Ach, imigranci…

SWEDEN_IRAQSzwedzki rząd rozważa wprowadzenie obowiązkowego programu dla uchodźców, który ukierunkowywałby nowo przybyłych do życia w skandynawskim społeczeństwie. „Wszyscy ludzie, którzy mieszkają bądź pracują w Szwecji muszą być zaznajomieni ze znaczeniem takich wartości jak demokracja, równość, czy poszanowanie dla drugiego człowieka” – twierdzi minister integracji Nyamko Sabuni z Partii Liberalnej (Folkpartiet).

Projekt ustawy, nad którą pracuje rząd, ma na celu przyspieszenie procesu adaptacji nowo przybyłych w miejscu pracy i nowym dla siebie środowisku. Inicjatywa gabinetu premiera Fredrika Reinfeldta powodowana jest zmianą charakteru imigracji do Szwecji w ostatniej dekadzie. „Niegdyś imigrantami byli w dużej mierze pracownicy, którzy przybywali do kraju za chlebem. Szybko uczyli się szwedzkiego, a dzięki znajomościom zawartym w pracy błyskawicznie integrowali się ze społeczeństwem. Jednakże w ostatnich latach zdecydowana większość tych, którym zezwolono na stały pobyt w Szwecji szuka tu przede wszystkim schronienia” – pisze na stronie internetowej ministerstwa Nyamko Sabuni.

Integracja uchodźców w społeczeństwie to coś więcej niż tylko nauka języka. Zdaniem minister Sabuni kluczowe jest przede wszystkim poczucie uczestnictwa obcokrajowców w tworzeniu zwartej i jednolitej struktury społecznej. Przymusowe kursy mają nauczać o tradycjach, zasadach oraz o strukturze społecznej Szwecji. W rzeczywistości jednak chodzi także, a może przede wszystkim, o wpojenie uchodźcom wartości cywilizacji zachodniej.

Chwilę po publikacji oświadczenia minister integracji na szwedzkich forach internetowych rozpętała się burza. Przedstawiciele myśli lewicowej obrzucali się epitetami z internautami usytuowanymi po prawej stronie osi poglądów politycznych, a uchodźcy starali się przekonać do swych racji nacjonalistów. Czytając uważnie argumenty obydwu stron można z niemałym zafrasowaniem uznać, że – niestety – wszyscy mają po trochu rację. Problem jest bowiem bardzo złożony i należy zrozumieć lęki każdej ze stron. Prawica w tym wypadku, popychana do wielu niepotrzebnych stwierdzeń nacjonalizmem i ksenofobią, obawia się o swe nienaganne społeczeństwo nieskażone jeszcze muzułmańskimi ideami. „Wszyscy imigranci do państw Unii winni składać przysięgę, że będą strzec Europy przed obcymi wpływami, niedemokratycznymi praktykami i łamaniem praw człowieka bez wyjątków. Powinni także przysiąc, że będą wychowywać swoje dzieci w duchu europejskiej kultury z poszanowaniem prawa dla mniejszości wszelkiej maści. Imigrantom, którym nie podoba się zachodnia cywilizacja oraz jej idee, którzy nie godzą się na przestrzeganie praw i tradycji narodu, w którym pragną zamieszkać – powinno się odmawiać przyjęcia i natychmiast deportować. Jeżeli przybywają do Europy bez zamiaru integracji, zaś z wolą narzucania swoich wartości Europie – powinno się ich zmusić do opuszczenia kontynentu” – pisze jeden ze szwedzkich internautów. Ktoś inny wtóruje: „rząd MUSI zrobić wszystko, aby wyegzekwować od przybyszów poszanowanie dla chrześcijańskich wartości oraz naszych bogatych norm zwyczajowych”.

Obawy te nie są całkiem bezpodstawne. Gołym okiem widać bowiem przykłady na zgubny w wielu przypadkach wpływ pierwiastka obcego. Francja chociażby. Owszem, muzułmanie z Maroka i Algierii zapewne urozmaicili swoją obecnością kulturę, ale nie oznacza to, że mieszanie się kultur jest w myśl całego francuskiego społeczeństwa i właśnie obawę nacjonalistów przed tym „psuciem” rodzimej kultury należy zrozumieć i uszanować. Niegdyś etnicznie jednorodny kraj śmiało można dziś uznać za „kolorowy”. Biorąc pod uwagę statystyki dotyczące przyrostu naturalnego imigrantów francuskich oraz rodowitych Francuzów, a także dzielące ich średnie dochody, łatwiej można zrozumieć strach przed nowo przybyłymi. To samo dotyczy Niemców, z których zakpiła historia. Państwo dążące nie tak dawno do ustanowienie w całej Europie rządów rasy aryjskiej pełne jest dziś ludzi o korzeniach dalekich od ideału Josepha Arthura de Gobineau, a już z całą pewnością nie będących etnicznie Niemcami. Przykład przyziemny, ale jakże obrazowy. Skład reprezentacji Niemiec w piłkę nożną: Podolski, Klose i Trochowski (Polska), Odonkor (Ghana), Ozil, Tasci i Kuranyi (Turcja), Gomez (w połowie Hiszpan), Neuville (Szwajcaria), Khedira (Tunezja) oraz Cacau (Brazylia). Pół żartem, pół serio – Himmler przewraca się w grobie.

Nie dalej jak dwa tygodnie temu rząd Holandii wydał oświadczenie, w myśl którego należy podjąć specjalne działania zmierzające do zwiększenie uczestnictwa uchodźców w życiu państwa oraz społeczności lokalnych. Nowo przybyli niespecjalnie są zresztą zainteresowani integracją. Nie chcą tracić swojej tożsamości i specyficznej kultury, którą ze sobą w bagażu przywieźli. Jest to więc problem niezwykle złożony. Imigranci nie chcą tracić swojej kultury, ale tego samego nie życzą sobie mieszkańcy państw, które przyjmują uchodźców. Strach w tym wypadku jest dokładnie ten sam i tyczy się wszystkich, strach przed utratą własnej kultury i tożsamości. Magdi Allam – włoski dziennikarz egipskiego pochodzenia mówi: „Fundamentalne znaczenie ma popieranie na wszelkie sposoby pełnej integracji imigrantów, którzy jej chcą i którzy spełniają konieczne do niej wymogi. Uznanie ich za pełnowartościowych obywateli na podstawie równości praw i obowiązków. Nie wystarczy nakarmić imigrantów i zagwarantować im minimum życia osobistego i emocjonalnego. Zasadniczą sprawą jest zapewnienie im pełnej tożsamości, jaką uzyskuje się poprzez świadome przyjęcie systemu wartości, co sprawi, iż poczują się integralną częścia nowej społeczności jaka ich przyjęła”.

Lewicowa z kolei gawiedź internetowa prezentuje nieco inne – co nie dziwi – spojrzenie. „Państwa zachodnie z ujemnym przyrostem naturalnym potrzebują imigracji aby system emerytalny funkcjonował należycie. Nie oznacza to jednak, że potrzebujemy imigrantów z krajów trzeciego świata, którzy przybędą tu tylko po to, aby doić nasz budżet poprzez opiekę społeczną” – twierdzi jeden z biorących udział w dyskusji. „Nie można tak po prostu wprowadzić ludzi do wolnego świata, poklepać po ramieniu i życzyć powodzenia. Takim ludziom należy udostępnić rzetelną wiedzę i fundamentalną edukację o kulturze, religii i wartościach, które w islamie nie są zbyt popularne” – dodaje inny.

Internet, podobnie jak papier ma do siebie to, że przyjmie wszystko. W dalszej części tej forumowej debaty poziom sięga dna i nie ma sensu jej przytaczać. Warto jednak zatrzymać się nad racjami obydwu stron i zastanowić się, czy aby rasizm nie jest terminem nadużywanym w dzisiejszych czasach. Czy można przyjaźnić się z muzułmaninem bojąc się jednocześnie zalewu islamu w Europie? Myślę, że można.

Wracając jednak do Szwecji, jakiś czas temu etnolog Maria Backman przeprowadziła badania w dzielnicy Sztokholmu – Rinkeby. Według zgromadzonych danych niemal 90% mieszkańców Rinkeby wywodzi się w pierwszej albo drugiej linii od imigrantów z Afryki i Azji. Paradoksalnie więc rdzenni Szwedzi stanowią tam mniejszość. Backman opisuje przypadki uprzedzeń, których ofiarami padają nie uchodźcy, a Szwedki. „Ty dziwko!” – to dość częste zawołanie konserwatywnych muzułmanów pod adresem mieszkających w sąsiedztwie Szwedek. W Rinkeby żywe są stereotypy. Zachodnie kobiety postrzegane są jako łatwe i wyuzdane – w szczególności blondynki. W celu uniknięcia prześladowań wiele spośród mieszkających tam Szwedek zaczęło farbować włosy. Pytanie więc: gdzie leży ta cienka granica tolerancji? Ilu imigrantów można przyjąć, aby system społeczny kraju nie został zaburzony? Czy roszczenia uchodźców do kultywowania swoich rodzimych wartości mają racjonalne uzasadnienie?

Pomijając już wszelkie filozoficzne dywagacje, inicjatywę szwedzkiego rządu uznać należy za bardzo obiecującą. Zakłada ona, że skoro już państwo zgodziło się przyjąć gości, to można od tych gości wymagać poszanowania swoich zasad. Nim się jednak zacznie wymagać, należy te wartości pokazać, nauczyć ich, wytłumaczyć. Tak się buduje zdrowe relacje społeczne. Nauczyć, a potem dopiero wymagać, nie odwrotnie. To takie proste! Można? Można.