Rosyjska gra irańską kartą

Chociaż energią atomową Iran interesuje się od połowy lat 50. XX wieku, to wrzawa wokół jego programu nuklearnego trwa od czasów, gdy Mahmud Ahmadineżad został prezydentem w 2005 roku i zaczął wygrażać atomem Izraelowi, którego chce wymazać z mapy Bliskiego Wschodu. Jednym z najważniejszych motywów Iranu przy rozwijaniu technologii atomowej jest uzyskanie statusu mocarstwa nuklearnego w regionie. Dążenie to jest wypadkową zarówno czynników obiektywnych (położenie geopolityczne), jak i subiektywnych (ideologia, względy historyczne).

W zeszłym tygodniu, za sprawą USA, odbyło się spotkanie dyplomatów z sześciu państw (USA, Chin, Francji, Rosji, Wielkiej Brytanii i Niemiec), których głównym zadaniem ma być ustalenie wspólnej polityki w sprawie, coraz bardziej nuklearnego, Iranu.  Inicjatywa ma być odpowiedzią, na jeszcze nie dostarczoną przez Teheran propozycję zmiany swojego podejścia do programu atomowego.

Amerykanie budują swoją strategię względem reżimu Ahmadineżada na założeniu, iż Federacja Rosyjska będzie ich kluczowym sojusznikiem w tej grze.  I w zasadzie jest to uzasadniony wniosek, ponieważ Rosja jest strategicznym partnerem handlowym Iranu (główny dostawca uzbrojenia), a także najważniejszym dostawcą technologii niezbędnej do rozwoju programu atomowego muzułmańskiej republiki. Jednak pojawia się zagrożenie, iż amerykańska strategia ma jedną i poważną wadę – Rosjanie mogą w tej sprawie grać na dwa fronty, w zasadzie nie pierwszy raz.

Federacja, gdy następuje taka potrzeba, zajmuje się ochroną irańskich interesów na płaszczyźnie ONZ. Rosja głosowała wprawdzie za rezolucjami nakładającymi sankcje na islamską republikę (2006-2008) ale to dzięki niej złagodzono ich zakres. Kary były wycelowane w program wzbogacania uranu, który potem mógłby posłuż do produkcji głowic jądrowych. Procesu nie udało się zahamować na tyle, ażeby republika nie zdołała wyprodukować wystarczającej ilości zubożonego pierwiastka, który potem może być przekonwertowany na U-235. Krótko mówiąc, w prowincji Natanz, gdzie znajduje się jeden z ważniejszych ośrodków atomowych państwa, wirówki pracują pełną parą.

Gdy w 2002 roku ujawniono, dotąd utrzymywany w ścisłej tajemnicy, irański program wzbogacania uranu, postawa Rosji była dość sceptyczna i na pewno nie aprobująca pomysł sam w sobie. Federacji wygodnie jest wykorzystywać przedmiotowo irańskie dążenia do nuklearnej potęgi, ponieważ w ten sposób łatwiej jest oddziaływać na zachodnich „sojuszników”. Gra Moskwy opiera się na czterech  głównych założeniach.

Po pierwsze, Federacja może być jednym z głównych beneficjentów konfliktu zbrojnego, w którym weźmie udział Iran, czy to z Izraelem czy z koalicją państw NATO. Będzie to wynikało nie tylko z dostarczania technologii potrzebnej do rozwijania programu nuklearnego, w takim wypadku już militarnego, a nie cywilnego, ale też z faktu powiązań w sferze handlu bronią, które dzisiaj szacowane są na pokaźne ilości dolarów. Tylko w 2007 roku oba państwa dokonały transakcji na kwotę miliarda USD za rosyjski system obrony przeciwlotniczej S-300V (inaczej SA-12), który w razie izraelskiej ofensywy lotniczej na irańskie instalacje atomowe stanowiłby największe zagrożenie dla samolotów IDF. Inną sprawą jest kwestia wzrostu cen surowców energetycznych – Iran jest światowym eksporterem gazu, dlatego nie zawahałby się przed podwyżkami, co prawdopodobnie uczyniłaby również Rosja.

Po drugie, stosunki międzynarodowe utrzymujące się w regionie pozwalają grać Rosji pierwsze skrzypce. W prawdzie jej wpływy w Egipcie, Libii i Syrii po 1989 roku zanikły, ale to dzięki koneksjom gospodarczym udało jej się wypracować polityczną nić porozumienia z Iranem, który obecnie plasuje się w czołówce najważniejszych państw Bliskiego Wschodu. Polityczna ważność Rosji została potwierdzona zaproszeniem do grupy, wspomnianych na początku, sześciu państw – the Group of Six.

Po trzecie, administracja Baracka Obamy wysyła dość wyraźne sygnały, że chce dogadać się pokojowo z Ahmadineżadem, czego najlepszym wyrazem jest dość zimne traktowanie swojego strategicznego sojusznika w regionie – Izraela. Ten fakt pozwala Rosji czuć się wyjątkowym, bo przecież ich relacje z Iranem są bardzo dobre. Dzięki takiemu układowi Rosjanie będą mogli żądać od Amerykanów ustępstw w kluczowych dla siebie sprawach w zamian za dyplomatyczną pomoc w stosunkach z islamską republiką – np. jeżeli chodzi o kwestie rozmieszczenia w Polsce i Czechach tarczy antyrakietowej.

Ostatni czynnik może wydawać się dość infantylny, ale jeżeli Rosja będzie chciała to po prostu zrobi Stanom Zjednoczonym na złość i odmówi rzetelnej współpracy. Pomimo zakończenia zimnej wojny, upadku żelaznej kurtyny itd. oczywistym jest, że rosyjskich włodarzy ciągle boli, że to nie ich państwo jest supermocarstwem. Na pewno nie uszły ich uwadze słowa wiceprezydenta USA – Josepha Biden’a, który wyraźnie zaakcentował słabości dawnego „imperium strachu”.

Irańska G-6 może odnieść sukces tylko pod dwoma warunkami. Ich wysiłki będą nastawione na osiąganie konkretnych rezultatów oraz Rosja nie będzie próbowała prowadzić własnej, nakierowanej na partykularne interesy i zachcianki, politycznej gry. Dlatego ważnym też jest, żeby Stany Zjednoczone, bo to one przewodzą całej idei i od nich zależy równie dużo jak od Federacji, potrafiły udowodnić rosyjskim kołom rządzącym, że gra jest warta świeczki.

Maciej Pawłowski