Igranie z reżimem

ahma_devilPrezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad balansuje na cienkiej linii prowokując duchownych swoimi ostatnimi posunięciami. Najpierw powołał kobietę na urząd ministra, a teraz sprofanował święte dla muzułmanów miejsce. Zapowiadał, co prawda, że nadszedł czas zmian, ale jak tak dalej pójdzie to zmieni się także głowa państwa.

Nominacja Marzieh Vahid Dastjerdi oraz Fatemeh Ajorlou, a następnie zaprzysiężenie tej pierwszej w resorcie zdrowia wywołały w Iranie spore zamieszanie. Sprawowanie urzędu ministra przez kobietę to precedens w dziejach teokratycznego reżimu i spotkał się z ostrą krytyką duchownych. Fotel ministra polityki społecznej jest jeszcze pusty, ale w rządowych kuluarach mówi się o kandydaturze dwóch kobiet. Wydaje się, że Ahmadineżad wystawia na próbę cierpliwość teokratów.

Wczoraj zakończyła się wizyta prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza w Iranie. Mahmud Ahmadineżad zabrał swojego gościa do Sanktuarium Imama Rezy w Meszhedzie. „Rad jestem, że koniec podróży prezydenta Chaveza miał miejsce właśnie w Sanktuarium Imama Rezy” – mówił na konferencji prasowej prezydent Iranu. Wydarzenie to wywołało burzę. Duchowni oraz teolodzy – tak szyiccy jak i sunniccy – zgodni są, że doszło do profanacji. Wstęp do meczetów, sanktuariów oraz innych świętych miejsc osobom o wyznaniu innym niż muzułmańskie jest – zdaniem islamskich prawodawców – surowo wzbroniony. „Być może [Ahmadineżad – przyp. autora] chce dać Chavezowi skosztować islamu i w ten sposób pomóc komunistycznemu prezydentowi wpaść w jego objęcia. W przeciwnym razie, jego zachowanie jest oburzające i karygodne” – twierdzi chóralny głos duchownych.

Pierwsza kadencja Mahmuda Ahmadineżada, choć była – w oczach zachodniej opinii publicznej – skandaliczna, pełna zaprzeczeń krzywd jakich doznali Żydzi w czasie Holocaustu oraz przeważnie buntownicza względem Zachodu – przebiegała pod dyktando duchownych i była im po myśli. Druga, obecna kadencja także niesie znamiona buntu, ale już wewnętrznego. Biorąc pod uwagę, że prezydent w Iranie może być odwołany przez Najwyższego Przywódcę, jest to faktycznie balansowanie na cienkiej linii ze strony Ahmadineżada. Tuż po czerwcowych wyborach prezydenckich mówił w państwowej telewizji, że „razem z dziesiątymi wyborami prezydenckimi kraj wkroczył w nową epokę. Warunki zmieniły się całkowicie, a rząd czekają fundamentalne zmiany”. Jeśli Ahmadineżad nie zmieni obranego kierunku to zmiana może objąć przede wszystkim fotel prezydencki. Pytanie tylko, co wtedy? Nie wydaje się prawdopodobne zatwierdzenie ponownej kandydatury Mira Hosseina Mousaviego, który kojarzony jest przez reżim z „zieloną rewolucją”, w której tendencje świeckie mogą doprowadzić do próby rewolucyjnego obalenia władzy muzułmańskich przywódców na rzecz państwa laickiego. W ogóle jakakolwiek próba zmiany głowy państwa w obecnej chwili byłaby gwoździem do trumny dyktatury islamskiej i Ahmadineżad doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego też pozwala sobie na prowadzenie własnej polityki. Zawsze był indywidualistą, zawsze się buntował. Pierwsza kadencja była pasmem decyzji, za którymi stał ajatollah Ali Chamenei. Ahmadineżad był stłamszony. Może wreszcie poczuł, że może rozwinąć skrzydła?

Teokratyczny Iran przeżywa poważny kryzys władzy. Opozycyjne ruchy w kraju, które nasiliły się po czerwcowych wyborach – sfałszowanych zdaniem obserwatorów – oraz podziały na najwyższych szczeblach władzy znacznie osłabiają siłę reżimu. Rewolucja ludowa zdaje się wisieć w powietrzu. Mija trzydzieści lat od rewolucji Chomeiniego. Ludzie są zmęczeni. Nie wiadomo tylko, czy są wystarczająco silni, aby porwać się na władzę. Z drugiej strony – jeśli nie teraz to kiedy? Obecny Iran to kocioł, w którym gotują się siły reakcyjne, a Ahmadineżad swoim zachowaniem tylko dolewa oliwy do ognia. Igranie prezydenta z teokracją tworzy politycznego pata w Iranie. Ktoś jednak musi ten impas przełamać. Jeśli doszłoby teraz do rewolucji ludowej to Ahmadineżad paradoksalnie mógłby okazać się ojcem jej sukcesu – zapewne skazanym potem przez laicki sąd za zbrodnie.