Prognoza na przyszłość

crowdSzacuje się, że do 2011 roku liczba ludności na ziemi przekroczy 7 miliardów, z których większość mieszkać będzie w najbiedniejszych krajach świata. Myśląc, że zaszyci w swoich wygodnych krajach Europy, czy Ameryki Północnej odetniemy się całkiem od tego problemu – jesteśmy w błędzie.

Odkąd termin „kraje trzeciego świata” stał się niepoprawny politycznie stosuje się zamiennie określenie „kraje rozwijające się”. Państwa Azji, Ameryki Łacińskiej, Afryki i – co ciekawe – Karaibów, to te miejsca, o których mówi się w kontekście produkcji mas ludzkich na bezprecedensową skalę.

Według analityków wzrost ludności na ziemi do 2040 zawdzięczać będziemy w 97% krajom rozwijającym się, a już dziś z ponad 1,2 miliarda młodych ludzi, ponad 80% mieszka w Azji i Afryce. „Podczas następnych dekad ci młodzi ludzie prawdopodobnie będą kontynuować obecny trend przemieszczania się z terenów wiejskich do miast w poszukiwaniu edukacji, szans rozwoju, pracy i opieki zdrowotnej” – twierdzi Carl Haub, jeden ze współautorów najświeższych badań dotyczących demografii naszej planety.

Najbardziej obrazowym przykładem przepaści kulturowej i społecznej pomiędzy krajami rozwijającymi się, a rozwiniętymi jest porównanie populacji Kanady i Ugandy. Dzisiaj oba kraje liczą niewiele ponad 30 milionów mieszkańców. Szacuje się jednak, że do 2050 roku Kanadę zamieszkiwać będzie 42 miliony ludzi, Ugandę zaś 96 milionów!

„Wiemy jak umierają Afrykanie, ale nie wiem, jak żyją” – twierdzi szwedzki pisarz Henning Mangkell. Nietrudno jest sobie jednak wyobrazić jakie problemy będzie ze sobą nieść tak drastyczny wzrost ludności. Choroby, bieda, brak wody pitnej, przeludnienie, konflikty na tle etnicznym i religijnym oraz wojny. Generalnie – wszystko to, czego doświadczamy już dziś, ale na skalę, którą nie sposób przewidzieć. Prognoza na przyszłość maluje się w barwach mało kolorowych, ale nie wydaje się, aby istniał humanitarny sposób na zahamowanie tego trendu. Pojawiają się, owszem, głosy, że należałoby natychmiast przeprowadzić w krajach najbardziej narażonych na wzrost populacji edukację z zakresu planowania rodziny. Nie da się jednak, moim zdaniem, wyedukować całej Afryki i Azji zmieniając z dnia na dzień wzorce kulturowe oraz religijne, tak głęboko w mieszkańcach zakorzenione.

Zasmucające jest to, że owemu precedensowi wzrostu liczby ludności towarzyszy całkowity brak wyobraźni. Szczególnie na tych newralgicznych kontynentach, na których przecież nie żyje się wcale łatwo przy obecnym zaludnieniu. Parafrazując tytuł powieści Arthura Schnitzlera można by rzec, że mieszkańcy Afryki i Azji mają „oczy szeroko zamknięte”, ale nie tylko oni. Tak niewyobrażalna masa ludzi będzie musiała się gdzieś podziać, co powoduje wysokie prawdopodobieństwo migracji ludności z terenów przeludnionych do – przykładowo – Europy. Błędem jest więc myślenie, że problem ten nie dotyczy nas,  mieszkańców krajów wysoko rozwiniętych.

Wydawać by się mogło, że jedyną nadzieją dla reszty świata jest zmiana w sposobie myślenia mieszkańców Afryki i Azji. Zmiana ta nie może być jednak dyktowana z zewnątrz. W Afryce do dziś panuje trauma po apartheidzie, trudno więc się dziwić, że nikt nie będzie chciał słuchać białego człowieka, który powie Afrykanom jak powinni żyć. Indoktrynacja i propaganda zasadniczo więc odpadają. Odnalezienie legendarnej Atlantydy, na którą można by przesiedlić nadmiar populacji – także.

Uważam, że jedynym sposobem – to nic, że niehumanitarnym – na zahamowanie przyrostu naturalnego jest wprowadzenie odgórnej, rządowej kontroli narodzin na wzór chiński. W Chinach wolno posiadać jedno dziecko, a każda następna ciąża jest przerywana (szczególnie oporne na te zalecenia kobiety zwyczajnie się sterylizuje), co doprowadziło do względnej dziś stabilizacji w Kraju Środka. Na tego typu zabiegi trzeba mieć jednak pieniądze, ale nie wydaje się prawdopodobne, aby świadome zagrożeń płynących z przeludnienia planety kraje rozwinięte kręciły nosem na myśl o wyłożeniu na ten – jakże szczytny – cel pieniędzy. Drodzy obywatele planety Ziemia – istnieje cień szansy, że nasze dzieci nie zostaną zadeptane.