Komu bije dzwon… w Afganistanie

talib-pakistanW głównych mediach amerykańskich Afganistan pozostaje „wojną z potrzeby”, a nie „wojną z wyboru”. Trochę ponarzeka się na słabe zaangażowanie sojuszników z NATO, trochę skrytykuje pomysł dogadywania się z Talibami, za swoje dostanie idea zwiększania liczby żołnierzy wysłanych do boju – całość mieści się jednak w ryzach standardowej debaty, w której spór toczy się o szczegóły. Na tym tle wybija się grupa publicystów i analityków, która coraz głośniej i wyraźniej kontestuje generalny sens wyprawy do Afganistanu – czas zabierać manatki, twierdzą w swoich felietonach. Kim są i czy mają szansę przekonać Amerykę do swoich racji?

Geniusz polega na tym, aby wiedzieć, kiedy przestać, napisał felietonista Washington Post George Will. Strategia oczyszczania terenu z wroga, utrzymania zdobyczy i budowy nowego społeczeństwa (clear, hold, and build) jest mrzonką, twierdzi publicysta. Talibowie najpierw rozpłyną się w czaso-przestrzeni, aby potem uparcie wracać, gdy tylko spadnie czujność pilnującego wojska. Inżynieria społeczna to już kompletny odlot – kosmiczne ideały stosowane w epoce kamienia. Czy armia Stanów Zjednoczonych zamierza trwać w Afganistanie po wieki? Sama walka z „kulturą biedy” na paru kilometrach kwadratowych w południowym Bronksie trwała dziesięciolecia, przypomina Will. Zamiast wałęsać się po wielkim kraju, co przypomina chodzenie po Starym Testamencie, Amerykanie powinni skoncentrować się na regionie przygranicznym Afganistanu z Pakistanem, korzystać z doskonale wyszkolonych małych oddziałów sił specjalnych, wspieranych wywiadem i nowoczesną technologią, która pozwala na chirurgiczne uderzenia. Reszta synów i córek Ameryki powinna wracać do matek i ojców czekających w kraju.

George Will jest jednym z najlepiej znanych publicystów w Stanach Zjednoczonych. Jego jasna deklaracja dodała wiatru w żagle innym, którzy od dawna kontestują politykę zagraniczną Ameryki.

Argument, że wycofanie się z Afganistanu podważy w oczach wrogów twardy wizerunek Stanów Zjednoczonych jest irracjonalny, pisze politolożka Malou Innocent w Huffington Post. Tak samo, jak było to w przypadku konfliktu w Wietnamie, wycofanie żołnierzy nie zmieni rozkładu sił w międzynarodowym porządku – Ameryka ma przygniatającą przewagę militarną, której nikt nie będzie chciał sprawdzać. Cała kwestia dotyczy tylko jej odpowiedniego zastosowania w konkretnych przypadkach, stwierdza Innocent. O utknięciu Obamy w Afganistanie na wzrór swoich poprzedników i Wietnamu wypowiedział się inny analityk – Gene Healy – w Washington Examiner. Natomiast Ted Galen Carpenter przypomniał na łamach The National Interest o wątpliwych sukcesach amerykańskiej koncepcji „nation-building” w Iraku i Bośni. Z tych prób wyśmiewa się również Leon Hadar pisząc w American Conservative o gigantycznej intelektualnej schizofrenii panującej wśród obecnych decydentów w Stanach, która każe im z jednej strony kontestować wysiłki Georga W. Busha w Iraku, a z drugiej powielać jego błędy w Afganistanie. Gdyby von Clausewitz wylądował dziś w Waszyngtonie mocno by się zdziwił słysząc o amerykańskich żołnierzach regularnej armii biegających po stepach Azji Środkowej, ironizuje Hadar.

Czy wymienieni publicyści mają szansę na przekonanie do swoich poglądów społeczeństwo i administrację? Ich szanse są nikłe. Jako libertarianie związani lub sympatyzujący z ośrodkiem naukowym Cato Institute mają niewielkie możliwości wpływania na demokratów Obamy. Co więcej, po prawej stronie amerykańskiej sceny politycznej muszą stawić czoła wciąż wpływowym neokonserwatystom, których wizja polityki zagranicznej USA kategorycznie różni się od libertariańskiej. Przykładem niech będzie reakcja naczelnego ideologa neokonów Williama Kristola na tekst George’a Willa, w którym zarzuca mu sianie defetyzmu, nakłanianie do ustępstw i akceptację porażki – No Will, No Way, pisze Kristoll. W takich warunkach trudno liczyć wspomnianym publicystom na Partię Republikańską, która i tak przechodzi stan niemocy formułowania nowych koncepcji politycznych.

Tym, co może zmusić administrację do pochylenia się nad wizją libertarian, jest brak rzeczywistych oznak poprawy sytuacji w Afganistanie oraz presja społeczeństwa oczekującego zmian (czego widać już pierwsze, nieśmiałe oznaki). Zanim do tego jednak dojdzie w amerykańskiej debacie będzie trwać hemingwayowski dylemat: dla libertarian wojna w Afganistanie to absurdalny bezsens i okrucieństwo, którego kraj nie potrzebuje. Dla neokonów i wielu liberałów to walka o wartości oraz poświęcenie dla interesu narodowego. Ameryka ma problem – Hemingway ożył.