Tarcza antyrakietowa: to by było na tyle

Skończyła się właśnie rozgrywka wokół tarczy antyrakietowej. Barack Obama podjął decyzję o zmianie charakteru projektu oraz jego celów. Abstrahując już od dywagacji, czy tarcza antyrakietowa zwiększyłaby bezpieczeństwo Polski, należy zauważyć, że znowu obudziliśmy się z ręką w nocniku. Niedługo powinno się okazać, co w rosyjskim sklepie kupił prezydent Stanów Zjednoczonych. Raczej pewne jest, że przepłacił. Polscy politycy zostali na lodzie, a dawanie pewnej części ciała Amerykanom stało się wspólnym mianownikiem polityków PiS, PO i SLD.

Polskie społeczeństwo z takiego obrotu sprawy jest zadowolone. W naszym kraju większość ludzi opowiada się przeciwko tarczy. Wśród polskich rządzących dominowała jednak opinia, że instalacja amerykańska przysłuży się Polsce, bo zwiększy jej bezpieczeństwo. Nikt głośno nie potrafił sprawy przedstawić w najprostszy z możliwych sposobów: tarcza antyrakietowa ma za zadanie zwiększyć bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych i ewentualnie – a raczej przy okazji – jej sojuszników. Poza tym to potężne narzędzie wpływów. Politycy mówili o zagrożeniu irańskim, ale radary skierowane miały być też na Rosję. Równie dobrze można było ogłosić, że celem tarczy ma być zestrzeliwanie rakiet niezidentyfikowanych obiektów latająych (po ang. UFO). Projekt tarczy powstał przecież za rządów Ronalda Reagana, gdy Islamska Republika Iranu była dopiero w powijakach. Trudno, by Rosjanie wypowiedzenia umowy o IBM uznali za gest przyjaźni. Amerykanie przy pomocy tego projektu przesuwali swoje wpływy (i wojska) na wschód. Barack Obama z tego zrezygnował.

Jak bardzo Rosjanom nie pasował poprzedni projekt tarczy antyrakietowej, pokazuje reakcja Władimira Putina. Wygląda na to, że wizyta Obamy w Moskwie zakończyła się tajnym porozumieniem w tej sprawie. Putin z Miedwiediewem musieli naprawdę dużo amerykańskiemu prezydentowi obiecać. Walorów tarczy antyrakietowej nie równoważy ani zapowiedź nieinstalowania Iskanderów w Kaliningradzie, ani np. zgoda na przerzut sprzętu do Afganistanu. Może naturalnie chodzić też o Iran i rosyjską rezygnację z wspierania tego kraju, ale życie dopiero pokaże, co Moskwa w Teheranie może, a czego nie. Na pewno może irański program atomowy przynajmniej opóźnić, ale stosunki Iranu z Rosją bardziej przypominają partnerstwo, aniżeli relacje wasala i jego pana Czy zatem Obama kupił kota w worku?

Produkty z rosyjskiego sklepu są przeterminowane. Iskandery nie miały głównie służyć jako straszak, ich znaczenie strategiczne było bardzo ograniczone. Rosjanie musieli zareagować i wybrali właśnie taką formę. Ewentualne postępy w rozmowach rozbrojeniowych też niekoniecznie muszą mieć dużo wspólnego z projektem tarczy antyrakietowej. To Rosjanom bardziej powinno zależeć na tej redukcji ze względu m.in. na wysoki koszt utrzymania. Jednocześnie obie strony dysponują nadal takiej wielkości arsenałem, żeby po jego wykorzystaniu ludzie ponownie zamieszkiwali jaskinie, więc też dużo się nie zmieniło. Jeśli Obama za „sukces” uzna fakt, iż tym sposobem dojdzie do zresetowania kontaktów z Rosją, to może się niemile rozczarować. Obecnie wygląda to tak, jakby płacił komuś za to, że go lubi. Źle to wszystko rozegrał, chociaż trzeba przyznać, że znajdował się pod ścianą. Tarcza antyrakietowa to miliardy dolarów i projekt powstały w innych warunkach geopolitycznych.

Obama dokonał fundamentalnej zmiany. Teraz projekt tarczy antyrakietowej skierowany zostanie rzeczywście przeciwko Iranowi, co jednak nadal będzie strategią ofensywną. Iran nie jest w stanie i na pewno nie będzie chciał zaatakować Stanów Zjednoczonych. Co innego na Izrael, ale też uderzenie jądrowe na „małego szatana” byłoby początkiem bardzo szybkiego końca ajatollahów. W dodatku Izrael swój system antyrakietowy już posiada. Iran nie jest tak niebezpieczny, jak przedstawiają to Amerykanie.

Obama nie może odejść z pustymi rękoma, bo ucierpi na tym amerykańska wiarygodność. Rezygnując z tarczy w taki sposób zmienił nie tylko polityczną strategię, ale również wystawił do wiatru swoich sojuszników takich jak Polska czy Czechy, które zdecydowały sę na budowę systemu antyrakietowego wbrew Rosjanom.. Wysłał równocześnie bardzo niedobre wiadomości do przywódców ukraińskich i gruzińskach, a nawet prezydenta Azerbejdżanu, Ilhama Allijewa. Są te regiony, gdzie wpływy amerykańsko-europejskie powinny się systematycznie rozszerzać. Czy jednak Amerykanom dalej można ufać?

Z punktu widzenia Polski brak kilku rakiet przechwytujących prawdopodobnie nie ma większego znaczenia. Tarcza antyrakietowa w starej wersji miała być elementem amerykańskiego systemu obrony, a nie polskiego, o czym zapomina duża część polskich polityków. Zagrożenie militarne było jedynie teoretyczne. Minister Sikorski wspomina o Patriotach, które mamy otrzymać w ramach rekompensaty. Problemów z baterią Patriot jednak nie ubywa – nadal prawdopodobnie będzie to amerykański system na polskiej ziemi, bo nie będzie należał do Polski. Sikorski twierdzi, że będzie uzbrojony i będzie elementem polskiej obrony przeciwrakietowej. Brzmi to pięknie, ale nawet jeśli Amerykanie zmienili swoje poprzednie stanowisko (system tak, ale rotacyjnie, jedynie do celów ćwiczeniowych), to trzeba uczciwie przyznać, że jedna bateria Patriot to może obronić jedynie pół Warszawy (więcej na temat Patriotów i zamieszania wokół nich – tutaj). Nie ma zatem tutaj żadnego strategicznego wzmocnienia polskiego wojska.  ”A małpce damy banana”…

Jakby tego było mało, nadal jesteśmy przedmiotem rozmów. Polski premier, ani prezydent nie są traktowani poważnie przez amerykańskiego prezydenta. Sposób negocjacji umowy przez Polskę nie ma najmniejszego znaczenia, bo o decyzji Obamy zadecydowały „cele wyższe”, czyli Iran oraz chęć naprawy stosunków z Polską. Polacy, negocjując twardziej, wyjdą na całym zamieszaniu lepiej niż Czesi. Decyzja amerykańska może okazać się korzystniejsza dla Polski, lecz to kolejny niesmak w naszych kontaktach. Powoli orientacja transatlantycka, tak charakterystyczna dla polskiej dyplomacji, przestaje mieć sens, bo na interesach z Amerykanami wychodzimy jak w meczu ze Słowenią i nie zanosi się na zmianę.

– Jestem przekonany, że nowy projekt lepiej ochroni Stany Zjednoczone – zakończył prezydent Barack Obama. To zdanie najlepiej oddaje sposób myślenia Amerykanów o polityce. Dziwne, że Polacy jeszcze tego nie zrozumieli.