Beneficjenci globalizacji dziś i jutro

Chiny – od komunizmu do kapitalizmu

Nieważne czy kot jest biały czy czarny. Ważne jest żeby łapał myszy[19]

Deng Xiaoping ogłaszając swoje reformy w 1978 roku wiedział, że chce stworzyć najbardziej prężną gospodarkę na świecie. Miał wizję i konsekwentnie ją realizował. Nie wypuszczając autorytarnej władzy z rąk partii komunistycznej, nie demokratyzując Chińskiej Republiki Ludowej, Chiny od trzydziestu lat niezmiennie utrzymują wzrost na średnim poziomie 9,5%. Jeszcze nigdy w historii świata nie zdarzyło się coś podobnego.

Chiny swój wzrost zawdzięczają kilku aspektom. Z pewnością w odpowiednim momencie dostrzegły pogłębiający się w świecie zachodnim proces globalizacji. Wykorzystały globalizację nie zmieniając jednocześnie struktur władzy i pozostawiając komunistyczny system autorytarny z rozbudowanym aparatem ucisku, co umożliwiło im kontrolę nad procesami i społeczeństwem. Otworzyły drzwi dla kapitalizmu, jednocześnie domykając je dla demokracji. Oparły wszystkie swoje reformy na myśli konfucjańskiej, zaprzeczając tym samym rewolucji kulturalnej Mao. Zmobilizowały naród chiński do wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Zgodnie z myślą Konfucjusza naród powinien wykazywać się dyscypliną społeczną, a tym samym odpowiedzialnością społeczną. Zatem globalizacja wyrosła z judeochrześcijańskiego i indywidualistycznego Zachodu, trafiła na konfucjańskie i kolektywistyczne u swych podstaw podłoże.

Nie tylko jednak idee filozoficzne leżą u podstaw sukcesu chińskiej gospodarki. Wyzysk, praca w urągających jakimkolwiek standardom warunkach, pogarda dla praw człowieka (to także wymysł Zachodu). W Chinach w 1989 roku, kiedy doszło do masakry na placu Tiananmen oraz aresztowań setek tysięcy faktycznych i potencjalnych opozycjonistów, komunistyczne władze uznały, że od tej pory mają wolną rękę w realizowaniu programu reform. Kraj został przekształcony w dynamicznie rozwijającą się strefę eksportową, w której robotnicy są zbyt sterroryzowani, by domagać się swoich praw[20].

Specjalne strefy ekonomiczne, w których zachodnie koncerny nie muszą płacić podatków, gdzie skoncentrowana produkcja z tanią siłą roboczą sięgającą milionów robotników nie grozi strajkiem, gdyż są one zabronione, powodują ogromny transfer produkcji właśnie do Chin, o czym była mowa wcześniej.

Kult pracy i integracja społeczeństwa chińskiego wokół idei rozwoju Wielkich Chin, obiecywanie awansu społecznego robotnikom i ich dzieciom, sprzyjają temu rozwojowi.

Brak ograniczeń dotyczących ochrony środowiska paradoksalnie przyciąga inwestorów z krajów rozwiniętych, w których musieliby płacić ogromne kary za zanieczyszczanie swoich pięknych i czystych ojczyzn.

Sukces chińskiej gospodarki zawdzięcza się również transferowi nowoczesnej technologii. Chiny zdobywały i zdobywają tą technologię na różne sposoby, również nie do końca legalne.

Globalizacja sprawia, że Chiny stają się coraz bardziej odporne na naciski Zachodu w kwestii praw człowieka[21]. Sprawa autonomii Tybetu, nieuchronnie zbliżająca się chwila przyłączenia Tajwanu do Chińskiej Republiki Ludowej (siłą militarną lub ekonomiczną), nierozwiązane spory terytorialne ze wszystkimi sąsiadami, setki tysięcy więźniów politycznych przetrzymywanych w chińskich więzieniach czy masowo wykonywane, publiczne egzekucje skazańców. Po takiej wyliczance, a jest to zaledwie kropla w morzu, można stwierdzić, że Zachód poniósł porażkę i nie może już liczyć na eksport swojego najlepszego towaru, jakim jest demokracja.

Chińczycy korzystają ochoczo ze zdobyczy technologicznych Zachodu. Oprócz tego, że jest to obszar największej produkcji na świecie, jest to również jeden z najszybciej rozwijających się rynków zbytu. Chiny zamierzają wykonać kolejne kroki na drodze globalizacji. Już dziś oprócz tego, że produkują 90% obuwia i odzieży (nie licząc podróbek), prowadzą zaawansowany program kosmiczny, na bazie wykradzionych technologii produkują ogromne ilości broni sprzedając ją każdemu kto zapłaci. Globalne marzenia Chińczyków dotyczą nawet produkcji samochodów i nie ma co ukrywać, że sieją popłoch wśród – wydawałoby się bezkonkurencyjnych – producentów marek zasłużonych na rynku motoryzacyjnym[22] .

Chiny absorbują ze świata zachodniego to, co jest dla nich wygodne. Część jego kultury (popkultury), zachowując przy tym swoją tożsamość kulturową. Chińczycy wykazują również ogromną mobilność, zarówno wewnętrzną jak i zewnętrzną, jednocześnie nie asymilując się w społeczeństwach zachodnich tworząc chińskie enklawy, które mają tendencje bardzo dynamicznego rozrostu. Prognozę dynamiki demograficznej w Chinach przedstawia poniższy wykres[23].

Prognoza_populacji_chiny_2050

Indie – słoń nie może być tygrysem

Żadna kultura nie może przeżyć, jeśli stara się być jedyną i wykluczającą inne[24].

Indusi lubią mówić o swoim kraju jako o największej demokracji na świecie. To ten kraj typuje się na najważniejszego, obok Chin, beneficjenta postglobalizacyjnego ładu światowego. I rzeczywiście, obecnie Indie wykazują się większą dynamiką rozwoju niż Chiny. Państwo Środka ma jednak przewagę systemową, paradoksalnie demokracja może Indie hamować w rozwoju, przynajmniej w wyścigu gospodarczym z komunistycznymi Chinami.

Prognozy demograficzne dla Indii są optymistyczne. To właśnie Indie, a nie Chiny będą w XXI wieku miały największą ilość obywateli. Obrazuje to poniższy wykres[25].

Prognoza_populacji_indie_2050

Prawdopodobnie Indie będą przejmować większość outsourcingowej produkcji w momencie gdy Chińczycy zaczną się masowo bogacić i jednocześnie siła robocza w Chinach wzrośnie. Ku zdziwieniu wielu, Indie postawiły na edukację w sektorze informatycznym i high-tech. Powrót do wartości tradycyjnych idzie w parze z zadziwiającym zaangażowaniem Indusów w sferę najnowocześniejszych technologii […] Największym paradoksem w tym wszystkim jest fakt, iż dzieje się to w kraju, w którym dochód roczny na mieszkańca nie przekracza kilkuset dolarów i gdzie ubogie lepianki sąsiadują z najbardziej nowoczesnymi laboratoriami. Symbolem rozwoju technologii jest chociażby Bangalore, który dzięki gigantycznym inwestycjom IBM, Motoroli czy Hewlett-Packarda stał się indyjską wersją Doliny Krzemowej[26].

W każdej wypowiedzi na temat globalizacji nie może zabraknąć niezwykle ważnego wątku kulturalnego. Dominacja amerykańskiej i zachodnioeuropejskiej popkultury wydawała się przesądzona. Jednak tajemnica wprowadzania w świat wytworów z krajów niezachodnich nie tkwi, naturalnie, w odkrywaniu przysłowiowych pereł w innych kulturach, lecz w umiejętnościach marketingowych zachodnich, głównie amerykańskich profesjonalistów, które pozwalają na zdobycie globalnego konsumenta[27].

Na tym tle wyłania się lokalny potentat – ogromny indyjski przemysł filmowy, zwany Bollywood. Wielkie zagłębie filmowe z Bombaju jest swoistym fenomenem na skalę światową. W rozmowie z każdym Indusem autor niniejszej pracy w mniejszym lub większym stopniu otarł się o temat Bollywood. Indusi są z niego dumni i nim zafascynowani. W każdym wielkim mieście Indii za kilka rupii można obejrzeć jeden z tysięcy filmów wyprodukowanych w tymże zagłębiu. Często projekcje odbywają się w dziurawych namiotach ustawionych na placach przypominających wysypiska śmieci. Nie przeszkadza to widzom żywiołowo i emocjonalnie reagować na akcję filmu.

Ale nie to jest fenomenem Bollywood w kontekście globalizacji. Bombaj promieniuje kulturowo nie tylko na całe Indie, ale również na ościenne kraje, związane z Indiami językiem, kulturą hinduską i religią hinduistyczną. Filmy z Bollywood ogląda się i komentuje w Nepalu, Birmie, Tybecie, Kambodży, Laosie, Bangladeszu i paradoksalnie również w Pakistanie, gdyż najczęściej używany pakistański język urdu to, w niemal stu procentach hindi z niewielkimi naleciałościami arabskimi i z arabskim alfabetem.

Bollywood powstało w latach siedemdziesiątych XX wieku. Produkuje się tam rocznie do tysiąca filmów. W przemyśle filmowym Indii pracuje ponad 2,5 miliona ludzi[28]. Na zachodzie indyjskie superprodukcje traktuje się z przymrużeniem oka, hollywoodzkie filmy są mocno przydługie (trwają przeciętnie około trzech godzin), nazbyt śpiewne, słodkie i po prostu dla zachodniego widza staromodne[29] . W Azji nikomu to nie przeszkadza, a przemysł filmowy jest znaczącym elementem indyjskiej gospodarki.

Zdaje się, że ojczyzna hinduizmu zachłysnęła się globalizacją i spodziewanymi zyskami, które może ona przynieść. Fakty są jednak porażające. Ogromne przeludnienie, bieda (według szacunkowych danych indyjskich 25% ludności tego kraju żyje poniżej granicy ubóstwa), a przede wszystkim fatalny system edukacji. System jest przestarzały i ciągle niedoinwestowany. Opiera się na starym, jeszcze dziewiętnastowiecznym, systemie brytyjskim. Wciąż dużym problemem jest analfabetyzm. Dostęp do dobrych uczelni wyższych i college’ów mają tylko osoby pochodzące z wąskiej klasy średniej. Awans społeczny jest ciągle rzadkością. W zasadzie tylko bogaci Indusi mogą dobrze wykształcić swoje dzieci, aby te mogły znaleźć intratną posadę w przyszłości. Koło się zamyka.

Szybkie tempo rozbudowy nowych technologii w Indiach, w tym infrastruktury i rynku pracy na warunkach amerykańskich czy europejskich, z opieką zdrowotną, wyższymi zarobkami, ochroną prawa pracy, wszystko to powoduje, że globalizacja splata się ściśle w Indiach z modernizacją, stanowi jeden z jej wymiarów. Dla krytyków to ciąg dalszy westernizacji, powrót do tradycji British Raj, neokolonializm[30].

Krytycy globalizacji w Indiach podkreślają, że ogromne kwoty inwestycji, płynące z Zachodu nijak się mają do wzrostu poziomu życia przeszło trzystu milionów biedaków, żyjących w indyjskich slumsach lub na ulicy.

Po stuletnim zacofaniu, gospodarce opartej na rolnictwie (wciąż 60% społeczeństwa uprawia rolę), przeszło stu lat kolonialnej okupacji Indii przez Brytyjczyków, gospodarka półwyspu modernizuje się. Kombinacja indyjskich zdolności i poziomu wykształcenia, niskich kosztów usług, wysokiej jakości pracy i dostępu do natychmiastowej komunikacji – czyni indyjskie biuro świata wielkim konkurentem dla ewentualnej światowej dominacji Chin[31].