Gwoli przypomnienia…

hilaryHilary Clinton, która w administracji Baracka Obamy piastuje urząd Sekretarza Stanu, od kilku dni przebywa w Afryce. Celem wizyty niedoszłej pani prezydent jest – generalnie ujmując – szerzenie demokracji na kontynencie Afrykańskim oraz łagodzenie konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych państw, a także wspieranie równouprawnienia kobiet.

Na długiej liście krajów, w których gościć będzie pani Sekretarz znajdują się: Kenia, Republika Południowej Afryki, Angola, Demokratyczna Republika Kongo (DRK), Nigeria, Liberia oraz Republika Zielonego Przylądka (Cabo Verde).

W dniach 8 i 9 sierpnia Hilary Clinton odwiedziła RPA. W ojczyźnie Nelsona Mandeli dzień 9 sierpnia jest Narodowym Dniem Kobiet, a swoje korzenie wywodzi z wczesnych lat apartheidu. Obchodom wydarzeń z 1956 roku towarzyszy wojowniczy duch feminizmu, który pani Senator najwyraźniej się udzielił. Następnego dnia bowiem, w czasie spotkania z młodymi mieszkańcami Kinszasy, stolicy Demokratycznej Republiki Kongo, kiedy pewien student zapytał się Hilary Clinton, co jej mąż sądzi na temat wsparcia finansowego, jakiego DRK udzielają Chiny oraz Bank Światowy, pani Sekretarz straciła właściwe sobie opanowanie. „Chcesz wiedzieć co sądzi o tym mój mąż? Mój mąż nie jest Sekretarzem Stanu. Ja jestem. Zapytaj się, co ja myślę, to ci odpowiem. Nie będę pośredniczyć w rozmowach z mężem” – odparła podnosząc głos.

Temat byłego prezydenta USA Billa Clintona jest dla niej – co zrozumiałe – drażliwy. Duma pani Sekretarz cierpiała przez lata, kiedy z czołówek gazet nie schodził skandal z udziałem jej męża, Moniki Lewinsky oraz zamieszanego w całą aferę cygara. Przez lata także Hilary Clinton żyła w cieniu swojego męża, choć sama żywiła niemałe aspiracje do polityki. Kiedy w końcu przestała być tylko Pierwszą Damą, wystartowała w wyborach prezydenckich, a teraz pełni wysoką funkcję u boku prezydenta Obamy, zmagać się musi z urazem, który – jak widać – niedostatecznie głęboko w sobie ukryła.

Pod koniec czerwca bieżącego roku w więzieniu Muzenze w Gomie – północny wschód Demokratycznej Republiki Kongo – miał miejsce zbiorowy gwałt na dwudziestu osadzonych tam kobietach. 11 sierpnia Hilary Clinton udała się na spotkanie z ofiarami tej seksualnej napaści w miejscu zdarzenia – Gomie. Nie bez powodu pracownicy organizacji humanitarnych twierdzą zgodnie, że DRK to „najgorsze miejsce, aby być kobietą”. Smaku całemu wydarzeniu dodaje jeszcze fakt, że wolności i prawa kobiet pani Sekretarz postawiła sobie za fundamentalne zagadnienia swojej podróży po Afryce. Nic więc dziwnego, że pytanie zadane przez studenta obudziło w niej drzemiącego ducha feminizmu, potęgowanego przez niechlubną prezydenturę Billa Clintona (ironicznie zwanego przez George’a Carlina „Clitonem” od ang. clit = łechtaczka). Czy można jej się dziwić?

Afrykański „Tour de politique” Hilary Clinton obfitować może w większą liczbę tego typu zajść. 140 milionowa Nigeria, w której ponad połowę mieszkańców stanowią muzułmanie, oraz wiecznie zbuntowana Liberia mogą zrodzić kwiatki o wiele głośniejsze niż ten chwast wyrosły na niefortunnie zadanym pytaniu. Abstrahując jednak, od tego co wydarzyć się może, pani Sekretarz – przysłowiowo – „tupiąc nóżką” dała wyraźnie do zrozumienia, że to jest jej czas. Czas jej męża, z kolei, skończył się już jakiś czas temu. „Gwoli przypomnienia: it’s my time, not Bill’s – chciałaby pewnie rzec Hilary Clinton zatykając jednocześnie usta wszystkim szowinistom.