Nowy Wspaniały Świat

barackmetternichDyplomacja jest po to, aby rozmawiać z wrogiem – napisał były minister spraw zagranicznych Francji Hubert Vedrine krytykując politykę zagraniczną Busha juniora. W poczynaniach Baracka Obamy widać trop tego myślenia – Ameryka chętnie porozmawia z “grzesznikami”. Dla sojuszników też znajdzie się przesłanie, równie jasne, choć niewyrażone, zagubione w gąszczu szerokich uśmiechów: koniec złudzeń – tak samo, jak za Busha, tak i za Obamy, to siła rządzi światową polityką.

Styl miał być – i jest – inny: multilateralny, wielostronny, na arenie międzynarodowej zanurzamy się w debatach. Brzmi pięknie. Organizacje pozarządowe piały z zachwytu na wieść o wyborze nowego prezydenta; oczarowani, wielbiący pokój Europejczycy znaleźli nowego idola, kogoś, kto wypełni pustkę na wypalonym z idei Straym Kontynencie. Na pozór wszytsko wygląda tak, jak powinno. Problem w tym, że po ośmiu latach spędzonych z Georgem Bushem, chęć zobaczenia polityki światowej z naszych marzeń przesłoniła jej rzeczywisty, realny obraz. Retorykę nowej administracji każdy zrozumiał tak, jak chciał zrozumieć.

W wydanej w tym roku książce politolog Leslie Gelb – były prezydent wpływowego amerykańskiego think-tanku Council on Foreign Relations, a wcześniej szef działu opinii The New York Times – napisał jasno: od wieków nic się nie zmieniło – siła rządzi. Polityczna, ekonomiczna, militarna, to ona dyktuje zasady stosunków międzynarodowych. Polityka zagraniczna Obamy nie pozostawia wątpliwości, że Gelb ma rację.

Z tego właśnie powodu Dalajlama obszedł się ze smakiem – Obama nie znajdzie dla niego czasu podczas październikowej wizyty przywódcy duchowego Tybetańczyków w Stanach Zjednoczonych. Być może będzie na to chwila po listopadowym wyjeździe Obamy do Chin. Być może. Różne są tego interpretacje: można twierdzić, że Dalajlama sam sobie zgotował taki los, ale można też twierdzić inaczej: Chiny są zbyt ważne, aby je denerwować sprawami, które są mało praktyczne dla interesu Ameryki (co innego kwestia taryf).

Z tego też powodu Gordon Brown mimo usilnych starań nie doczekał się prywatnej audiencji na dworze Obamy ani wcześniej, ani podczas ostatniego spotkania w ONZ (a na pewno nie takiej, jaką by chciał, podało BBC). Wielka Brytania pozostaje wielkim graczem w światowej polityce, ale w dźwiganiu świata ku lepszej przyszłości (czyt. zachowaniu prymatu Ameryki) bardziej przyda się teraz siła Rosji. Pogaduchy i układy z Putinem i Miedwiediewem są istotniejsze. Europa Wschodnia i brykający w niej mali sojusznicy jakoś to przełkną, choćby w środku nocy budzeni (albo nie) arcyważnym telefonem.

Również dlatego pogląd, że prawo międzynarodowe pozostanie na łasce największych – przestrzegane, gdy pasuje, obchodzone, gdy wchodzi w konflikt z interesami – będzie mieć silną wartość analityczną.

Głównym zarzutem wobec poprzedniej administracji był argument, że świat nie jest czarno-biały, jest skomplikowany, zagmatwany, wielowymiarowy. Obama miał przynieść nadzieję, że polityka dogoni tę rzeczywistość – będzie z nią współgrać, a nie walczyć. I tak właśnie się stało. Jest multilateralnie, prowadzone są negocjacje, próbuje się rozwiązywać problemy drogą pokojową. W czym więc problem? Że ktoś został pominięty? Dla kogoś nie ma czasu? Niestety, taka jest nasza codzienność – płaska, post-amerykańska, post-modernistyczna, interaktywna, politycznie przebudzona, na przemiał – dużo już nadano jej nazw. Jedno od epoki kamienia do czasów Busha i Obamy się nie zmieniło – kręci nią siła.

Cry me a river, jak mówią Amerykanie.

Można w Polsce obrażać się na Amerykanów, można wierzyć, że cała nasza uwaga powinna być skupiona na sąsiadach (aż przyjdzie nowy Schroeder, Niemcy znów zaczną układać się z Rosją i wtedy oni będą be), albo można wziąć lekcję, którą dał nam Obama i uznać, że do bezpieczeństwa potrzebni są nam wszyscy: zarówno Amerykanie, jak i partnerzy w naszym regionie. W tym wieloznacznym świecie, jako mały kraj, nigdy nie będziemy mieć pewności, że nie zostaniemy sami. Wojna klarownych bloków już się skończyła. Nasza polityka nie powinna opierać się na eliminowaniu potencjalnych sojuszników, ani na naiwnej wierze, że znajdzie się wreszcie ktoś, kto na zawsze da nam bezpieczeństwo, ale na balansowaniu zagrożeń: siły Rosji, siłą UE; układom Niemcy-Rosja, współpracą z USA; utraty wsparcia Ameryki, wzmacnianiem naszej pozycji w NATO. Och, tylko że to takie zagmatwane, niewyraźne, wieloznacze… zupełnie nie pasuje do wyrazistych recept szukających poklasku dziennikarzy, blogerów i polityków. Trudno, tu chodzi o coś więcej. W wielkiej polityce sił, Polska jest za słaba na jej kształtowanie – sojuszem z USA nie zrujnuje wysiłków Francji i Niemiec nad ustanowieniem wspólnej polityki zagranicznej, jak będą chciały (bo czy teraz rzeczywiście chcą?), nie przekona Niemiec do poparcia Stanów (jak w przypadku wojny w Iraku). Jest jednak wystarczająco duża, aby poruszać się między wielkimi, dbając o własny interes.

W Nowym Wspaniałym Świecie wszystko jest wieloznaczne, prawdziwe, a zarazem fałszywe, otwarte do negocjacji i trudne do zdefiniowania. Polityka Obamy jest kwintesencją tej rzeczywistości, z jednym pewnikiem – pracuj z każdym, kto może ci pomóc w osiągnięciu celu. Polska, świadoma swojej siły (i jej braku) oraz siły (i słabości) innych, którzy nadają ton w stosunkach międzynarodowych, zamiast kolejnych gwałtownych zwrotów w polityce zagranicznej musi wpasować się do tego świata korzystając z teorii, które najlepiej w nim działają.

grafika: foreignpolicy.com

Jan Barańczak