Wrócić tam choć na chwilę

Mahm„Wrócić tam choć na chwilę to moje marzenie. Nie byłem w Iranie od 26 lat”- wyznaje Mahmood Amiry-Moghaddam, który po rewolucji Chomeiniego zmuszony był opuścić ojczyznę. Tułaczka po świecie oraz poczucie wyobcowania, których doświadczał Mahmood wraz ze starszym rodzeństwem, znalazły swój koniec w Norwegii, która z radością przyjęła irańskich uchodźców. Dziś nazwisko Amiry-Moghaddam jest symbolem uporu, poświęcenia oraz oddania szlachetnej sprawie. Jako uchodźca był w stanie nie tylko obronić tytuł doktora na obczyźnie, ale również pamięta o losie swoich rodaków w Iranie, którym stara się na swój sposób pomóc. Droga do sukcesu jednak, jak to przeważnie bywa, pełna była zakrętów.

*

Lato 1978 roku. Miasteczko Sirjan na południowym wschodzie Iranu. Na placu zgraja religijnych fanatyków. Wszyscy coś wykrzykują. Wrzawa przerywa siestę pozostałym mieszkańcom, którzy odpoczywali w swych domach. Ludzie tłumnie zbierają się z niemałym zaciekawieniem. W powietrzu czuć podekscytowanie. „Niech żyje Chomeini!” – słychać z jednej strony. „Śmierć szachowi!” – dobiega z drugiej. Mahmood Amiry-Moghaddam razem z bratem biegną przerażeni do domu. „To demonstracje” – tłumaczy im mama.

*

Dwa miesiące później szach Mohammad Reza Pahlawi wprowadza stan wojenny. We wrześniu w Teheranie odbywa się demonstracja przeciwko władzy monarchy, do której spacyfikowania szach wysyła wojsko. Śmierć ponosi kilkaset osób. Zdarzenie to od tamtej pory zwane będzie Czarnym Piątkiem, de facto jednak stanie się symbolicznym gwoździem do trumny względnie liberalnego Iranu, którego skutki widoczne są do dziś. Rząd utracił wówczas poparcie nie tylko obywateli, ale także zachodnich sojuszników. W szesnasty dzień stycznia 1979 roku szach opuszcza Iran, a Ruhollah Chomeini wraca do kraju po 14 latach wygnania. Teraz będzie już tylko gorzej. „Rządy szacha były dyktaturą, której opresje skierowane były przeciwko intelektualistom i aktywistom politycznym, nie zaś zwykłym ludziom. Reżim ajatollahów obejmuje wszystkich ponieważ nakłada restrykcje nie tylko na to co mówisz i myślisz, ale także na to co jesz, pijesz, nosisz, z kim rozmawiasz i kogo trzymasz za rękę. Rządy duchownych są więc faktycznie w nieustającym stanie wojny z całym narodem, chcą kontrolować absolutnie wszystko, każdą dziedzinę życia” – ocenia z perspektywy lat Amiry-Moghaddam.

*

Mahmood Amiry-Moghaddam urodził się w Kermanie, stolicy prowincji o tej samej nazwie w 1971 roku. „Choć byłem bardzo młody, życie sprzed rewolucji pamiętam dość wyraźnie” – wspomina. „Muzyka na ulicach, pełne sale kinowe, ludzie bawiący się w klubach nocnych. Pamiętam nawet, kiedy wujek zabrał mnie do kina. Tuż przed rozpoczęciem seansu musieliśmy wszyscy wstać i wyśpiewać pieśń chwalebną ku czci szacha Pahlawiego. O polityce jednak nie mówiono za wiele, a kiedy mówiono, był to przeważnie cichy szept. Wszystko zmieniło się w 1978 roku. Ludzie zaczęli nie tylko głośno wyrażać swoje niezadowolenie, ale nawet publicznie krytykować szacha. Nagle wszyscy zainteresowali się polityką”.

16 lutego 1979 roku Mahmood po raz pierwszy w życiu zobaczył ciała zmasakrowanych ludzi. Tej nocy z zimną krwią zabito czterech generałów szacha, a zdjęcia ich ciał gościły na pierwszych stronach irańskich gazet. Pomimo takich obrazków młody Mahmood lubił czytać. Jedną z pierwszych książek w jego życiu był „Folwark zwierzęcy” George’a Orwella. Przeczytał ją mając zaledwie 8 lat. Wcześniej literatura polityczna była w Iranie niedostępna, nie było na nią bowiem popytu. Wobec zmian zachodzących w kraju książka stałą się hitem. Nie na długo jednak. Rok po rewolucji, decyzją ajatollaha Chomeiniego, książka zniknęła z bibliotek – została zakazana. Tak działała rewolucja kulturalna – trochę na wzór tej maoistowskiej. Innym jej przejawem, który bezpośrednio dotknął rodzinę Amiry-Moghaddama było wyrzucenie jego starszej siostry ze studiów na uniwersytecie przez „kolegów”, którzy współpracowali z reżimem. Powodem była jej „opozycyjna postawa”. Faktycznie jednak ajatollah wyznawał autorytarną zasadę: kto nie jest ze mną, ten przeciwko mnie. W związku z tym za wrogów rewolucji uznawano wszystkich tych, którzy nie byli jej gorącymi zwolennikami.

W 1980 roku wybuchła wojna iracko – irańska. Dzieci i młodzież wcielano siłą do armii bez zgody rodziców. Chomeini wydał fatwę, która stwierdzała, że zgoda rodziców jest zbędna. Najmłodsi szli na pierwszy ogień. Zmuszano ich także do oczyszczania pól minowych, po którym następnie mogły przejść regularne wojska. Towarzyszyła temu nieustanna indoktrynacja w prasie i szkołach – dosłownie wszędzie. Latem 1981 roku za zgodą Chomeiniego – Madżlis – perski parlament zdymisjonował prezydenta Abolhassana Bani Sadra. Zapoczątkowało to kolejny etap czystek. Na szeroką skalę aresztowano i zabijano członków opozycji oraz osoby posądzane o rzekomą propagandę antyrewolucyjną. W ciągu kilku miesięcy zgładzono tysiące ludzkich istnień. W tym samym czasie zamordowano także jednego z kuzynów Mahmooda. Miał 18 lat i wystarczyło, że został złapany na czytaniu opozycyjnej prasy. Egzekucja – strzał w głowę.

Rodzice Mahmooda postanowili wysłać dzieci poza granice kraju. W owym czasie w grę wchodziły tylko Pakistan i Turcja. Irak był z Iranem w stanie wojny, która trwała jeszcze do 1988 roku, Afganistan znajdował się pod kontrolą Sowietów, a Azerbejdżan stanowił jedynie jedną z republik Związku Radzieckiego. Kerman, w którym mieszkała rodzina Mahmooda znajduje się mniej więcej 700 kilometrów od granicy z Pakistanem. Do Turcji jest co najmniej dwa razy tyle. Wobec tego Pakistan wydawał się najbardziej rozsądnym wyborem szczególnie, że stamtąd Mahmood razem z bratem i siostrą mieli dotrzeć do Indii. Nikt z rodziny nie traktował tej emigracji w kategoriach permanentnych.„Rodzice, tak jak i większość ludzi w Iranie, uważali, że rewolucja potrwa najwyżej kilka lat, po czym wszystko wróci do normy” – twierdzi Amiry-Moghaddam. Był rok 1983.

Do Pakistanu jako pierwsza dotarła starsza siostra Mahmooda. Granicę przekroczyła autokarem pod osłoną burki wmieszana w tłum pakistańskich kobiet. Mahmood razem z bratem przedostali się do Pakistanu dwa tygodnie później. Na tylnym siedzeniu motocykla, wtuleni w plecy przemytnika, który wiózł ich opłotkami przez nieuczęszczane leśne ścieżki, dotarli do pierwszej wioski za granicą Iranu. Stamtąd autobus do Karaczi, gdzie spotkali się z siostrą. „W owym czasie bardzo wielu Irańczyków emigrowało do Pakistanu także nasz widok nikogo tam nie dziwił. Pakistańczycy byli dla nas bardzo przyjacielscy i uczynni” – wspomina po latach.

Pomimo, że wojna o Kaszmir pomiędzy Indiami a Pakistanem dobiegła końca kilka lat wcześniej, cały czas dochodziło do zbrojnych potyczek na granicy obydwu państw. Okazało się wówczas, że marzenia rodziny Mahmooda o przedostaniu się do Indii są nierealne.

W Pakistanie cała trójka posiadała status uchodźcy. Ze względu na napięte stosunki na linii Delhi – Islamabad, które groziły wojną atomową, ONZ wysyłał irańskich uchodźców do krajów, które gotowe były ich przyjąć. Proces ten trwał jednak na tyle długo, że znaczna część Irańczyków przedostawała się do Europy za pomocą fałszywych dokumentów. Rodzeństwo Amiry-Moghaddam cierpliwie czekało na swoją szansę.

Po dwóch miesiącach na emigracji Mahmood zapisał się do prywatnej szkoły podstawowej „Azeem” w Gulshan-E-Iqbal – dzielnicy Karaczi. Pieniądze na czesne przesyłał mu ojciec. Większość zajęć prowadzona była w języku angielskim, z wyjątkiem dwóch – jednego w urdu, drugiego w sindhi. Po dwóch latach Organizacja Narodów Zjednoczonych znalazła im miejsce w stolicy Norwegii Oslo. Długo się nie zastanawiali, wyjechali najszybciej jak się dało.

*

Oslo z lotu ptaka. Młody Mahmood miał dech zaparty w piersiach. Wszystko było piękne, zielone i inne. Początkowo najtrudniej było się przyzwyczaić do pustych ulic. „W porównaniu z Karaczi, w którym spędziłem dwa poprzednie lata, Oslo wydawało się wymarłe i bardzo spokojne”. Nietrudno wyobrazić sobie szok kulturowy jakiego musiała doznać cała trójka. Z pogrążonych w konfliktach muzułmańskich krajów trafili do zupełnie innej, specyficznej cywilizacji zachodniej. „Pierwsza noc w Norwegii: wstałem o 3 i wyszedłem na balkon. Było jasno, pięknie, ale jakoś pusto na ulicach. Dziwiło mnie, że o 3 nikogo nie ma na placu przed naszym mieszkaniem. Byłem piekielnie zmęczony, a gdy uświadomiłem sobie, że była 3 w nocy, a nie w dzień – nie mogłem się otrząsnąć”.

Mahmood zamieszkał z bratem na przedmieściach Oslo, a opiekę nad nimi sprawowała wspólnota gminna. Zaczął też ponownie chodzić do szkoły – do liceum. Z rówieśnikami dogadywał się nieźle. Każdy chciał szlifować swój angielski więc często zagadywali uchodźcę z Iranu. Znajomość angielskiego w krótkim czasie zaprocentowała sporą liczbą kolegów. Już wówczas Mahmood interesował się polityką podczas gdy jego rówieśnicy zainteresowani byli raczej gwiazdami rocka. Z czasem uświadomił sobie, że to z nim było coś nie tak, a nie z całą resztą. Na ten trudny okres złożył się także kryzys tożsamości Amiry-Moghaddama. „Nie byłem Norwegiem, ale nie byłem też Irańczykiem w rozumowaniu Norwegów”.

„Z początku byliśmy niezmiernie szczęśliwi” – wspomina. „Było wspaniale. Spokojnie. Jednakże po kilku miesiącach zacząłem tęsknić za Iranem, a nawet Pakistanem. Czułem się obcy, czułem pustkę. Pewnego dnia, po dwóch miesiącach w Norwegii, poznaliśmy przypadkiem innych uchodźców z Iranu, którzy na głównej ulicy Oslo – Karl Johan – demonstrowali przeciwko Chomeiniemu pokazując przechodniom zdjęcia ofiar reżimu. To ukierunkowało moje dwa kolejne lata życia. Rzuciłem szkołę i zostałem aktywistą”. Tym samym odnalazł Mahmood swoją tożsamość. Od tej pory walka z opresjami, których doświadczają ludzie w Iranie stała się częścią życia i świadomości młodego uchodźcy. Nagabując ludzi i pokazując im dowody na bestialstwo rządów ajatollaha nauczył się norweskiego. Z uśmiechem dziś wspomina, że po roku potrafił płynnie mówić po norwesku o sprawach Iranu, natomiast o wszystkim innym mówił średnio.

mahmood01aPo dwóch latach poświęconych tylko na działalność aktywistyczną Mahmood wrócił do szkoły. Szybko ukończył ją z wyróżnieniem, a już w 1989 roku rozpoczął studia medyczne na Uniwersytecie w Oslo. Na drugim roku studiów zaangażował się w projekt naukowy, który związany był z mózgiem człowieka i układem nerwowym. Tym sposobem na dobre wciągnął się w zagadnienia neurobiologii, z którą związany jest do dziś. Mahmood pracuje jako kierownik laboratorium neurobiologii i biologii molekularnej na Uniwersytecie Oslo. Przed kilkoma laty obronił tytuł doktora nauk medycznych. Za swoją pracę doktorską otrzymał wiele prestiżowych nagród w tym złoty medal za osiągnięcia naukowe z dziedziny medycyny od samego króla Norwegii Haralda V oraz Nagroda Fundacji Nobla dla młodych naukowców. Na swoim koncie ma kilkadziesiąt publikacji naukowych oraz szereg istotnych badań, które publikowane były w międzynarodowej prasie naukowej. Równolegle do kariery zawodowej Mahmood rozwijał swą działalność aktywistyczną która zaowocowała powstaniem strony internetowej Iranian Human Rights (iranhr.net), która opisuje przypadki łamania praw człowieka w kraju pochodzenia Amiry-Moghaddama. Mahmood jest jej założycielem i rzecznikiem. Przed dwoma laty został nagrodzony przez organizację Amnesty International za niezmordowaną działalność na rzecz obrony praw człowieka, w którą wkłada całe serce. „Niestrudzony bohater dnia codziennego” – mówi o Mahmoodzie Bente Erichsen – prezes norweskiego Amnesty International. „Dedykuję tę nagrodę wszystkim aktywistom w Iranie, którzy ryzykują własne życia dla innych oraz wam wszystkim, którzy żyjecie bezpiecznie w Norwegii i troszczycie się o los osób, których nigdy nie widzieliście, a którzy żyją 5000 kilometrów stąd. Ludzkie istoty takie jak my ostatecznie doprowadzą do zmian na lepsze. Zamierzam kontynuować swoją walkę i głęboko wierzę, że wy także” – mówił żarliwie podczas uroczystej gali.

*

Rodzice Mahmooda nigdy nie należeli do opozycji, ale gdy Teheran dowiedział się o jego działalności w Norwegii, agenci rządowi nękali od czasu do czasu jego ojca. Presja nasiliła się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Niekiedy zawiązywano mu oczy, wywożono za miasto i wmawiano, że miejsce zamieszkania jego dzieci jest rządowi doskonale znane. Pozbawiono go nawet paszportu. Stary człowiek ciężko to znosił. Ostatecznie jednak w 2000 roku przywrócono mu dokumenty i udało mu się odwiedzić swoje pociechy w Oslo, gdzie zmarł po trzech miesiącach. Mama Mahmooda nadal mieszka w Iranie i czasami udaje jej się odwiedzić Norwegię. A w drugą stronę? Mahmood, jako zażarty przeciwnik Rewolucji nie zamierza na razie wracać. Bardzo by chciał, ale nie dopóki rządy sprawują znienawidzeni przez niego ludzie. „Wrócić tam choć na chwilę to moje marzenie. Nie byłem w Iranie od 26 lat. Nie pamiętam już jakie to uczucie stąpać po ulicach państwa, które z definicji należy do mnie jako moja ojczyzna”. Pomijając oczywiście nastawienie Teheranu do aktywistów i dysydentów problem stanowi duma Mahmooda. „Nie wyobrażam sobie, że idę pokornie do Ambasady Iranu i grzecznie proszę o paszport. Nie uznaję tych ludzi za reprezentantów mojego kraju”.

MahmoodMahmood trzyma jednak rękę na pulsie życia wewnątrz Iranu. Na jego stronie codziennie pojawiają się informacje o sytuacji poszczególnych osób i okoliczności w jakich trafiły do więzienia, bądź też zostały powieszone. W rzeczywistości to przygnębiające zajęcie. Każdego dnia Mahmood zmuszony jest poczuciem obowiązku do pisania o młodych rodakach, którzy giną albo pozbawiani są wolności. Bez winy naturalnie, bo cóż to za wina – chęć zmiany dyktatorskiego rządu duchownych, którzy okazali się gorsi niż zachodni okupanci Persji, czy autorytarne rządy szacha. Działalność Iranian Human Rights została ostatnio wzmożona. W czerwcu odbyły się wybory prezydenckie w Iranie, które – jak twierdzą opozycjoniści – zostały sfałszowane. Od tego czasu trwa tam nieprzerwana rewolucja młodych, zbuntowanych i zmęczonych reżimem teokratycznym ludzi – zwana „zieloną” od koloru kampanii kontrkandydata na fotel prezydenta Mousaviego. Niesie to niestety konsekwencje w postaci masowych aresztowań, gwałtów i mordów ze strony dyktatury. Co gorsza – niepokoi się Mahmood, który w związku z opresjami rządu wobec rewolucjonistów ma ręce pełne roboty – w przypadku wojny pomiędzy Iranem, a Izraelem reżim będzie karał opozycję w sposób jeszcze bardziej brutalny i nienawistny niż dotychczas, powodowany strachem przed utratą władzy. „Ewentualna wojna będzie prawdopodobnie swoistą oliwą do ognia wszelkich muzułmańskich ugrupowań terrorystycznych na Bliskim Wschodzie, a to z pewnością nie wróży niczego dobrego. Mam jednak nadzieję, że do wojny nie dojdzie”. Mahmood Amiry-Moghaddam nie traci wiary. Wierzy, że jego działanie oraz działanie jemu podobnych zmieni świadomość ludzi. Wierzy także, że jeszcze dane mu będzie stąpać po laickim Iranie, o którym jako niepraktykujący muzułmanin, jakich w Iranie bardzo wielu, marzy od lat.