Za mała wojna, za trudny pokój?

foley_ksiazka_humanitaryzmNa Zachodzie deliberujemy nad sensem zbrojnych wypraw do dalekich „upadłych” krajów. Argumenty przeplatają się: jedni twierdzą, że trzeba, podkreślając moralny obowiązek – każdy ma prawo do wolności i bezpieczeństwa; drudzy, że nie należy – każda kultura żyje podług swoich zasad. Spór toczy się również w innym wymiarze: interwencje dyktuje zewnętrzny interes państwa, bądź wewnętrzny i polityczny przywódców narodu – zwykła kalkulacja w świecie, w którym trzeba dbać o własny biznes, aby żyć jak się chce.

Teorie, poglądy, interesy budują skomplikowaną sieć, przez którą trudno przebić się do pierwotnych pobudek. A co, jeśli na chwilę porzucimy te rozważania, odwrócimy perspektywę i wsłuchamy się w to, co mówią ludzie, którzy w owych dalekich krajach są ofiarami konfliktów zbrojnych? Czego oni od nas – bezpiecznych, najedzonych, bogatych – oczekują?

Takie rozwiązanie proponuje nam Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża (MKCK). W opublikowanym raporcie „Our World: Views from the Field”, przedstawione są poglądy i uczucia ofiar konfliktów z Afganistanu, Kolumbii, Demokratycznej Republiki Konga (DRK), Gruzji, Haiti, Libanu, Liberii oraz Filipin.

Na początek dawka uderzeniowa:

– 96 procent pytanych w Liberii bezpośrednio doświadczyło zbrojnego konfliktu;

– 60 procent Afgańczyków zostało zmuszonych do opuszczenia swojego domu;

– 25 procent mieszkańców DRK, którzy doświadczyli konfliktu, straciło członka najbliższej rodziny;

– 31 procent Haitańczyków dobrze zna osobę, która była ofiara przemocy seksualnej podczas konfliktu.

– spośród potrzeb: 61 procent ofiar w Kolumbii, 40 procent w Gruzji najbardziej potrzebuje ochrony i bezpieczeństwa, prawie tyle samo, co jedzenia.

Następnie padają dwa pytania:

1) od kogo poszkodowani otrzymali pomoc podczas konfliktu? We wszystkich krajach zdecydowana większość wskazała na własną rodzinę.

2) co, według ofiar, powinna zrobić społeczność międzynarodowa, aby pomóc ofiarom konfliktów zbrojnych?

Najczęstsze były trzy odpowiedzi: a) 42 procent wskazało na wysłanie sił pokojowych; b) również 42 procent wymieniło pomoc humanitarną/kryzysową; c) interwencję militarną chciałoby 29 procent (najwięcej w Liberii – 37, DRK – 36 i Afganistanie – 34 procent).

Pozornie, patrząc z perspektywy MKCK, wszystko wydaje się to oczywiste – ludzie w krajach objętych kofliktami cierpią i chcą, potrzebują naszej pomocy – wielu militarnej – jedźmy! Próżne są nasze dywagacje, teorie, roztrząsania prowadzone w wygodnych fotelach. Po naturalnym przypływie idealistycznej energii przychodzi jednak praktyka: czy siły pokojowe mogą strzelać do strony w konflikcie? Jeśli tak, w odczuciu walczących, również staną się w nim stroną. Czy organizacje humanitarne powinny podróżować pod ochroną wojska? Jeśli tak, czy nie tracą w oczach walczących statusu i wizerunku neutralności? Czy nasza militarna obecność dla jednych nie będzie wybawieniem, ale dla innych decydującą motywacją do aktu przemocy – terroru, samobójstwa – bądź kolejnym argumentem w ideologicznej bitwie interesów, która pogłębi kryzys? Z obrońcy łatwo stać się najeźdzcą, z peacekeepera – agresorem. Takie i inne pytania zadają dwaj eksperci – Conor Foley i Gareth Evans w swoich książkach, odpowiednio: „The Thin Blue Line: How Humanitarianism Went to War” oraz „The Responsibility to Protect: Ending Mass Atrocity Crimes Once and for All”. Konkluzja ich rozważań będzie banalna, choć niejednoznaczna: nie da się wszystkich uszczęśliwić – dlatego na koniec znów stajemy przed tymi samymi, starymi pytaniami, które próbują zdefiniować kryteria naszych decyzji: wolność dla wszystkich, czy każda kultura sobie? Lub inaczej – czy jest w naszym interesie tam jechać, czy nie? Na stronie tytułowej raportu MKCK rzuca hasło: Our World is in a mess. It’s time to make your move. Łatwo nie będzie – każdy chce sprzątać po swojemu.

Jan Barańczak