Zdeformowany panoptikon

n32808026335226655435Teoria panoptikonu, według której „władza” obserwuje podwładnych w taki sposób, a by ci nie wiedzieli kiedy i czy w ogóle są obserwowani została ukuta w XVIII wieku przez angielskiego prawnika i filozofa Jeremy’ego Benthama, a następnie przeniesiona na grunt socjologii przez Michela Foucaulta. Wizja tego drugiego była zresztą bardziej mroczna i posępna, mówiła bowiem o tym, że we współczesnym (przynajmniej jemu) społeczeństwie wszyscy zespoleni są poprzez dozór jednych nad drugimi. Ten fatalizm wskazywał na niewidzialną sieć powiązań władzy z obywatelami, w tym także na – jak łatwo przypuszczać – niechlubne donosicielstwo, które jest stałym elementem pionowej struktury władzy.

Klasycznie, Panoptikon, to nazwa projektu więzienia, którego autorem był wspomniany wcześniej Jeremy Bentham. Nazwa pochodzi z języka greckiego (Panopticon; gr. pan = wszystko; optikon = widzieć) i została użyta po raz pierwszy w 1787 roku w pracy pod tytułem „Panoptikon albo Dom Nadzoru opisujący ideę nowych zasad budowy wszelkich zakładów, w których wszelkiego rodzaju osoby winny się znajdować pod nadzorem, w szczególności więzień, ale też aresztów, fabryk, warsztatów, przytułków, lazaretów, manufaktur, szpitali, domów wariatów i szkół”. Panoptikon ostatecznie nigdy nie został zbudowany w całości według planu Benthama, ale wywarł ogromny wpływ na niektóre więzienia na świecie (żeby daleko nie szukać wystarczy wspomnieć Areszt Śledczy w Toruniu).

Panoptikon zakłada, że władza jest niewidzialna, to znaczy, że obserwuje, sama nie będąc obserwowaną. To układ jednostronny, który wykorzystywany jest przez władzę totalitarną, a wcześniej przez wszelkiego typu monarchie absolutne i dyktatury. Dziś z kolei obydwaj panowie Bentham i Foucault muszą przewracać się w swoich grobach zdając sobie sprawę jaki obrót przybrała teoria, której poświęcili tyle pasji. Najlepiej to opisuje Warren Beaty twierdząc, że „cały problem tkwi w dyktaturze tego nowego pana, – opinii publicznej – który narzuca swoje wybory politykom. Wierzy się, że przywódcy są przywódcami. Pozostaliśmy przy starym modelu panoptycznym, w którym panujący rządzą poddanymi i mają ich na oku. Tymczasem teraz mamy do czynienia z zupełnym tego przeciwieństwem. Panoptikon się odwrócił. To poddani mają na oku panujących, nadzorują ich, narzucają im swoje analizy i, innymi słowy, determinują ich decyzje, projekty, a nawet pragnienia”.

Ciężko jest oczywiście porównywać realia, w których obaj panowie żyli i tworzyli swe teorie do naszych – obecnych. Bentham żył w czasach monarchii absolutnej Jerzego III Hanowerskiego, z kolei Michel Foucault napisał „Surveiller et punir. La naissance de la prison” (Nadzorować i karać. Narodziny więzienia) w 1975 r. czyli wówczas, gdy prezydentem Francji był Valéry Giscard d’Estaing a świat wciąż borykał się z komunistycznym totalitaryzmem. Co ważniejsze jednak, ani w XVIII wieku (co oczywiste), ani nawet jeszcze w 1975 r. mass media nie były czwartą władzą (a z pewnością nie na znaną nam współcześnie skalę). Dziś w dobie swobodnego dostępu do wolnych mediów (abstrahując od tego na ile media faktycznie są wolne i niepodatne na indoktrynację), które wykorzystują wszystkie pięć funkcji, które są im przypisywane, czyli informacyjną, korelacyjną, kontynuacyjną, rozrywkową i mobilizacyjną – świat staje na głowie, a cała masa teorii, które jeszcze do niedawna były tak mocno wryte w nasze życie – stała się nieaktualna. Sam panoptikon na gruncie społecznym, a nie surowym – więziennym – uzależniony jest oczywiście od reżimu danego państwa oraz struktury władzy w społeczeństwie. Gołym okiem widać, że w państwach, które dopuszczają czwartą władzę do kształtowania opinii publicznej zachodzi ten współczesny, odwrócony panoptikon, o którym mówił Warren Beaty. Można dostrzec jeszcze jedną zależność. Panoptikon, w którym rządzeni patrzą na ręce rządzącemu ma miejsce jedynie w krajach o rozwiniętej demokracji, albo przynajmniej w społeczeństwach obywatelskich. We wszystkich innych przypadkach reżim tłamsi wszelkie próby odwrócenia naturalnego porządku.

Jest w tym wszystkim jedno państwo (choć może jest ich więcej w rzeczywistości), które zdaje się łączyć ze sobą panoptikon klasyczny ze współczesnym. Państwo, które posiada zarówno wysokorozwiniętą demokrację oraz społeczeństwo obywatelskie, ale które jednocześnie nieufnie spogląda na swych obywateli. Ojczyzna Wielkiego Brata – Stany Zjednoczone – od wielu lat, ale szczególnie po ataku na World Trade Center z 2001 r. cierpi na obsesję bezpieczeństwa. Niegdyś wynikało to z idei izolacjonizmu (tzw. doktryna Jamesa Monroe’a). Choć współcześnie obsesyjny strach ma nowy rodowód to nie zmieniły się pewne techniki kontroli stosowane od pokoleń. Ogólna nieufność władz w USA, pomijając te skrajne i nieco paranoiczne przykłady, sprowadza się do podglądu i podsłuchu obywateli. Wypisz, wymaluj – benthamowski Panoptikon. A to wszystko przy jednoczesnej kontroli władzy (względnej – naturalnie) przez opinię publiczną. Jest to więc swoisty utylitaryzm, w którym szczęśliwe są zarówno reżim z kontroli społecznej oraz obywatele z nadzoru władzy. Przestaje to być także jednostronnym aktem, a staje się pewną umowną wymianą informacji i spostrzeżeń. Nie jest to już także ani panoptikon klasyczny, ani nowoczesny, to raczej fuzja obydwu tych teorii. Ciekawe, co na to wszystko mieliby do powiedzenia panowie Bentham i Foucault.

Ten amerykański model może mieć niestety ukryte przesłanie. Otóż, co zauważył już Tocqueville, podróże do większości krajów świata ukazują nam naszą przeszłość poprzez historię i jej wszechobecnego ducha. To jak podróż, parafrazując Bernarda Henri – Levy’ego, nostalgiczną maszyną czasu. Ameryka jako kraj młody nie tylko nie poddaje się tej tendencji, ale idzie o krok dalej. Podróż do USA jawi się jako podróż w przyszłość. Ukazuje nam antycypowane wzorce. Czy zatem wszechobecna paranoja i strach, podgląd i podsłuch, iluzoryczna wolność i wszechobecny Wielki Brat mają być niebawem paradygmatem dla wszystkich demokracji na naszym globie? A może już żyjemy w takim świecie? Wszak w angielskim Portsmouth już w 2008 r. zainstalowano niemal 200 kamer (docelowo ma ich powstać 1000), które nie tylko obserwują, ale także alarmują i przewidują zbliżające się niebezpieczeństwo. Należy zadać sobie pytanie, czy warto zmniejszać nieznacznie przestępczość kosztem wolności, swobody i absurdu, który rodzi się na naszych oczach. Benjamin Franklin mawiał, że „kto zwiększa bezpieczeństwo kosztem wolności, nie zasługuje ani na jedno, ani na drugie”. To samo ma miejsce w kraju, który cały ten cyrk z bezpieczeństwem zapoczątkował, czyli w Stanach Zjednoczonych, a w którym jak już wspominałem obywatele są pod ciągłą obserwacją i inwigilacją. Aby absurd był bardziej namacalny wystarczy sobie uzmysłowić ile osób nielegalnie przedostało się przez granice z Kanadą i Meksykiem w czasie, w którym ten tekst powstawał i, w którym miejsce miała dywagacja na temat bezpieczeństwa.