Czy w Wielkiej Brytanii zgasną światła?

londyn_blackoutDrugi przykry wpis o Wielkiej Brytanii z rzędu – Londyn wyraźnie nie ma szczęścia. O ile redukcję wpływów na arenie międzynarodowej można gładko przełknąć, braku prądu już nie bardzo.

Okazuje się, że Brytyjczycy powinni Bogu dziękować za obecny kryzys gospodarczy. Gdyby nie on, już wkrótce mogłyby pojawić się problemy z… elektrycznością (sic!). Kryzys w naturalny sposób zmniejszył zapotrzebowanie na prąd i chwilę zajmie powrót do poziomu konsumpcji elektryczności sprzed załamania gospodarczego. Poważne kłopoty mogą pojawić się w 2015 roku, gdy kilka elektrowni jądrowych zostanie zamkniętych (ze starości). Wiele elektrowni węglowych także zniknie wraz z 2015 roku z produkcyjnej mapy.

Różne są szacunki dotyczące niedoboru mocy. Brytyjski rząd przewiduje, że z 75 GW wraz z 2015 rokiem ubędzie ok. 20 GW. Francuski gigant EDF sądzi, że ubędzie 32 GW, a niemiecki koncern E.ON, że energetyczna dziura sięgnie 26 GW. Eksperci alarmują, że istnieje duże ryzyko przerw w dostawach energii w latach 2013-16. Oczywiście, nie wchodzą w grę kłopoty, jakie są codziennością w Republice Południowej Afryki, gdzie kilkugodzinne przerwy w dostawach prądu od lat towarzyszą życiu obywateli. Jednak  już samo porównywanie problemów w Wielkiej Brytanii do tych w Południowej Afryce wskazuje, jak poważna jest sytuacja – podkreśla się na końcu obszernego artykułu w The Economist.

Jak to się stało, że tak rozwinięty i bogaty kraj jak Wielka Brytania stoi nad energetyczną przepaścią, a w zasadzie, jak powiedziała kiedyś posłanka Nelly Rokita, wykonał już duży krok do przodu? Brak polityki energetycznej, brak myślenia strategicznego (długoterminowego), niezdecydowanie, w pewnym sensie porażka liberalizacji sektora energetycznego.

W przeciwieństwie do Duńczyków, którzy bardzo poważnie myślą, co po gazie i ropie – czyli w chwili, gdy ich własne złoża wyczerpią się – Brytyjczycy niewiele zrobili, by zabezpieczyć się na przyszłość. Wydobycie z brytyjskich złóż systematycznie spada, a potrzeby energetyczne kraju rosną. Już blisko połowa elektrowni bazuje na gazie – na razie tym z Morza Północnego. Jednak czasy samowystarczalności energetycznej odeszły w przeszłość. Przewidywany jest gwałtowny wzrost zapotrzebowania na gaz w celu produkcji elektryczności. Wraz z wyczerpywaniem się własnych złóż będzie wzrastał import. Tymczasem w Londynie niechętnie patrzą na największego producenta błękitnego paliwa – Rosję.

Wielka Brytania z Rosją na pieńku od morderstwa eks-kagiebisty Aleksandra Litwinienki, który został otruty radioaktywnym polonem na brytyjskiej ziemi. Po tym przykrym wydarzeniu miało miejsce wiele bitew i bitewek, w których obrywało m.in. dyplomaci obu państw, British Council oraz brytyjscy pracownicy spółki TNK-BP. Podejrzewany o udział w zamordowaniu Litwinienki inny eks-szpieg Andriej Ługowoj znalazł się pod protekcją Kremla, wszedł nawet do Dumy (rosyjskiego parlamentu). Kilka tygodni Komisja Obrony Izby Gmin przyjęła raport, w którym zwraca uwagę na zagrożenia wynikające z polityki rosyjskiej oraz zaleca politykę twardej ręki wobec Moskwy.

Uzależnienie się od importu gazu z Rosji byłoby dla Wielkiej Brytanii mało komfortowe. Można zainwestować w infrastrukturę niezbędną do sprowadzania LNG (skroplonego gazu naturalnego), ale to potrwa i będzie kosztowne. LNG jest również droższe od gazu tłoczonego przez rurociąg. Inna opcja to energetyka jądrowa. W zasadzie od dawna wiadomo, że jest to najlepsza dla Wielkiej Brytanii alternatywa. Niestety, przez ostatnie lata niewiele zrobiono, aby zamykane elektrownie zostały zastąpione przez nowe. Plany rządu zostały częściowo zakwestionowane przez sądy, nie bardzo wiadomo, kto miałby finansować budowę siłowni i kto je zbuduje. Efekt? Zero szans na powstanie elektrowni na czas.

Źródła odnawialne także nie zbawią Wielkiej Brytanii. Na razie stanowią mniej niż 4 procent bilansu energetycznego. Problemem nie są nawet pieniądze, a lokalizacja. Niby zdecydowana większość społeczeństwa wie o ocieplaniu się klimatu i popiera ekologiczne rozwiązania, ale wszystko zgodnie z zasadą NIMBY (not in my backyard). Znaczy to ni mniej ni więcej, że np. turbiny wiatrowe można jak najbardziej budować, byle nie w pobliżu mojego domu. Teoretycznie ogromny potencjał wiatrowy do zagospodarowania znajduje się na brytyjskim wybrzeżu. Pieniądze, niechęć lokalnych społeczności, rybaków oraz ekologów sprawiają, że jest to potencjał trudny do wykorzystania.

W grę wchodzą także inne rozwiązania, m.in. energooszczędna architektura nowych budynków czy elektrooszczędne urządzenia gospodarstwa domowego itp. Sytuację komplikują ambitne plany brytyjskiego rządu dotyczące cięć w emisji gazów cieplarnianych. Istnieją jednak obawy, że w sytuacji poważnego kryzysu nikt nie będzie o nich pamiętał i nastąpi powrót do surowca, który jest tani i którego nie brakuje – węgla. A krok taki będzie cieszyć się społeczną akceptacją.

Należy także wspomnieć, że brytyjski model liberalizacji sektora energetycznego niekoniecznie wytrzymał starcie z rzeczywistością. Prywatni właściciele nie zapewnili niskich cen ani nie zadbali o należyty rozwój nowych mocy. Istnieją obawy, że brak ingerencji państwa doprowadzi do realizacji najtańszego dla producentów (i najgorszego z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego) rozwiązania – powstania tanich w budowie elektrowni gazowych. Są one także najmniej szkodliwe dla środowiska. Niestety, wpływają także na zwiększenie importu i uzależnienia od zagranicznych dostawców. A w zasadzie dostawcy, którego polityka surowcowa budzi obawy – Rosji.

Nie tylko Polska ma problem z dywersyfikacją źródeł surowców. O ile nasz kraj mógłby czerpać duże korzyści z usytuowania pomiędzy wielkim producentem – Rosją, a wielkim importerem – Niemcami, Wielka Brytania znajduje się na obrzeżach Europy i krajem tranzytowym z pewnością nie będzie. Polska zdecydowała się na uniezależnianie od Rosji praktycznie za wszelką cenę (droższy gaz LNG), a Brytyjczycy mają ograniczony (z powodu niewielkiego wpływu na firmy w sektorze) wybór. Skądś gaz trzeba będzie wziąć. Rosjanie mogą zaoferować najtańszy.

Lata zaniechań, nieudolności i niezdecydowania przybliżyły Wielką Brytanię do energetycznej przepaści. Być może przewidywania The Economist są zbyt pesymistyczne i słynny rokitowski krok do przodu nie został jeszcze zrobiony. Jeśli nawet, to sytuacja nie wygląda różowo i niezbędna jest niezwłoczna kompleksowa odpowiedź na energetyczny problem nieuniknionego braku wystarczającej ilości energii elektrycznej.

Polska powinna uważnie obserwować poczynania Brytyjczyków i nie czekać na lekcje płynące zza Kanału. Naszemu krajowi także grozi brak wystarczającej ilości prądu, a infrastruktura energetyczna jest przestarzała. Brak jest kapitału na niezbędne inwestycje, a kolejne rządy przygotowują kolejne dalekosiężne strategie. Na papierze jesteśmy zabezpieczeni jak należy. Niestety, od dokumentów i biurek planistów daleko jest do rzeczywistości. Czy za kilka lat przyjdzie napisać podobny artykuł o Polsce?