Obama: twarde zderzenie cudownego chłopca z rzeczywistością

Barack Obama nie jest cudownym remedium na wszelkie problemy trapiące USA
Barack Obama nie jest cudownym remedium na wszelkie problemy trapiące USA

Ulubieniec mediów i pupil lewicowych elit, idol większej części Europy i Japonii, cudowny chłopiec amerykańskiej polityki ma kłopoty. Prezydent Barack Obama zalicza dość szybki zjazd poparcia i akceptacji dla rządów własnej administracji. Oczywiście, nie ma jeszcze dramatu, a słupki utrzymują się tuż ponad 50 procentami pozytywnych ocen, ale miesiąc miodowy dawno zastąpiła brutalna rzeczywistość.

Obama, choć w mediach go pełno, nie umie trafić ze swoim przekazem do wyborców, którzy tłumnie oddali na niego głosy w zeszłym roku. Jak zauważa Michał Kolanko na swoim blogu Spin Room, mistrz PR-u i jego drużyna geniuszy technologii politycznej mają problemy ze zdefiniowaniem zmiany, pod hasłem której dostali się do Białego Domu. Co więcej, definiowanie się w opozycji do ultra-niepopularnego ówczesnego prezydenta Georga W. Busha pozwalała na bardzo łatwe zbijanie punktów politycznych. Swoje zrobiło też wykreowanie Obamy na outsidera, który swoją świeżością i nie uwikłaniem w waszyngtońską politykę odmieni rzeczywistość. Obama miał być niczym renomowany proszek od prania, po użyciu którego ubrudzona rzecz jest bielsza od bieli.

Niestety, większe szanse na sukces ma rzeczony proszek do prania. Prezydent Obama szybko przekonał się, że na pięknym uśmiechu i porywających przemówieniach daleko nie zajedzie. Bycie prezydentem nie polega na wychodzeniu na scenę i odgrywaniu swej roli. Po spuszczeniu kurtyny w dół prezydent nie idzie do garderoby, aby zdjąć kostium i spokojnie udać się domu. Konferencje prasowe, wywiady i nagłaśniane wystąpienia, choćby takie jak czerwcowe przemówienie w Kairze, można zaliczyć co najwyżej do narzędzi politycznych drugiej kategorii. Słowa nie oznaczają czynów, choć i ze słowami Obama zaczyna mieć problemy.

Specjaliści od politycznego PR-u lubują się w używaniu takich sformułowań jak narracja czy przekaz. Jakkolwiek nie nazwiemy umiejętności dotarcia do wyborców ze swoimi pomysłami i uzasadnieniem podejmowanych decyzji, Obama najwyraźniej utracił częściowo swe genialne zdolności komunikacyjne.  Czy zatrudnieni w Białym Domu spin-doktorzy utracili kontakt z codziennością zwykłych Amerykanów? Dlaczego Obama, który PR-owsko zmiatał kolejnych rywali na drodze do prezydentury, nagle nie może przedstawić w sposób zrozumiały dla wyborców swoich posunięć? Dlaczego reforma służby zdrowia, którą większość poparła głosując na Obamę w zeszłorocznych wyborach, stała się nagle tak wielkim problemem, że przywołuje się coraz częściej klęskę Clintonów z lat 90. ubiegłego wieku?

Zabawne, że przeciwko Obamie, choć raczej z głupoty (w końcu ich misją jest informować, najlepiej o czymś kontrowersyjnym i głośnym, nawet jeśli głupim) obróciły się media amerykańskie, pokazujące z lubością porównywanie prezydenta do Hitlera i określanie go mianem socjalisty. Jeszcze pół roku temu produkt mediów Barack Obama był nietykalny. A teraz?Teraz to zupełnie inna historia. Pieszczoch mediów znalazł się pod ostrzałem, a reformę służby zdrowia zwalczają z całych sił tysiące lobbystów świetnie prosperujących firm ubezpieczeniowych oraz większość Republikanów. Bez wątpienia reforma jest konieczna, ale Demokraci w Kongresie przygotowali mało strawny i bardzo kosztowny projekt i bronią go jak niepodległości.

Prezydentowi nie pomagają też kolejne informacje o znikających miejscach pracy oraz zwiększającym się zadłużeniu państwa. Jeśli wielkie programy rządowe, opiewające na setki miliardów dolarów, nie przyniosą efektu w miarę szybko (na co się nie zanosi), Demokraci poniosą ciężkie straty w przyszłorocznych wyborach do Izby Reprezentantów, mogą też utracić super-większość w Senacie, umożliwiającą im obecnie przegłosowanie czegokolwiek bez patrzenia się na Republikanów. Obama zaś może liczyć na odbicie gospodarcze i, podobnie jak Reagan w trakcie pierwszej kadencji, odzyskać poparcie w najlepszym możliwym momencie – przedwyborczym, w 2011 roku.

Siedem miesięcy od objęcia stanowiska, Obama niewiele mógł zrobić. Pierwsze miesiące nowej administracji to „docieranie się” nowych ludzi i analizowanie gruntu, na którym się stoi. Powiedzmy, że pół roku wystarczy, aby ogarnąć organizacyjny chaos i naturalny rozgardiasz związany ze zmianą właścicieli tysięcy biurek w kluczowych gabinetach. Stąd można usprawiedliwić pewien zastój Obamy w kwestii wprowadzania reform, które zapowiadał w kampanii.

Klosz ochronny nad prezydentem Obamą zniknął i teraz ponosi on pełnię odpowiedzialności za wszelkie niepowodzenia i sukcesy. Mało kto kupi zwalanie winy na Busha, Republikanów etc. Posiadając większość w Kongresie gwarantującą przegłosowanie każdej ustawy, nic nie stoi na przeszkodzie reformowaniu. Dotychczasowy brak sukcesów w kraju (i zagranicą) Obama musi jak najszybciej nadrobić. Skreślanie go już teraz byłoby błędem i czynem mało roztropnym.

Obama musi pokazać, że zmiana, którą głosił, ma konkretne oblicze przyjętych rozwiązań. Potrzebne są osiągnięcia realne, a nie PR-owskie. Choć i w tej kwestii prezydent musi wyciągnąć wnioski z obecnych porażek, gdyż utrata zdolności kreowania narracji może być bardzo kosztowna.