczna- to do nich sprowadzały się często dzisiaj idealizowane relacje „starej” Turcji z Izraelem. Stosunki polityczne, zwłaszcza w sferze oficjalnej, pozostawały chłodne bez względu na to, która opcja polityczna sprawowała akurat w Turcji władzę. To za rządów „starej gwardii” Atatürka Ankara opowiedziała się w 1947 roku przeciw powstaniu państwa żydowskiego. Kolejne demokratyczne rządy lewicy i prawicy otwarcie potępiały Izrael w czasie każdej kolejnej jego wojny z arabskimi sąsiadami, uniemożliwiając państwom zachodnim wykorzystywanie tureckiej przestrzeni powietrznej dla dostaw sprzętu dla Izraela. W 1973 roku Turcja zezwoliła wręcz na dostawy sprzętu radzieckiego do Syrii, co stanowiło jeden z najgorszych momentów w dziejach jej relacji z Izraelem. Lewicowe gabinety lat 70-tych otwarcie popierały tez OWP, nawiązując z nią stosunki dyplomatyczne i uroczyście goszcząc Arafata w gabinetach rządowych Ankary w czasach, gdy pozostawał on postacią wyklętą na zachodnich salonach. Bardzo chłodnych stosunków nie zmienił zamach wojskowy w 1980 roku, gdy proamerykańscy, świeccy, antyislamistyczni wojskowi potępiali kolejne akcje izraelskie w Libanie.

Przełom nastąpił dopiero w początkach lat 90-tych, wraz z postępującym bliskowschodnim procesem pokojowym, który pierwszy raz w historii pozwolił Turkom nawiązać kontakty z izraelskimi przywódcami bez obawy o ostrą krytykę ze strony opozycji. Dotąd, jeśli dochodziło do sporadycznych kontaktów na wysokim szczeblu, odbywały się one w absolutnej tajemnicy i dopiero po latach prawda o nich wychodziła na światło dzienne. Wymiana wizyt państwowych, kolejne umowy gospodarcze i wojskowe, moda na izraelskie wyjazdy na wczasy w Turcji sprawiły, że szybko zapomniano o poprzednich dekadach pełnych sporów, oskarżeń Izraela o najgorsze zbrodnie i regularnego obniżania statusu przedstawicielstw dyplomatycznych.

Ocieplenie relacji i nawiązanie współpracy nieco na wyrost nazwanej przez media arabskie sojuszem militarnym, miało miejsce jedynie dzięki poprawie wizerunku Izraela na arenie międzynarodowej i powstaniu szansy na uregulowanie problemu Palestyńczyków poprzez przyznanie im prawa do własnego państwa. Pierwsze zgrzyty pojawiły się już za rządów Likudu po wyborach 1996 roku, kolejne- po wybuchu drugiej intifady i dojściu do władzy Ariela Szarona. Wraz z zablokowaniem procesu pokojowego skończyła się dobra wola tureckich polityków, tak lewica jak i prawica powróciły do często niesprawiedliwej krytyki Izraela, oskarżając go o zbrodnie przeciwko ludzkości czy ludobójstwa.

Iluzją jest sądzić, że zmiana rządu na mniej powiązany z programem islamistycznym odbudowałaby dobry klimat rozmów i zakończyła czasem żenujące wystąpienia tureckich polityków. Słynne wystąpienie Erdoğana w Davos poparte zostało zdecydowanie przez wszystkie znaczące siły polityczne w Turcji- wszystkie bowiem oceniają konflikt bliskowschodni nie z perspektywy walki Izraela z islamskim terroryzmem, lecz jako walkę narodowowyzwoleńczą okupowanych i poniżanych od dziesięcioleci Palestyńczyków.

Bez postępu w procesie pokojowym nie dojdzie do zmiany tureckiej polityki. Nie wynika to jednak z opcji ideologicznej obecnie rządzących, lecz sympatii całego społeczeństwa tureckiego. W kraju demokratycznym nie da się prowadzić polityki zupełnie oderwanej od oczekiwań społeczeństwa- a Turcja to przecież nie rządzone żelazną ręką Egipt czy Jordania, które ignorować mogą glosy ulicy i popierać kontrowersyjne posunięcia Izraela wobec Gazy czy Libanu.

Pozostaje pytanie, czy konserwatywny rząd Erdoğana z powodów ideologicznych może pójść dalej, niż wymaga tego ogólnoturecki konsensus, i doprowadzić do bardziej wyraźnego zerwania z Izraelem również na polu tradycyjnej z nim współpracy- zakupów wojskowych, wywiadowczej czy handlowej? Bez gigantycznego kryzysu na Bliskim Wschodzie, konfliktu obejmującego swoim zasięgiem znaczna część regionu i godzącego w żywotne interesy Turcji, za który odpowiedzialność w powszechnym przekonaniu można by zrzucić na Izrael, nie wydaje się to specjalnie prawdopodobne. Również w środowiskach przedsiębiorców powiązanych z elitą rządzącej AKP znajdziemy przecież osoby zaangażowane w kontakty z Izraelem. Najlepiej to świadczy o pragmatyzmie opcji politycznej, uznawanej często za ślepo podporządkowaną wyznawanej przez siebie ideologii.

Relacje Izraela i Turcji wracają po prostu do stanu normalności sprzed nienaturalnego ocieplenia lat 90-tych. Czy właśnie nie powrotu „starej świeckiej Turcji” Izraelczycy oczekiwali?