Nie nasza wojna, ale nasz interes – polemika z Marcinem Królem

Wojska ISAF w AfganistanieMarcin Król napisał na łamach Newsweeka tekst ważny, niesłychanie ważny, bo w jaskrawy sposób pokazujący, jak bardzo polskie elity opiniotwórcze, których jest uosobieniem, nie rozumieją dzisiejszych stosunków międzynarodowych oraz interesu Polski w świecie.

Polaków nie interesuje wojna w Afganistanie, w której biorą udział nasi żołnierze, i nie ma co się temu dziwić, stwierdził Marcin Król na początku swojego artykułu „Nie nasza wojna” w Newsweeku. Ma rację – bo dlaczego zwykły obywatel ma się zajmować strzelaniną oddaloną tysiące kilometrów od jego codziennego znoju? Na tym jednak racja Króla w jego wywodzie się kończy, a zaczyna zaskakujący pokaz zagubienia w rzeczywistości polityki światowej XXI wieku.

Teza postawiona w artykule Króla wydaje się prosta: liberalna, idealistyczna Europa nie jest już zainteresowana żadną wojną; tkwiąca w skostniałych schematach realizmu politycznego Ameryka wręcz przeciwnie; należąca do liberalnej Europy Polska, nie wiadomo dlaczego trzyma się jednak Stanów Zjednoczonych jak rzep psiego ogona. Pozornie wszystko wydaje się oczywiste.

Pozory jednak mylą. Banał. Król błądzi.

Według niego winę za wojownicze nastawienie Ameryki do świata należy widzieć we „wciąż obowiązującej w polityce zagranicznej [USA] zasadzie realizmu, czyli priorytetu interesu narodowego”, która „została w latach 50. doskonale sformułowana przez wielkiego myśliciela (…) Hansa Morgenthaua.” Morgenthau, tłumaczy dalej autor, uważał, że wojna jest naturalnym elementem polityki międzynarodowej, „a pokój to tylko możliwie najdłuższe okresy oddzielające wojny.” Rzeczywiście, Król poprawnie ubiera w słowa wycinek myśli niemiecko-amerykańskiego politologa, ale pudłuje beznadziejnie w przypisywaniu mu, oraz całej szkole teoretycznej realizmu w stosunkach międzynarodowych, inklinacji do wojennych wypraw. Hans Morgenthau, podobnie jak inny wielki realista z połowy XX wieku, twórca strategii „powstrzymywania” w amerykańskiej polityce zagranicznej względem Związku Radzieckiego, George Kennan, był świadomy wagi, jaką ma siła militarna w stosunkach międzynarodowych, ale równocześnie był kategorycznym przeciwnikiem jej nadużywania. Obaj wymienieni politolodzy – „ojcowie” realizmu – zdecydowanie sprzeciwiali się wojnie wietnamskiej! Król jednak nie przejmuje się tym faktem, pisze dalej: „szkoła realistyczna wprawdzie miała przeciwników, ale jednak w praktyce jest wciąż kontynuowana, a tak zwani idealiści stanowią intelektualnie ważką, lecz politycznie nieliczącą się mniejszość.” Jak bardzo Profesor mija się z rzeczywistością, aż trudno sobie wyobrazić – Morgenthau oraz Kennan skarżyli się w swoich tekstach przez całą Zimną Wojnę, że polityka zagraniczna Ameryki daleko odeszła od sformułowanych przez nich założeń, czego Wietnam był fundamentalnym przykładem. Co więcej, po upadku ZSRR, interwencjonizm militarny Stanów Zjednoczonych był domeną wspomnianych przez Króla „nieliczących się” idealistów – Clinton pojechał do Somalii, bombardował Sudan i byłą Jugosławię, a neokonserwatyści – nazywani „idealistami z zębem” weszli do Iraku i Afganistanu. Kto był przeciwny tym pomysłom? Realiści – 26 września 2002 roku 33 najpoważniejszych politologów związanych z tą szkołą myśli politycznej wykupiło w The New York Times całostronicową reklamę, w której stanowczo sprzeciwili się militarnym wojażom Amerykanów. Przy okazji należy zaznaczyć, że przywoływany Kissinger był i jest odosobnionym wyjątkiem wśród swoich kolegów po fachu (jego zmagania z kwestią wietnamską i poparcie interwencji w Iraku, nie są wykładnią myśli realizmu Morgenthaua, ani Kennana). Jak wyraźnie widać przypisywanie szkole realizmu czynów amerykańskiej polityki zagranicznej w wykonaniu nasiąkniętych ideologią idealistów spod znaku Wilsona oraz neokonserwatystów, jest zwykłym nieporozumieniem.

Krótko, czym więc jest realizm w stosunkach międzynarodowych? Jest przyznaniem, że siła militarna, polityczna i gospodarcza ma znaczenie i kształtuje światowy system, ale nie musi objawiać się w formie wojny. Realiści zainteresowani są balansowaniem siły państw, rozgrywaniem, szachami dyplomatycznymi na poziomie międzynarodowym, a nie wewnętrzną ingerencją w krajach w celu wyzwalania ich lub oświecania. Bywają nazywani cynikami lub pragmatykami – wolą rozmawiać z Saudyjczykami, niż wysyłać na nich wojsko w imię oświecania ludów. Realiści nie są pacyfistami, dopuszczają możliwość wybuchu wojny, są w tym jednak bardzo ostrożni i wybredni. Wojna kosztuje zbyt dużo i trudno nad nią panować. Mniej interesuje ich ideologia, więcej interes narodowy i korzyści z prowadzonej polityki.

Cały powyższy wywód nie jest li tylko teoretyczną zabawą w polowanie na Króla. Jest niezbędnym wprowadzeniem do analizy polskiej polityki zagranicznej. Błędne rozumienie przez Króla, czym jest realizm w stosunkach międzynarodowych prowadzi go bowiem do niebezpiecznych wniosków. W cytowanym artykule w Newsweeku autor pisze o Polsce: „jako kraj europejski (…) nie będziemy państwem, w którego polityce zagranicznej problem interesu narodowego znajdzie wykładnię w postaci realizmu”. Czy to, aby jednak nie czas właśnie na realizm – ten poprawnie rozumiany – w polskiej polityce? Zamiast liczyć na wyimaginowaną jedność i dobroć naszych europejskich partnerów, należy porzucić kompleksy postkomunizmu i ofiar wielkich potęg, a także mrzonki o Polsce-mocarstwie, zrobić spis mocnych i słabych stron, i wziąć się do pracy organicznej skoncentrowanej na rozwoju i bezpieczeństwie? Ponieważ Marcin Król odrzuca realizm, niemal każde jego pytanie o polską politykę zagraniczną chybia celu. Każde, poza jednym: „Czy istnieje jakakolwiek analogia między powodami, dla których w wojnę angażują się Stany Zjednoczone, i tymi, dla których angażujemy się my?” Tym pytaniem Król trafia w sedno. Polska nie jest w Afganistanie z powodu walki o wolność (choć brzmi to pięknie) – jesteśmy na to za słabi i za mali. Polska tam jest ze względu na nasz interes bezpieczeństwa narodowego – bliską współpracę z Ameryką. Wyjście Polski z Afganistanu nie będzie głęboką traumą ani dla Afgańczyków, ani dla Amerykanów, ani dla żadnych państw europejskich. Jedynym krajem, który odczuje zmianę naszej strategii jest Polska. Jeśli zdecydujemy się powiedzieć Amerykanom, że chcemy wracać do domu, musi być to porządnie przeprowadzona dyplomatyczna akcja, która nie zamknie nam drzwi do amerykańskich decydentów. Dlaczego? Paradoksalnie odpowiada na to sam Król, w zadziwiający sposób zaprzeczając tym samym swojemu odrzuceniu realizmu w polskiej polityce zagranicznej, na rzecz idealistycznej więzi wiecznego pokoju z państwami liberalnej Europy. Pisze on: „Wobec takiego stanu rzeczy [braku zrozumienia pomiędzy wielkimi krajami w Europie i Ameryką] (…) przyszłość NATO nie rysuje się różowo…”. Skoro przyszłość Sojuszu nie wygląda obiecująco, a Polska nie jest w stanie zmienić polityki mocarstw, powinniśmy ostrożnie i z atencją negocjować nasze ewentualne wyjście z Afganistanu. Historia wcale się nie skończyła, a w razie potrzeby lepiej dla Polski, gdy naszym sojusznikiem są Stany Zjednoczone – największe mocarstwo na świecie, niż nasi kontynentalni sąsiedzi, którzy tuż przed wybuchem ostatniej wojny w Iraku ze względów ideologicznych potrafili odmówić Turcji natowskich gwarancji bezpieczeństwa na wypadek ataku rakietowego Saddama.

Wojna w Afganistanie prowadzona w dotychczasowym stylu przez Amerykę i NATO jest błędem. Ale nie jej generalny sens powinien być głównym pytaniem małej Polski, jakkolwiek urazi to nasze ambicje. Powinno nim być pytanie o nasz własny interes w relacjach z Ameryką, bo z tego powodu tam pojechaliśmy i dlatego giną nasi żołnierze. Realizm, a nie romantyczne rozważania powinien zdecydować o naszym wyjeździe lub pozostaniu, o formie naszego bezpieczeństwa. Realizm, który nie jest tym, o czym pisze Marcin Król.