Tarcza z Izraelem w tle

Tarcza antyrakietowa
Tarcza antyrakietowa

Jesteśmy coraz bliżsi odpowiedzi na pytanie – czy to pies (Stany Zjednoczone) kręci ogonem (Izrael), czy ogon psem. Ostatnia zmiana koncepcji tarczy antyrakietowej jest widocznie proizraelska. Szczególnie ciekawie to brzmi, jeśli powołamy się na doniesienia izraelskiej gazety „Maariw”. Według niej autorem całego planu był Szymon Peres, obecny prezydent Izraela. Istota przedsięwzięcia byłaby bardzo prosta. Amerykanie zmieniają swoje plany wobec tarczy, Rosjanie zapowiadają, że nie zainstalują Iskanderów oraz rozpoczynają nieformalny nacisk na Iran, a nawet głosują „za” zaostrzeniem sankcji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Nie wiemy, czy te doniesienia są prawdziwe, ale jeśli plan wymyślił Szymon Peres, to chyba oczywiste jest, że z dwójki państw Stany Zjednoczone-Rosja najwięcej na tym układzie zyskałby… Izrael.

Tarcza taktycznie skierowana zostałaby przeciwko Teheranowi. Spójrzmy na maksymalny zasięg irańskich rakiet Shabab-3. To około 2000 km. Kogo może zaatakować Iran? Na pewno nie Stany Zjednoczone, które są schowane za oceanami i irańskie rakiety nie dosięgna żadnego z wybrzeży przez najbliższych wiele lat. Z poważnych sojuszników amerykańskich w regionie pozostają Pakistan, Egipt, Irak, Arabia Saudyjska i Izrael.

Atak na Pakistan i Egipt byłby pozbawiony jakiegokolwiek sensu i byłby nie tylko strategicznym, ale też politycznym samobójstwem. Atakowanie rakietami leżącego koło Izraela Egiptu nie przyniosłoby żadnych korzyści, a Pakistan byłby w stanie odpowiedzieć z dużą większą siłą. Więcej racji miałby – w razie wojny – atak na złoża naftowe „psa Ameryki” – Arabii Saudyjskiej. Tylko, czy temu będzie skutecznie przeciwdziałać tarcza antyrakietowa? Przecież złoża saudyjskie można zwyczajnie zbombardować z myśliwców lub wysadzić przy pomocy służb specjalnych. To samo tyczy się Iraku, w którym Iran posiada nadal olbrzymie wpływy. Teheran może również zablokować Cieśninę Ormuz, przez którą przechodzi 30% światowego transportu ropy naftowej. W tym przypadku wystarczyłoby zatopić kilka własnych statków, by świat stanął przed poważnym ekonomicznym problemem. Tarcza zatem ograniczyłaby pole manewru Irańczyków, ale Chameneiowi i spółce nadal pozostałoby kilka ciekawych ruchów w przypadku konfliktu zbrojnego. Militarnie byliby bez szans, zatem próbwaliby jak najmocniej zaszkodzić „dużemu szatanowi” i jego „psom”. Zawsze można też coś zrobić z własnymi rurociągiami, złozami etc.

Rakiety Shabab-3 doleciałyby też do Izraela. Tym chwalą się przywódcy irańscy – Ali Chamanei i Mahmud Ahmadineżad. Niektórzy zapewne nie pamiętają, ale w lipcu 2008 Irańczycy testowali w/w rakiety. Aby jednak sprawa wyglądała poważniej, dokleili kilka Shababów w Photoshopie. Zamiast strachu, budziły uśmiech początkująćych informatyków. Obecnie dużo większym problemem dla Iranu powinna być gospodarka i młodzi ludzie, którzy coraz głośniej manifestują swoje niezadowolenie wobec warunków panujących w ich kraju. Ideologiczną wojną z Izraelem nie nakarmią swoich dzieci.

Atak na Izrael jest więc taktyczną możliwością. Ahmadineżad straszy wymazaniem Izrael z mapy, ale swoich zapowiedzi nie spełni. Jeśli jednak Iran wyśle rakiety przeciwko komuś, to będzie to rzeczywście Izrael. Na razie to Żydzi dysponują bronią atomową, a Persowie nad nią dopiero pracują. Żydzi posiadają już system antyrakietowy, ale na pewno drugi – mobilny amerykański – im nie zaszkodzi. Posiadanie takich rakiet przez Iran ma sens, dopóki ich nie wystrzeli. Teoretycznie może zaatakować każdego w Azji, ale to broń odstraszająca. Podobnie jest z, wymyślonym jeszcze przez szacha, projektem atomowym. W założeniu, tarcza antyrakietowa ma obronić świat w przypadku rakietowego ataku z wykorzystaniem głowic nuklearnych. To raczej fantastyka, ale atmosfera medialna powoduje, iż ludzie przyjmują takie wytłumaczenie. Iran i Izrael nie szykują się do wojny. To gra strategiczna, Iran dąży do zniwelowania izraelskiej przewagi.

Benjamnin Netanjahu podczas „tajnej” wizyty w Moskwie miał powiedzieć Miedwiediewowi, że jego państwo nie zamierza atakować Iranu. Po co ma to robić, gdy na dzień dzisiejszy ryzyko ataku rakietowego liczyć można – jak u kierowców zawartość alkoholu – w promilach? Jednocześnie Amerykanie nie są też w stanie zmusić Żydów do minimum, jakim byłoby zaprzestanie rozbudowy żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Tel Awiwu do ustępstwa w tej sprawie od kilku miesięcy próbuje nakłonić Barack Obama. Teraz w prezencie dorzucił im projekt tarczy, której głównym zadaniem będzie ochrona Izraela. Prezydent Stanów Zjednoczonych z Izraelem sobie najzwyczajniej nie radzi.

„Mobilna” tarcza umocniłaby wpływy amerykańskie na Bliskim Wschodzie i zwiększyła nacisk na Iran. Nie rozwiązałaby przy tym żadnego problemu. Plan, o którym napisałem w pierwszym akapicie zakłada zwiększenie nacisku na Iran ze strony Rosji. Czy jednak to zatrzyma perski program atomowy? Czy Irańczycy nie zwrócą się do innych państw (Pakistan, Chiny?), które będą w stanie zapełnić lukę po Moskwie? Czy nawet jeśli Rosja zagłosuje w RB ONZ za zaostrzeniem sankcji, to jaka jest gwarancja, iż identycznie postąpią Chiny, którym na irańskich surowcach bardzo zależy? I najważniejsze – czy Moskwa będzie chciała zmienić swoje bardzo dobre stosunki polityczno-gospodarcze z Teheranem?

Izrael w całym zamieszeniu dostałby potężne wsparcie w postaci tarczy antyrakietowej, a ewentualnie – chociaż na to bym nie liczył – rozluźnienie kontaktów rosyjsko-irańskich. Rosjanie „wycofaliby” Iskandery, które były tylko w głowach wojskowych oraz uzyskaliby zmianę charakteru tarczy antyrakietowej. Amerykanie otrzymują bardzo niewiele: oszczędności oraz mgliste – przynajmniej oficjalnie – obietnice rosyjskie na temat współpracy. Dmitrij Miedwiediew oficjalnie zaprzecza, jakoby tarcza antyrakietowa była elementem prymitywnego handlu, co jest prawdopodobnie najlepszym dowodem, że takowy zapewne miał miejsce. Czy przedmiotem targów był Iran – to się okaże przy okazji najbliższego głosowania w RB ONZ. Iran, choć ma problemy wewnętrzne, nie wydaje się przestraszony, a Rosjanie deklarują, że mają prawo sprzedawać S-300 do Iranu. To nie brzmi jak zapowiedź głośnego i efektownego rozwodu.

Zaskakujące jest to, w jak dużym stopniu ostatnie posunięcia amerykańskiej polityki zagranicznej pokrywają się z priorytetami izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jak na razie to ogon kręci psem, a nie pies ogonem. Pierwszym krokiem do zmiany sytuacji byłoby przekonanie przez Baracka Obamę premiera Netanjahu do zaprzestania budowy osiedli na terenie Autonomii Palestyńskiej. Gdyby to wszystko obserwował Mikołaj Kopernik, to pewnie musiałby obalać tezę, że świat nie kręci się wokół Izraela.

Wszystkie armaty zostały skierowane na Iran. Kij już jest, może pora, by pojawiła się jakaś marchewka? Barack Obama deklarował gotowość do negocjacji z Teheranem. Jeśli kiedyś ma dojść do „change”, to teraz jest odpowiedni moment.

Patryk Gorgol