Śladami Stepana Bandery, czyli absolutny brak konsekwencji

Pomnik Stepana Bandery we Lwowie
Pomnik Stepana Bandery we Lwowie

To naprawdę gorzka pigułka. W momencie, gdy w debacie publicznej trwa historyczna walka z Rosjanami i Niemcami, polskie władze nie widzą nic złego w dziecięcym rajdzie im. Stepana Bandery. Problemem nie jest zgoda (lub jej brak) na przejazd ukraińskich rowerzystów młodego pokolenia, ale fakt, że Polacy reprezentują absolutny brak konsekwencji w prowadzeniu polityki historyczno-kulturalnej.  Ciekawe – co mądrze zauważył w jednym z komentarzy Finch – co by się stało, gdyby Rosjanie zaproponowali rajd śladami Feliksa Dzierżyńskiego. W grę wchodzi też Wanda Wasilewska. Nie dość, że komunistka, to jeszcze córka chrzestna marszałka Piłsudskiego.

W końcu prowadzimy politykę historyczną, czy nie? Walczymy o pamięć, czy nie? Powiedzmy sobie szczerze – o istnieniu Stepana Bandery wie obecnie może około 4-5% naszego społeczeństwa. Może połowa z niego zdaje sobie również sprawę z jego działalności. Jeżeli chcemy być poważnie postrzegani za granicą, to nie możemy stawiać Katynia (kilkanaście tysięcy rozstrzelanej elity) nad Wołyniem (100-120 tysięcy zamordowanych kresowiaków). Za tym pogromem stoi organizacja Stepana Bandery – on akurat wtedy siedział w obozie niemieckim. To są takie same zbrodnie. Jak mamy rozmawiać z Niemcami czy Rosją, gdy sami podkładamy się Ukraińcom? To ma budzić respekt? Wyobraża sobie ktoś oburzenie polskiej elity, gdyby to po interwencji rosyjskiej ambasady wycofano by przedstawiciela MSZ z dyskusji na temat Katynia? A tak właśnie było z Wołyniem.

Sami też nie byliśmy wobec Ukraińców zawsze fair, co próbujemy ukryć, niczym dyplomaci puszczenie bąka na eleganckim przyjęciu w ambasadzie (już mniejsza o to, jakiej). Razem ze Związkiem Radzieckim podzieliliśmy sobie, w traktacie ryskim, Ukrainę na dwie części po wojnie polsko-bolszewickiej. Nie respektowaliśmy zasady samostanowienia narodów, na którego podstawie sami odzyskaliśmy niepodległość. Co więcej, prawa Ukraińców w II RP nie były przestrzegane tak, jak powinny. Na siłę polonizowano część Ukrainy. Miały miejsca m.in. brutalne pacyfikacje wsi ukraińskich. Mogę powiedzieć, że jest mi z tego powodu przykro, ale Stepan Bandera to ideologiczny (i faktyczny) przywódca OUN i już sam fakt, że stał za zabójstwem Bronisława Pierackiego (1934), polskiego ministra spraw wewnętrznych, powoduje, iż żaden rajd jego imienia nie powinien przez nasz kraj przejeżdżać. To może zorganizujmy w Zachęcie wernisaż im. Eligiusza Niewiadomskiego, zabójcy prezydenta Narutowicza?

Polityka zagraniczna musi być zorganizowana i spójna. Ja nie widzę historycznej różnicy między zabójcami Polaków – z Niemiec, Rosji czy Ukrainy. Dialog i pojednanie, a nie na odwrót. Polska i Ukraina powinny rozwijać wzajemne kontakty, bo obecnie te państwa mogą żyć w symbiozie. Wspólne perspektywy gospodarcze, w tym Euro 2012, bo mieszkańcy Ukrainy, podobnie jak Polacy, są zapalonymi kibicami piłki nożnej. Naszych wschodnich sąsiadów trapią podobne problemy, jak nas 10-15 lat temu – bieda, biurokracja i korupcja. U nas jest z tym już dużo lepiej. Polska jest miejscem emigracji zarobkowej Ukraińców, a polscy biznesmeni powinni rozważyć zwiększenie swoich inwestycji na chłonnym i atrakcyjnym rynku wschodnim. Politycznie Ukraina powinna dążyć do uniezależnienia się od Rosji i czerpania korzyści zarówno z kontaktów z Federacją Rosyjską, jak i Unią Europejską. W samej Wspólnocie (i w NATO) Warszawa powinna zostać adwokatem Kijowa. Perspektywy jak widać są i niekoniecznie to tylko i wyłącznie nam powinno zależeć na istnieniu harmonijnej atmosfery między narodami.

Jeżeli mamy mówić twardo i rzetelnie o historii, to ze wszystkimi. Lepiej patrzeć w przyszłość, ale polityka historyczna państwa powinna być zrównoważona. Sytuacja, w której jesteśmy ulegli wobec Ukraińców wygląda groteskowo, jeśli porównamy ją z naszym protestami wobec działań Związku Wypędzonych czy bataliami z Rosjanami o Katyń, PRL, II wojną światową etc. Młode elity ukraińskie też powinny zrozumieć, że Polacy potrzebują dowodów szacunku. Wspólnej przeszłości się nie zmieni, ale można o niej rozmawiać. Kompromis polega na ustępowaniu zarówno jednej, jak i drugiej strony.

Niech te dzieci jeżdżą rowerami nawet częściej, ale nie w koszulkach z podobizną Bandery. Jestem też absolutnie zwolennikiem maksymalnych ułatwień wizowych. Musimy jednak podjąć decyzję. Czy ze wszystkimi chcemy rozmawiać o historii i wspólnie przejść przez tę kamienistą drogę, czy historię traktujemy jako dodatek i ustępujemy w różnych sprawach w imię dobrych stosunków politycznych? Czasami aktualny interes jest dużo ważniejszy niż przykre wydarzenie z przeszłości i może należy zaakceptować taki stan rzeczy, ale powątpiewam, czy tak właśnie jest w tej sytuacji. Nie mamy nic do zyskania.

Jakby – z reguły słuszną – odporność wobec Rosjan i Niemców podzielić na kilka części, to akurat znaleźlibyśmy tyle, by „obsłużyć” Ukrainę. O historii można przecież mówić w oderwaniu od polityczno-gospodarczych układów – wśród ekspertów. Z sąsiadami lepiej żyć w zgodzie, chociaż nie za wszelką cenę. Nie widzę podobnych ustępstw po stronie ukraińskiej.

Słowo klucz to konsekwencja, dzięki której można osiągać cele. W stosunkach międzynarodowych interesy różnych państw są bardzo często rozbieżne. Sztuką jest rozgrywać swoje sprawy tak, żeby nie stracić ani honoru, ani korzyści politycznych. „Darmowe” ustępstwo w kwestii rajdu nie spełnia ani jednego, ani drugiego warunku.