Afrykańska choroba: władza

mugabe1Koniec lat 80-tych i początek 90-tych ubiegłego wieku zapoczątkowały powolny proces demokratyzacji wielu państw świata poprzez cały szereg wydarzeń takich jak ruch solidarnościowy w Polsce, upadek muru berlińskiego, czy obalenie Nicoli Ceausescu, przypieczętowany ostatecznie upadkiem Związku Radzieckiego w grudniu 1991 roku. Miało to swój pośredni wpływ na późniejsze wydarzenia w Afryce.

Wydarzenia z Europy odbiły się głośnym echem w Afryce. Obalanie komunizmu zbiegło się w czasie ze zniesieniem apartheidu w Republice Południowej Afryki oraz z raportem Banku Światowego (Międzynarodowego Banku Odbudowy i Rozwoju) dotyczącym Afryki Subsaharyjskiej („Sub-Saharan Africa: From Crisis to Sustainable Growth”). Raport wskazywał, że równolegle do pomocy udzielanej afrykańskim krajom, rządy państw „Czarnego Lądu” powinny zmienić system zarządzania na bardziej efektywny – tzw. „dobre zarządzanie”, przez które Bank Światowy rozumie „tradycje i instytucje, na których opiera się proces rządzenia w danym kraju. Są to między innymi: proces tworzenia, kontroli i wymiany rządów; zdolność rządu do efektywnego formułowania i wdrażania programów politycznych odpowiadających na istotne potrzeby społeczne; szacunek ze strony obywateli i państwa do instytucji zarządzających sferą ekonomiczną i społeczną”. Zaczęto także łączyć wierność zasadom „dobrego rządzenia” z przestrzeganiem praw człowieka. Zdaniem autorów raportu „Good governance practices for the protection of the human rights” wydanego przez Urząd Wyższego Komisarza ds. Praw Człowieka ONZ (Office of the United Nations High Commissioner for Human Rights) „praktyki dobrego rządzenia są wręcz warunkiem, aby prawa człowieka mogły być przestrzegane”. Raport Banku Światowego z 22 listopada 1989 roku i uwarunkowanie dalszych pożyczek oraz inwestycji w Afryce od poszanowania demokracji i zasad „dobrego rządzenia” stały się motorem reform na kontynencie afrykańskim. W efekcie ponad połowa Afryki w okresie od 1990 do 1996 roku przyjęła ulepszone wersje konstytucji niosące w pakiecie wartości zachodnie takie jak wolność prasy, wolność wyborów, wielopartyjność, czy ograniczenie długości sprawowania urzędu prezydenta (w większości krajów do dwóch kadencji), które miały położyć kres praktykom autorytarnych i despotycznych rządów.

Początkowa euforia, na którą składało się usuwanie dyktatorskich, jednopartyjnych rządów i zastępowanie ich wielopartyjnością oraz konstytucjonalizmem szybko ustąpiła miejsca zjawisku zwanemu afro-pesymizmem. Trend demokratyzacji w Afryce zaczął się odwracać, a jego prekursorem był Sam Nujoma, prezydent Namibii. Wraz ze zbliżającym się końcem drugiej kadencji rządów w 1999 roku, Nujoma zmienił zapis konstytucji, który uniemożliwiał głowie państwa kandydowanie więcej niż dwa razy, a następnie zdobył 75% głosów zapewniając sobie trzecią z kolei kadencję i spokojne urzędowanie na stanowisku prezydenta do 2005 roku. Do kolejnych wyborów Nujoma nie przystąpił, ale na swojego następcę namaścił wieloletniego współpracownika i przyjaciela o tożsamych poglądach Hifikepunyę Pohambę, sam zaś zadowolił się rolą lidera największej w Namibii partii politycznej Organizacji Ludu Afryki Południowo-Zachodniej (SWAPO). To bardziej subtelny sposób na sukcesję i na kontynuowanie rządów niż jawne łamanie konstytucji, ale jednak związany jest z uzależnieniem od władzy, którą oddaje się niechętnie.

Bohater niepodległościowy Zambii Kenneth Kaunda ugiął się pod presją społeczeństwa oraz opozycji i wprowadził w 1991 roku system demokracji wielopartyjnej. Kosztowało go to posadę prezydenta, którą stracił na rzecz demokratycznie wybranego, lidera opozycji z partii Ruch Na Rzecz Demokracji Wielopartyjnej – Movement for Multiparty Democracy (MMD), Fredericka Chiluby. Chiluba ukrywał pod płaszczem demokratycznej retoryki swoje dyktatorskie zapędy. Skrzętnie pozbywał się z partii kolegów, którzy grzecznie przypominali mu o konieczności wypełnienia zobowiązań, których obiecał dotrzymać w czasie kampanii wyborczej z 1991 roku. Przy okazji kolejnych wyborów Chiluba wymusił na parlamencie, którego większość stanowili członkowie MDD, wprowadzenie poprawki do konstytucji, która zabraniałaby ubiegania się o fotel prezydencki osobom urodzonym poza Zambią. Działanie to było wymierzone w Kaundę, który pochodził z Malawi. Później próbowano wmieszać byłego prezydenta w zamach stanu na Chilubę i – na krótko co prawda – pozbawiono go obywatelstwa. Faktycznie jednak zamachu stanu na swój własny rząd dokonał Frederick Chiluba pod pretekstem konieczności aresztowania pierwszego prezydenta Zambii. Pod wpływem presji społeczności międzynarodowej Chiluba zamienił karę więzienia dla Kaundy na areszt domowy.

Przykłady na odwrócenie trendu demokracji i powrotu do mechanizmów autorytarnych można mnożyć do znudzenia. Wspomniani już Frederick Chiluba – prezydent Zambii oraz Sam Nujoma z Namibii to dopiero początek listy. Lansana Conte – Gwinea, Gnassingbe Eyadema – Togo, Omar Bongo – Gabon, Blaise Compaore – Burkina Faso, Idriss Deby – Czad, Zine el-Abidine Ben Ali – Tunezja, Yoweri Museveni z Ugandy, Abdelaziz Bouteflika – Algieria, Paul Biya – Kamerun, czy Tandja Mamadou – „świeżo upieczony” prezydent Nigru pełniący swą kadencje po raz trzeci to prezydenci, którzy przedłużali sobie kadencje w sposób niezgodny z konstytucjami krajów, w których rządy sprawują (bądź sprawowali) w ostatniej tylko dekadzie. Wszystkich łączyło odstępowanie od demokratycznych zasad przyjętych we wczesnych latach 90-tych, które niejednokrotnie pochodziły z ich własnej inicjatywy. Zamachy stanu, doraźne zmiany konstytucji na użytek własny, referenda państwowe – jak w przypadku prezydenta Nigru Tandji Mamadou (który w wyniku referendum przeprowadzonego 4 sierpnia br. zdobył władzę niemalże totalitarną) – wykorzystujące popularność kandydata do ominięcia zasad legislatywy to przykładowe formy przedłużania sobie urzędu wykorzystywane przez niektórych prezydentów z Afryki. Faktem jest, że władzę oddaje się – jeśli w ogóle – bardzo niechętnie. Lew Tołstoj pisał, że „nie ma rozkoszniejszego oszołomienia nad to, które daje nieograniczona władza” i coś musi być na rzeczy, bo jak pokazują powyższe przykłady zwykła, zgodna z ramami prawnymi i wyznaczona w granicach konstytucji, władza nie zawsze wystarcza.

Praktyką, która powoduje osłabienie demokracji w Afryce są częste zmiany władców, którzy naprawiają „dziury” w ustawodawstwie i prawodawstwie kraju. Uświęcając swoje działania chęcią naprawy zniszczeń wyrządzonych przez poprzedników, władcy żyją w przeświadczeniu, że są zwolnieni z obowiązku przestrzegania zasad „dobrego zarządzania”. Zdarza się, że faktycznie naród przymyka oczy na odstępstwa od fundamentów demokracji w zamian za spokój, sprawiedliwość społeczną, pracę, opiekę zdrowotną, czy inne obietnice składane przez rządzących. Dość powszechny jest także – jak stara się wykazać Daniel Vencovsky, aktywista zaangażowany w sprawy Afryki – strach przed brakiem stabilizacji, koniecznością zarzucenia przeprowadzanych reform, czy wątpliwościami co do kompetencji ewentualnego następcy na fotelu prezydenta w obliczu zbliżającej się do końca kadencji urzędującego przywódcy. Problem zdaje się wynikać z dwóch czynników. Po pierwsze z tradycji kulturowej plemion i narodów, które nie są przyzwyczajone do instytucji zachodnich cywilizacji, po drugie zaś z samej formuły i treści konstytucji poszczególnych państw, których problem omijania ustawy zasadniczej szerokim łukiem dotyczy w szczególności. Być może zapis o konieczności przeprowadzenia referendum przed zmianą konstytucji skutecznie zahamowałby proceder częstych poprawek wnoszonych ad hoc do konstytucji krajów afrykańskich.

Zdaniem Njungi M. Mulikity współodpowiedzialnym za obecny stan rządów w krajach afrykańskich jest globalizm, który zepchnął „czarny ląd” na peryferia świata. Również zaangażowanie USA w wojnę w Iraku, a co za tym idzie zaangażowanie organizacji międzynarodowych w odbudowę kraju, wpompowywanie kapitału zagranicznego w rejon Zatoki Perskiej i zwrócenie oczu całego świata na konflikty tlące się na Bliskim Wschodzie nie pomagają Afryce, która potrzebuje pomocy. Zdarzają się oczywiście, wiedzione głównie chyba dumą i ignorancją, kraje, które czują się urażone wszelkimi próbami pomocy merytorycznej. Marszałek senatu Nigerii David Mark powiedział ostatnio wzburzony po wizycie Sekretarz Stanu USA Hilary Clinton jednemu z dziennikarzy w Lagos, że „to my będziemy decydować o formie demokracji, która nam odpowiada”.

Historia współczesna Afryki nie jest całkowicie pesymistyczna. Abdou Diouf był prezydentem Senegalu w latach 1981 – 2000. W 1991 przedłużył czas trwania kadencji prezydenta do 7 lat i wygrał wybory w 1993 roku. Kolejną elekcję w 2000 roku przegrał w drugiej turze i pokojowo zwolnił fotel prezydenta swemu następcy i największemu antagoniście Abdoulaye’owi Wade’owi. Zachowanie Dioufa było tak niespodziewane i nietypowe, że będący pod wrażeniem szlachetności konkurenta Abdoulay Wade doszedł do wniosku, iż byłemu prezydentowi należy się Pokojowa Nagroda Nobla za chwalebne oddanie władzy. Fakt ten dobitnie świadczy o unikatowości zjawiska jakim w Afryce jest demokracja wraz z jej „nowatorskimi” zasadami oraz jak trudne jest na „Czarnym Lądzie” egzekwowanie pryncypiów „dobrego zarządzania”. Całe wieki pod rządami despotów przyzwyczaiły Afrykańczyków do zgoła odmiennych zachowań niż pokojowe oddanie raz zdobytej władzy. Przykład prezydenta Abdou Dioufa pokazuje też, że proces demokratyzacji w Afryce jest, mimo wszystko, możliwy, a przekazanie władzy nie musi wiązać się z rozlewem krwi. Wiadomo także, że istnieją w Afryce państwa, którym ciężko jest zarzucić ewidentne łamanie zasad demokracji. Należą do nich chociażby Benin – uznany niedawno za wzorowy model demokracji w Afryce, Ghana, czy Republika Południowej Afryki.

Zasadniczą zdaje się być jednak kwestia, czy Afryka – ze swą tradycją i specyfiką – w ogóle potrzebuje praw ograniczających długość sprawowania rządów. Jeżeli społeczeństwo jest zadowolone z „miłosiernie panującego”, to może należałoby mu pozwolić na przedłużenie, w sposób demokratyczny i przy użyciu władzy ustawodawczej, kadencji prezydenta na kolejne lata. Pod warunkiem jednak, – jak sugeruje dr. Kathryn Sturman – że rządzący w żaden sposób nie ulegnie pokusie lekceważenia woli większości. Zabieg ten wymagałby jednak równoczesnego wzmocnienia instytucji, które mogłyby w razie konieczności usankcjonować poczynania rządzącego i stanowić swoisty straszak przed przekraczaniem uprawnień ograniczonych przez ustawę zasadniczą. Należy przy tym pamiętać, że przeniesienie europejskich, czy amerykańskich wzorców bezpośrednio do Afryki bez uwzględnienia szczególnej kultury i tradycji tego kontynentu skazane jest na niepowodzenie. Wydaje się jednak, że afrykańska choroba w postaci władzy jest uleczalna, ale wymaga niemałego wysiłku wszystkich stron: społeczeństwa oraz władzy, rządzonych i rządzących.