Perspektywy współpracy amerykańsko-etiopskiej w Rogu Afryki

Etiopski żołnierz w pobliżu granicy z Somalią (Źródło: Javno.com)
Etiopski żołnierz w pobliżu granicy z Somalią (Źródło: Javno.com)

W tzw. rogu Afryki amerykańskim celem strategicznym jest powstrzymanie międzynarodowych organizacji terrorystycznych (Al-Kaidy) przed trwałym zakorzenieniem się w Somalii i uczynieniem z niej swojego bastionu w walce z Zachodem. Na szczęście Amerykanów, Etiopia plasuje się jako naturalny sojusznik, zarówno w walce z terrorystami, jak wyprowadzeniu sąsiadującej z nią Somalii, ze stanu państwa „upadłego”.

Z racji na czynniki czysto geograficzne, to Etiopia bardziej potrzebuje Ameryki niż odwrotnie. Zamieszkująca wschodnie obrzeża Etiopii liczna mniejszość islamska zaczyna coraz bardziej ciążyć, ku Somalii czego efektem są nabierające na sile ruchy separatystyczne. Drugim poważnym problemem potencjalnego „sojusznika” USA jest nierozwiązany spór terytorialny z jego północnym sąsiadem – Erytreą, której dzisiaj, niespokojna Somalia jest na rękę, ponieważ w takiej sytuacji łatwiej jest jej walczyć o swoje postulaty.

Jednak na przeszkodzie, ku realizacji wspólnych celów, stoi postawa afrykańskiego reżimu, który od prawie dwudziestu lat, nieudolnie, próbuje wprowadzić w kraju system demokratyczny i boryka się z wieloma wewnętrznymi problemami, które nie pozwalają na zainicjowanie poważniejszej kooperacji z gigantem zza Oceanu Atlantyckiego. Wprawdzie gospodarka się rozwija, ale piętno, obalonego w 1991 r. komunistycznego ustroju, pokutuje po dziś dzień w Etiopii.

W 2005 r. odbyły się w Etiopii pluralistyczne wybory parlamentarne, w których udział wzięło wiele ugrupowań opozycyjnych, a media mogły bez skrępowania relacjonować ich przebieg. Niestety, niezadowolona z  wyniku głosowania opozycja zbojkotowała elekcję, co wywołało dość alergiczną postawę rządzących, którzy w brutalny sposób rozprawiali się z pokojowymi demonstracjami opozycjonistów. Rząd wprowadził stan wyjątkowy, który pociągnął za sobą masowe aresztowania i represje. Te wydarzenia sprawiły, że wizja demokracji w kraju została podeptana przez samych Etiopczyków.

Jednak współpraca z etiopskim rządem może napotkać na swej drodze kilka przeszkód, będących wyzwaniem dla amerykańskiej polityki zagranicznej. Po pierwsze w 2010 r. odbędą się kolejne wybory, które mogą zakończyć rządy Rewolucyjno-Demokratycznego Frontu Etiopczyków (Ethiopian People’s Revolutionary Democratic Front), któremu zarzuca się faworyzowanie jednych (Tygrów), a dyskryminowanie innych grup etnicznych zamieszkujących kraj. Za najbardziej pokrzywdzonych uważają się ludy: Oromo i Amarów. Wydaje się też być pewnym, że brutalny finał poprzednich wyborów odżyje na nowo, tuż po następnych. Dlatego wielce prawdopodobne jest, iż Etiopia stanie się bardzo niespokojnym miejscem w 2010 roku.

Drugim wyzwaniem dla owej współpracy jest nierozwiązany spór graniczny z Erytreą, w który wpisuje się islamski ruch separatystyczny w prowincji Ogaden dążący do włączenia tego terytorium w granice Somalii. Ogaden jest zarzewiem konfliktu od trzech dekad, kiedy to w latach 1977-78 oba państwa toczyły o niego wojnę. Etiopia popierana wtedy przez Związek Radziecki wyszła obronną ręką z konfliktu, który dziś odżywa ze zdwojoną siłą.

Swoją drogą, Etiopia kilka lat temu silnie ingerowała w politykę wewnętrzną Somalii. W połowie 2003 r. Etiopczycy postanowili stworzyć u swojego sąsiada nowy rząd, podległy ich jurysdykcji. Cel został osiągnięty, jednak w 2006 r. doszło do rywalizacji etiopsko-erytrejskiej, co skończyło się powołaniem Trybunałów Islamskich w Mogadiszu, a ostatecznie inwazją wojsk etiopskich na wschodzie.

Kolejnym powodem, dla którego Etiopczycy nie cieszą się sympatią u swojego sąsiada, jest poparcie, jakiego udzielili Somalilandowi, który powstał w 1991 r. uzyskując dostęp do portu Berbera. Tym samy, Etiopia z państwa śródlądowego zdobyła pośredni dostęp do Oceanu Indyjskiego, a sami Somalijczycy uznali, iż państwo to dąży do utwierdzenia podziału Somalii.

Być może zamiarem Amerykanów nie jest ratowanie samej Somalii, ale też Etiopii, której rząd centralny zaczyna tracić legitymizację wśród obywateli i jest zagrożony upadkiem. USA, jeżeli zdecyduje się na współpracę, będzie wywierało presję na rządzących, którzy będą musieli realizować swą politykę w bardziej demokratycznym stylu. To dotyczy zarówno pokojowych rozmów z Erytreą na temat spornych obszarów, a także poszanowania praw człowieka (tutaj muzułmanów) w prowincji Ogaden. Szczególny nacisk powinien zostać położony na kwestii, czy Etiopia jest nadal demokratycznym państwem, czy tylko dyktaturą prezydenta Melesa Zenawi’ego. Niczym nadzwyczajnym jest fakt współpracy USA z niedemokratycznymi rządami w przeszłości, ale wizerunek Baracka Obamy każe stwierdzić, iż jemu raczej to nie przystaje.

Jeżeli współpraca USA i Etiopii ma mieć jakikolwiek sens, potrzeba zmiany w polityce wewnętrznej afrykańskiego partnera. Amerykanie mogą ostatecznie sami wymusić oczekiwany przez siebie rezultat poprzez wstrzymanie pomocy humanitarnej i militarnej dla Etiopii (650 milionów dolarów w 2008 r.), a także dzięki cofnięciu poparcia dla Zenawi’ego w sprawie prowincji Ogaden. Być może dlatego ONZ jeszcze nie wysłała tam „błękitnych hełmów”, a jedyną organizacją transnarodową, która głośno mówi o łamaniu praw człowieka w prowincji jest Amnesty International. Dopóki Etiopia nie będzie uważana za stabilną demokrację, dopóty jej współpraca z USA nie będzie przynosiła (dla Amerykanów) pożądanych skutków.

Poniżej odnośnik, do bardzo udanej galerii zdjęć z Mogadiszu.

Sytuacja w Somalii