Dr Chavez czy Mr. Hyde?

hugo_chavez

Dobrze, umówmy się, że kiedy wenezuelska prokurator generalna mówi o antyrządowych demonstracjach jako o „aktach wymierzonych w stabilność państwa”, a po jej słowach następują zatrzymania niektórych liderów opozycji, to zaczyna się robic mało zabawnie. Jesli do słów i czynów pani Luisy Ortegi Diaz dodamy jeszcze niedawne zamieszanie z zamykaniem lokalnych stacji radiowych, by „zwrócić je ludowi”, to otrzymamy mało zachęcający obraz ewolucji rządów Hugo Chaveza.

Wygląda na to, ze boski Hugo nie potrafi się zatrzymać. To, co było niegdyś jego zaletą – to jest brak typowo europejskich lewicowych strachów przed naruszeniem status quo i odwaga sięgania po polityki, które niby to wydawały sie nie do pomyślenia z obawy przed „reakcją rynków finansowych”, czy „zagranicznych inwestorów” – w tej chwili przeradza się w przekleństwo. Jego rządy zaczynają przypominac jakąś dziwaczną wariację na temat permanetnej rewolucji. Wenezuelski prezydent zdaje się gardzić jakimkolwiek rodzajem politycznej stabilizacji, słowa niuans i kompromis chyba na dobre wyparowały z jego słownika.

W niezbyt dobrych dla gospodarki wenezuelskiej czasach i w chwili, gdy konstrukcja rewolucji boliwariańskiej zaczyna przypominac wieczne i coraz bardziej rdzewiejące rusztowanie, postawione może i w chwalebnych intencjach, ale będące już coraz bardziej fasadą, aż się prosi o uspokojenie politycznej atmosfery. Wypadałoby raczej spróbować wciągnąc opozycję do rządzenia (pewnie i tak by się nie udało, ale politycznie liczyłaby się sama próba), choćby po to, by trochę rozmyć odpowiedzialność za wenezuelskie skutki światowego kryzysu. Zamiast tego Chavez wybrał polityczną, hardcorową inwazję, inwazję póki co, z pragmatycznego punktu widzenia, skuteczną.

Obawiam się jednak, że po obecnej serii spektakularnych pyrrusowych zwycięstw Hugo Chavez wyląduje na ostatnim miejscu w tabeli i rychło spadnie do drugiej ligi. I nikt za jego degradację nie da najmniejszego, złamanego faka, bo pozbawiony romantyzmu i coraz bardziej wpadający w nacjonalistyczne narracje Chavez będzie już tylko niezbyt sprawnym przywódcą o autorytarnych ciagotach, z którym kiedyś może i wiązano jakieś nadzieję, ale „cotokogoterazobchodzi”.

Ulrika Meinhoff napisała kiedyś słynne zdanie, że „wszyscy mówią o pogodzie, my nie”. To dość gorzko zabawne jak Chavez staje się właśnie jednym z czołowych „wicherków”, co to o pogodzie nawijają nieustannie –  to jego energiczne tłuczenie w nacjonalistyczny bębenek, to jego opowiadanie o spiskach połączone z rodzajem konserwatywnej opowieści, według której „może i nie jest za dobrze, ale nie da sie nic zrobić bo to i tamto”…

Tak jak w Niemczech Zachodnich lat 60. „tym i tamtym” było zagrożenie ze strony bloku sowieckiego i fałszywa, służaca do petryfikacji chorego systemu, troska o demokratyczne, swieże fundamenty Republiki Federalnej, tak u Chaveza jest to zagrożenie ze strony USA i troska, także fałszywa, o utrwalenie zdobyczy rewolucji boliwariańskiej. Chavez coraz mniej staje się politykiem, a coraz bardziej Wielkim Biurokratą stojącym na straży zbudowanego przez siebie systemu. Szkoda.

Choc oczywiście zdaję sobie sprawę, że trudno prowadzic sprawną, skuteczną politykę w tak skrajnie wrogim otoczeniu w jakim działa w Wenezueli nasz bohater z obrazka. W sytuacji gdy przygniatająca większość elit za nadrzędny cel – właściwie od poczatku rządów Hugona – obrała sobie usunięcie go z urzędu, nie jest łatwo funkcjonować. Chavez – jako odpowiedź na tę sytuację – zamiast kompromisów, wybrał konfrontację, zamiast próby przekonania do siebie częsci elit wybrał wykształcenie elity własnej, nowej, oraz, ho ho, boliwariańskiej. Ze średnim skutkiem.

O ile w pierwszej fazie jego rządów ten wybór był bardzo racjonalny, pokazywał, że el presidente nie zamierza być malowanym przywódcą od machania flagą i i wygłaszania lewicowych frazesów w telewizji, że zamierza prowadzić prawdziwą politykę, to w pewnym momencie wenezuelski prezydent przegapił moment, żeby się zatrzymać i wyciagnąć rękę do politycznych przeciwników. Zamiast tego postawił na coraz bardziej kuriozalny radykalizm przyjmujący postać chóru z greckiej tragedii: liczba i ciężar słów stają się odwrotnie proporcjalne do ciężaru i liczby czynów. W ten sposób boski Hugon uzależnił się kompletnie od tworu, który powołał na świat, a nowa, stworzona przez rewolucję Chaveza, wenezuelska elita bardzo szybko okopała się na swoich pozycjach, za główny cel obierając sobie ochronę swojego statusu i pomnażanie zer na bankowych kontach.

W ten sposób Hugo zaczął grać na boisku opozycji, według jej reguł i oczekiwań, coraz bardziej przekształcając się w karykaturę propagandowych antychavistowskich obrazków. Co to oznacza? Ano tyle, ze oczywiście nie stanie się żadnym Hitlerem, czy Mussolinim, ale po prostu nieudolnym bufonem, który z różnych powodów, zaprzepaścił swoją szansę. Jeszcze parę razy o nim usłyszymy, jeszcze trochę pokrzyczy o socjaliźmie, ale coraz bardziej rozsypujący się twór zwany rewolucją boliwariańską sprawi, że w końcu obywatele Wenezueli przyjdą do Miraflores, zgaszą światło i powiedzą: Wiesz co Hugo? Daj juz spokój chłopie.

Bo Chavez już raczej nie panuje nad sytuacją, nie prowadzi polityki, tylko gra w jakiejś dziwnej mydlanej operze o Wielkim Przywódcy. Staje się z dnia na dzień coraz bardziej zniewolonym zakładnikiem swej autokreacji. I chyba nie uda mu się już wyrwać z tej niewoli.  No szkoda, że się powtórzę, bardzo szkoda.