Antyimperialny sojusz

IRANPrezydent Wenezueli Hugo Chavez odbywa polityczne tournee po świecie. Wczoraj odwiedził Iran, gdzie spotkał się z prezydentem Mahmudem Ahmadineżadem. To, co prawda, tylko jeden z licznych przystanków podczas 11-sto dniowej podróży Chaveza, który odwiedzi także Syrię, Libię, Algierię, Rosję, Białoruś, Turkmenistan oraz Hiszpanię, ale jakże wymowny.

„Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” głosi popularne porzekadło i tak prostą przesłanką zdają się kierować obydwaj prezydenci jednocząc się przeciwko „zgubnemu imperializmowi”. Chavez zapewnił Teheran, że stoi murem za programem nuklearnym Iranu argumentując, iż „każdy ma prawo do używania energii atomowej w pokojowych zamiarach”. Ahmedineżad – naturalnie – zaprzecza jakoby dążył do skonstruowania broni atomowej. Chavez wspiera swojego sojusznika twierdząc, że nie istnieją żadne dowody na chęć wykorzystania przez Iran wzbogaconego uranu do celów militarnych. Na gruncie energii atomowej doszło między obydwoma prezydentami do poszerzenia współpracy gospodarczej i handlowej. „Nas też niebawem oskarżą [imperialiści – przyp. autora] o budowę broni atomowej” – ironizował Chavez po tym jak wstępnie osiągnął porozumienie z prezydentem Iranu w sprawie budowy elektrowni atomowej w Wenezueli.

Kilka dni temu podczas wizyty w Katarze Chavez wyszedł z propozycją utworzenia nowej waluty, która miałaby służyć do handlu ropą naftową i zastąpić „petrodolara” oraz ogłosił utworzenie nowego banku wenezuelsko-irańskiego z siedzibą w Caracas, którego kapitał początkowy wynosi 200 milionów dolarów. „Wielkie banki tego świata toną, a tymczasem rodzi się nowy” – mówił Chavez. Najwyraźniej amerykański kryzys gospodarczy jawi się el Presidente jako upadek giganta. Nie od dziś zresztą prezydent Wenezueli wykazuje chęć zostania biblijnym Dawidem, który obalił potężnego Goliata. Bratanie się z wrogami Stanów Zjednoczonych i posunięcia mające zdetronizować hegemonię USA świadczą o tym nad wyraz dobitnie. Powstanie nowego banku w rzeczywistości niczego nie zmienia, ale ewentualne utworzenie kontrwaluty w transakcjach ropą mogłoby już wyraźnie odcisnąć się w Stanach Zjednoczonych. Gdyby socjalista Chavez zapragnął dodatkowo bratać się na tym samym gruncie z komunistycznymi Chinami, które w każdej chwili mogą zalać świat olbrzymią ilością „zielonych” jakie posiadają w swoich rezerwach, Ameryka mogłaby być postawiona w ekonomicznym szachu. Nie jest to tak bardzo nierealne jak się wydaje, ani obecna gospodarka USA nie jest też na tyle silna aby móc się w obliczu takich działań obronić.

Antyimperialny sojusz pesymistycznie ocenia chęć ocieplenia relacji USA z Iranem. Oficjalne stosunki dyplomatyczne między obydwoma państwami zostały zerwane po rewolucji Chomeiniego i zdobyciu ambasady USA przez konserwatywnych studentów w Teheranie. Największa odwilż w kontaktach tak Iranu jak i Wenezueli ze Stanami Zjednoczonymi miała miejsce za kadencji Busha juniora. Nowy kierunek w polityce zagranicznej, który obrał Barack Obama zmierza do mniej agresywnej postawy. Mając za sojusznika kraje muzułmańskie, a za wroga Stany Zjednoczone Chavez oczywiście krytykuje wsparcie Stanów dla Izraela, w którym widzi „stan permanentnej agresji, wojny i terroryzmu w wydaniu Amerykańskiego Imperium”. Retoryka „terrorystyczna” nie jest zresztą niczym nowym na linii Waszyngton – Caracas. W ubiegłym miesiącu prezydent USA potępił Chaveza za „eksportowanie terroryzmu”. Przez te ciemne chmury zdaje się jednak przebijać nieśmiało promyk nadziei. „Mam nadzieję, że prezydent Obama jest ostatnim prezydentem Imperium Jankesów i pierwszym prezydentem prawdziwie demokratycznej republiki Stanów Zjednoczonych Ameryki” powiedział Chavez dodając tym samym, że Obamie należy się szansa, aby potwierdził faktyczną chęć zmiany w polityce zagranicznej USA.

Tymczasem, kiedy prezydent Wenezueli odwiedzał Teheran, wielotysięczne tłumy na całym świecie wyszły, aby zademonstrować przeciwko Hugo Chavezowi. Honduras, Kolumbia, Meksyk, Stany Zjednoczone, Hiszpania i Wenezuela – w tych państwach odbyły się mniejsze i większe demonstracje przeciwko „interwencjonizmowi” Chaveza, któremu zarzuca się mieszanie się w politykę innych państw. „No Mas Chavez!” – głosiła większość tablic z napisami. Czarę goryczy przelała niedawna blokada handlowa między Wenezuelą, a Kolumbią. Ludzie domagają się przede wszystkim pokoju, którego prezydent Wenezueli orędownikiem nie jest i co rusz popada w konflikt na arenie międzynarodowej tworząc dyplomatyczny impas. Hipokryta, zamordysta, beton, zuchwalec – to tylko niektóre z epitetów jakie można było pod adresem Chaveza usłyszeć podczas wieców, który miały miejsce wczoraj.

Zadziwiająca analogia: państwa sojusznicze Stanów Zjednoczonych demonstrują przeciwko Chavezowi, a bratnie narody socjalistyczne sprzeciwiają się w podobny sposób imperializmowi Ameryki. Czy to jeszcze populizm, czy już odkurzanie żelaznej kurtyny? Obama ze swym pokojowym nastawieniem jawi się wrogom USA jako figura słaba, sezonowa i bez charyzmy. Cokolwiek by nie mówić o polityce Busha, był to człowiek tyleż samo nienawidzony, co budzący niepokój i nieprzewidywalny. Teraz, gdy but uciskający despotyczne i autorytarne reżimy nieco zelżał można zauważyć tendencje do bardziej zuchwałych ekspresji swojego sprzeciwy wobec hegemonii Ameryki. Z drugiej strony powolne topnienie tej imperialnej góry lodowej powoduje mniejsze tendencje reakcyjne, łagodzi bunt, odbiera argumenty państwom pokroju Wenezueli. Żelazna kurtyna jednak nigdy na dobrą sprawę nie została zakopana. Lekko się jedynie po upadku ZSRR zakurzyła i przesunęła na geopolitycznej szachownicy, ale faktycznie istnieje nadal. To czuć, to widać. Zmienił się jedynie powierzchownie wróg kapitalistów, przybrał nową twarz, zmienił nazwę – Zachód mianuje go islamofaszyzmem. Mechanizmy wszak pozostały niezmienione. Walka ideaologii wschodniej z zachodnią, socjalizmu z kapitalizmem, demokratycznej formy rządów z autorytarnym reżimem. Gdzieś już to słyszałem…