Samotny paw narodów

polska_flagaZe względu na obchody rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wywiązała się dialektyka historyczna w trójkącie Niemcy – Polska – Rosja na najwyższych szczeblach władzy zainteresowanych państw. Odżyła przy okazji debata dotycząca miejsca naszego kraju na mapie świata oraz zakłamywania pamięci historycznej przez każdą ze stron. Piotr Semka – jako głos prawicy – wyraził na łamach „Rzeczpospolitej” obawę, że wizyta Angeli Merkel oraz Władymira Putina na Westerplatte może posłużyć do promowania przez naszych sąsiadów imperialnej polityki. To pogląd nie tylko naiwny, ale również pozbawiony logiki i przesiąknięty hipokryzją. Każde państwo w większym, czy mniejszym stopniu lansuje swoją wizję świata i historii. Rosja, Niemy oraz – a może przede wszystkim – Polska.

Historia Polski jest zarówno powodem do dumy jak i do wstydu. Istnieje jednak spora część społeczeństwa, która zdaje się dostrzegać tylko chwalebne jej karty. „Wielka Polska od Morza do Morza” to obraz naszego kraju wciąż propagowany w wielu kręgach – szczególnie prawicowych. To przeszłość, ale wiąże się z nią niezrozumiała dziś megalomania narodu polskiego i niczym nieuzasadnione poczucie wielkości. Z poczynań rodzimych polityków i dziennikarzy przenikają aspiracje do ustanowienia Polski regionalnym, o ile nie światowym mocarstwem. Mamy wieczne kłopoty z Rosją, którą trzeba nieustannie prowokować i pokazywać jej środkowy palec. Stale rozdrapujemy historyczne rany w kontaktach z Niemcami. Do Francuzów i Brytyjczyków czujemy trwający siedem dekad wstręt za bierność i niedotrzymanie sojuszniczych zapewnień. Czas przestać oglądać się za siebie i skończyć życie przeszłością. Pamięć historyczna to swoista bolączka naszego narodu, ale tylko dlatego, że jest w niewłaściwy sposób przedstawiana. Zbyt agresywnie, nachalnie i z ciągłymi pretensjami do całego świata.

W retoryce polsko – rosyjskiej najczęściej powtarzanym symbolem krzywdy jest Katyń. Zbrodnia dokonana na polskich oficerach była tragedią. W naszej pamięci – jest nią do dziś. Rosjanie z zimną krwią zamordowali blisko 20 tysięcy ludzi, którzy stanowili – zdaniem Andrzeja Kunerta – „elitę narodu i kwiat kultury polskiej” tylko dlatego, że w mniemaniu Ławrientija Berii należeli do „zdeklarowanych i nie rokujących nadziei poprawy wrogów władzy radzieckiej”. W okresie pierestrojki Michaił Gorbaczow powołał specjalną komisję rosyjsko – polską do wyjaśniania białych plam historii, a 13 kwietnia 1990 przekazał komplet dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej na ręce prezydenta Jaruzelskiego przyznając oficjalnie, że za zbrodnią stało NKWD. Dwa lata później Borys Jelcyn wręczył Lechowi Wałęsie odtajnione archiwa w tej sprawie, które zostały następnie opublikowane zarówno w Polsce jak i w Rosji. Czego jeszcze więcej chcemy od Rosji? Zbudowania maszyny czasu i cofnięcia wskazówek jej zegara? Czy usłyszenie słowa „przepraszam” z ust premiera Putina albo prezydenta Miedwiediewa przywróciło był polskim ofiarom życie? Fakt, że prezydent Rosji wydał w czerwcu ustawę, na mocy której zabronione jest oczernianie kart wspaniałej historii Rosji, za które grozi pozbawienie wolności. Nie zawsze jednak musimy czerpać niewłaściwe wzorce. „Polacy nie gęsi, swój język mają”. A rozum? Skoro rozum też mamy swój to warto z niego korzystać. Choć już przed dwoma wiekami Juliusz Słowacki powątpiewał w to pisząc: „pawiem narodów byłaś i papugą” Polsko.

Prawo i Sprawiedliwość forsuje swoją wersję ustawy sejmowej dotyczącej rocznicy napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku, która przesiąknięta jest nienawiścią i wojowniczą agresją. Zdaniem Zbigniewa Chlebowskiego – posła Platformy Obywatelskiej – uchwała „zmierza do absolutnej konfrontacji z Rosją”. „Faszyzm i komunizm, dwa wielkie totalitaryzmy XX wieku oraz ich przywódcy ponoszą odpowiedzialność za doprowadzenie do wybuchu II wojny światowej i jej skutki. Armia Czerwona przyniosła na ziemie polskie śmierć i pożogę. Na porządku dziennym były ludobójstwo, morderstwa, gwałty, grabieże i inne szykany” – głosi projekt ustawy przygotowanej przez posłów PiS. Jest to niewątpliwie prawda, ale zbyteczna. W zamyśle uchwała ma uczcić pamięć ofiar agresji radzieckiej, w praktyce zaś – w wersji przedstawionej przez PiS – dąży do frontalnego ataku na Rosję. Ponownie nasuwa się pytanie: po co? Po to, żeby znowu nałożono na nas embargo? Żeby przykręcono kurki z gazem? Pamięć to jedno, rozpamiętywanie to drugie.

Niemcom wypominamy – jako naród – zbrojną napaść na suwerenność Polski oraz zagładę Żydów. Pomijając rzecz jasna rewizjonistów Holocaustu, neonazistów oraz niektórych fundamentalistów islamskich, większość powojennego świata borykała się z poczuciem wstydu za zbrodnie Hitlerowskie. Okazuje się jednak, że trudno jest znaleźć jednoznacznego winowajcę „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Hannah Arendt obarczała częścią winy za Shoah – zagładę – samych Żydów argumentując, że choć nie było jeszcze suwerennego i terytorialnego państwa Izrael to „istniały wówczas żydowskie organizacje, partie i instytucje charytatywne o zasięgu zarówno lokalnym, jak i międzynarodowym. Wszędzie, gdzie żyli Żydzi, istnieli uznani przywódcy żydowscy, i to właśnie oni, niemal bez wyjątku współdziałali w ten czy inny sposób, z takiej czy innej przyczyny, z nazistami”. Nie tylko zresztą Żydzi – Polacy również, ale nasza historyczna amnezja działa wybiórczo. Pamiętamy tylko o tym, co nie godzi w nasze poczucie megalomanii. Nie tak dawno temu „Der Spiegel” napisał: „Niemcy są za Holocaust, masowe zabójstwo Żydów przeprowadzone na przemysłową skalę, odpowiedzialni”, ale dodał także, że odbywało się to przy współudziale Polaków oraz Sowietów. Byliśmy często „wykonawcami rozkazów i współsprawcami” działającymi z nieprzymuszonej woli. Nie jest to zresztą żadna tajemnica, raczej wstydliwa prawda, o której wolimy nie pamiętać. Antysemityzm nie jest zresztą w Polsce zjawiskiem nowym, czy wymyślonym na doraźne potrzeby debaty publicznej. Icchak Szamir, dwukrotny premier Izraela, stwierdził niegdyś, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. Należy jednak pamiętać, że Willy Brandt przed laty przeprosił za niemieckie zbrodnie wojenne. Nie każmy więc trzeciemu, czy czwartemu pokoleniu Niemców po epoce nazizmu żyć z poczuciem winy za zbrodnie, których dokonali ich dziadkowie i pradziadkowie i przestańmy patrzyć na naród niemiecki przez pryzmat Holocaustu oraz II Wojny Światowej. Za to nienawiść do „żydokomuny” oraz fakt, że słowo „Żyd” nabrało wydźwięku pejoratywnego i przybrało formę inwektywy w Polsce zalega i pewnie długo jeszcze zalegać będzie na naszym narodowym sumieniu.

Wytykanie obcym narodom winy i zbrodni to polskie hobby. Wszędzie wkoło widzimy także knucie przeciwko Polsce. Być może to przewlekła choroba, której nie możemy wyleczyć od I rozbioru Polski w 1772 roku, ale odbija nam się czkawką po dziś dzień. Nie zmienia to jednak faktu, że domagając się sprawiedliwości historycznej, ciągłego przyznawania racji, poklepywania po plecach i współczucia, równocześnie sami wybielamy swoją historię przepuszczając ją przez moralny filtr. Katyń jest w porządku, Oświęcim także – bo przeważnie umywamy od nich ręce, ale Bereza Kartuska już nie. To wymowne. Polska świadomość tragedii narodowej nie przyswaja myśli o rodzimych obozach koncentracyjnych. Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej powstało na mocy ustawy prezydenta Ignacego Mościckiego w lipcu 1934 roku. Przetrzymywano tam nacjonalistów, komunistów, kolaborantów, żydów i wszystkich, którzy mogli w jakiś sposób szkodzić państwu. Znalazło się tam także miejsce dla dziennikarza Stanisława Mackiewicza za krytykę polityki zagranicznej Polski. Zresztą polska polityka zagraniczna też pozostawiła brudne plamy na honorze naszego narodu. Aneksja Zaolzia w 1938 roku z rąk praktycznie bezbronnych Czechów zajętych w tym czasie Niemcami wywołała zadziwienie na Zachodzie. Niekwestionowany autorytet w dziedzinie historii Norman Davies tak mówi o tym okresie: „Polska była jednym z gorszych uczniów w klasie, tym, który siedzi w ostatniej ławce, nie słucha nauczycieli i ciągle rozrabia. Nie była wygodnym partnerem Francji i Wielkiej Brytanii. Nie można było grać nią jak piłką futbolową. Piłsudski i jego obóz uważali Rosję za nieprzejednanego wroga, starali się prowadzić dość niezależną politykę zagraniczną, wręcz mieli ambicje odgrywania roli regionalnego mocarstwa. To wszystko budziło w Londynie i Paryżu irytację, wręcz niechęć. Ach ci Polacy, wiecznie mający kłopoty ze wszystkimi wokół, z Niemcami, z Rosjanami, z Czechami…”. Za taki obraz Polaków ponosimy zbiorową odpowiedzialność. Nie jest to wina jednego tylko Becka, Piłsudskiego czy Mościckiego.

Na Berezie Kartuskiej nie kończy się niechlubna historia polskich obozów koncentracyjnych. Na szkockiej „Wyspie Wężów” w Rothesay mieścił się obóz izolacji, którego twórcą był polski premier i naczelny wódz, generał Władysław Sikorski. W rzeczywistości zsyłano tam głównie piłsudczyków, których Sikorski uważał za winnych odsunięcia go od armii w 1928 roku. „Stacja zborna oficerów w Rothesay” przeważnie przetrzymywała osadzonych bez przedstawienia konkretnych zarzutów. Kiedy jednak zarzuty podawano, były sfabrykowane. Przez obóz przewinęło się około 1500 oficerów, z których kilkudziesięciu w obliczu niesprawiedliwości i pogardy z jaką się spotkali odebrało sobie życie. „Na ogół położenie nasze jest nadzwyczaj nieprzyjemne. Wyspa jest traktowana jako obóz karny. Wysyłają tu nałogowych alkoholików, pederastów, jest nawet były właściciel domu publicznego, ozonowców lub podejrzanych o sprzyjanie poprzedniemu rządowi. Dzięki temu doborowi ludzi nastroje są fatalne, pijaństwo panuje na całej linii, zupełny zanik morale, nienawiść względem władzy, rozdrażnienie w najwyższym stopniu” – mówi jedna z relacji. Porucznik rezerwy kawalerii Stanisław Dergiman meldował wodzowi: „Od roku jestem stale poniżany i krzywdzony. Mimo usilnych starań z mej strony, aby dowiedzieć się o stawiane mi zarzuty, nikt dotychczas nie tylko, że mi ich nie skonkretyzował, ale nawet nie przesłuchano mnie”. Dlaczego więc wspominając świetność bohaterów Polski: Sikorskiego i Piłsudskiego (który zatwierdził plan budowy Miejsca Odosobnienia w Berezie Kartuskiej, dokonał zamachu stanu i prowadził autorytarne rządy, których ukoronowaniem był proces brzeski) nie mówi się głośno o polskich obozach koncentracyjnych? Najwyraźniej to syndrom wybiórczej pamięci historycznej.

Cierpimy gremialnie na jeszcze jedną przypadłość: nieustanna pamięć o martyrologii. Świętujemy rocznice wydarzeń smutnych i przykrych, organizujemy imprezy okolicznościowe ku uczczeniu pamięci poległych, nazywamy polskie ulice po wielkich bohaterach, których stworzyliśmy już sobie tysiące vide cały czas żyjemy w przeszłości z poczuciem krzywdy i niedowartościowania. Nie jesteśmy mesjaszem narodów, nikt się na Polsce nie uwziął. Nie jesteśmy też ofiarą żadnego spisku, ani Żydów, ani masonów, ani kapitalistów, ani nawet komunistów. Czas się w końcu otrząsnąć z tej śmiesznej megalomanii. To nic innego jak kompleks niższości, zbolałe ego polskiego narodu. Rzeczywistość nie musi przecież być tak przeraźliwie smutna. Rozejrzyjmy się. Zmieniło się położenie geopolityczne Polski. Nie tkwimy już w imadle między Rzeszą, a Imperium Rosyjskim. Nikt – może poza Eriką Steinbach oraz ideologami panslawizmu w Rosji – nie przejawia zainteresowania zniewoleniem narodu Polskiego ani nie rości sobie pretensji do naszych ziem. Prędzej to my, Polacy, tęsknie patrzymy w przeszłość kwiląc nad brakiem Lwowa niż Niemcy domagają się ziem pruskich. Historii nie zmienimy. Nie ma nawet sensu dywagować nad tym, czy była sprawiedliwa. Z każdym się jakoś obeszła, ale trzeba żyć dalej. Można oczywiście pamiętać, że zdobyliśmy niegdyś Kreml. Sztuka ta nie udała się to potem nawet hitlerowskim Niemcom. Tylko co z tego? Nieudolność polskiej szlachty, jej pijaństwo i arogancja na zawsze pogrzebały potęgę państwa Polskiego.

Polska Republika Ludowa wbrew temu co często się w mediach lansuje była tworem rodzimym. Oczywiście, że Wielki Brat czuwał, ale Gomułka, Bierut, Jaruzelski, Gierek, czy Kiszczak to Polacy. Próbujemy przerzucić odpowiedzialność za zniewolenie polskiego narodu, jego alienację na arenie międzynarodowej i komunistyczną indoktrynację na Związek Radziecki, czy nawet na niemieckich Żydów, których często błędnie uznaje się za twórców komunizmu w sowieckiej formie. Zupełnie niepotrzebnie, bo robiliśmy to sobie sami – Polak Polakowi. Donosicielstwo, więzienia polityczne, represje. Nie ma sensu szukać winnych za granicami. Członkostwo w Układzie Warszawskim, czy – co warte odnotowania – ochoczy udział w krwawej pacyfikacji Praskiej Wiosny z 1968 roku obciążają nasze sumienie. Rok 1968 w ogóle obciąża nas odpowiedzialnością. Kiedy Zachód przechodził rewolucję seksualną, w Polsce prześladowano studentów. „Wydarzenia marcowe” charakteryzowały się zabarwieniem mocno antysemickim. Josip Broz Tito pokazał państwom socjalistycznym, że nie trzeba się godzić na wszystkie żądania ZSRR, ale my woleliśmy pełnić rolę posłusznego wasala. Nie jest to powód do dumy.

Wyraźny jest w Polsce pewien kryzys tożsamości powodowany brakiem autorytetu jakim był niegdyś Jan Paweł II. Karol Wojtyła był mentorem naszego narodu, duchowym przywódcą, uosobieniem nadziei w ciężkich czasach PRL-u oraz twarzą Polski na arenie międzynarodowej. Irytujące jest jednak ciągłe szukanie jego zastępstwa. Wskrzeszamy pamięć „bohaterów narodowych” często ją koloryzując albo wręcz tworzymy sobie doraźnie nowe autorytety (niestety przeważnie w pop kulturze – Doda, Jolanta Rutowicz, etc.). Po śmierci papieża Polaka powstał szereg filmów upowszechniających pamięć męczenników i wielkich figur rodzimej historii. Znowu martyrologia. Jeden generał, drugi generał, ksiądz ofiara i tak dalej. Nie lepszym wyjściem byłoby nakręcenie pięknego filmu historycznego odnoszącego się do średniowiecznej potęgi Polski? Chyba nie, bo wolimy grzebać się w pożodze, z której czynimy element spajający naród. Mamy to szczęście, że stanowimy kraj jednolity etnicznie. Nie ma więc sensu produkować bohaterów odnosząc się do ich śmierci, która jest problemem uniwersalnym łączącym wszystkich ludzi.

Zakłamujemy nie tylko historię, ale i teraźniejszość używając błędnej terminologii na rodzimym podwórku. Zmiany numeracji kolejnych republik wiązały się zawsze z wydarzeniami przełomowymi. Mimo destruktywnych rządów PiS oraz postawy wrogości wobec Niemców, Rosjan, a także Polaków – nie należy uznawać krótkiego okresu rządów Jarosława Kaczyńskiego za przełomowy. IV Rzeczpospolita nigdy nie istniała. To fantazja. Wymysł Prawa i Sprawiedliwości dający mu przyzwolenie na prowadzenie zupełnie nowej polityki. Polityki, która niemal zniszczyła stosunki dyplomatyczne z Niemcami. Polityki, która uwikłała nas do dziś w niewygodne i przynoszące ofiary zmagania zbrojne. Polityki autorytarnej, nie znoszącej sprzeciwu. Polityki, która zaraziła nas kompleksem niższości. Polityki agresji i konfrontacji. IV RP miała stać pod znakiem „walki z układem”. Układem okazał się elektorat Platformy Obywatelskiej, „wykształciuchy” i „elity” oraz historyczni wrogowie. De facto więc była to walka z narodem polskim. Kolejny powód do wstydu.

Powodów do rzeczywistego wstydu mamy wystarczająco dużo, żeby nie musieć szukać ich w sąsiadach Polski. Historia jest co prawda jedna, ale wiele jest punktów widzenia. Istotne są także przesłanki ideologiczne. Za lansowaniem własnej historii kryje się wyższy cel. Rosjanie nie chcą słyszeć o Katyniu, tak samo jak nie chcą słyszeć o Dymitriadach, „cudzie nad Wisłą” i zdobyciu Moskwy przez Polskę ponieważ godzi to w poczucie narodowej dumy oraz umniejsza jej wielkości. Polacy też mają swoje powody, dla których wciąż żyją przeszłością. Wspólna pamięć jednoczy nas jako naród, tworzy poczucie solidarności. Dlaczego tylko musimy odwoływać się do tak smutnych kart jego historii? Niemcy wydają się najmniej dotknięci traumą przeszłości z całej trójki Niemcy – Polska – Rosja. Nie dlatego, że są nieczuli, ale dlatego, że nie zaprzeczali faktom. Zrzucili z siebie ciężar odpowiedzialności wiedząc doskonale, że czasu się nie cofnie i przełknęli gorycz wstydu. Żyją dalej patrząc przed siebie, nie do tyłu – do zakamarków historii. No i skoro już jesteśmy „papugą narodów” to naśladujmy te poczynania, które posłużą nam najlepiej. Idąc tropem Niemców powinniśmy zrzucić z serca ciążące na narodzie polskim winy, a nie kontynuować wypychanie ich ze świadomości. Może wówczas poczulibyśmy się lżejsi? Może zmiana sposobu potrzegania własnej historii okazałaby się panaceum na polskie problemy z tożsamością, pamięcią i megalomanią? Może przestaniemy być wtedy tak samotni w tym świecie, w którym uważani jesteśmy za pyskatego aroganta?