Wielka Brytania: bohaterowie Wielkiej Wojny odchodzą

Kościół św. Mikołaja w Brighton w południowej Anglii często bywa miejscem nabożeństw żałobnych, ale takie jak dzisiejsze zdarzają się tam bardzo rzadko. W mszy za zmarłego wzięło udział wielu prominentów na czele z księżną Gloucester i ministrem ds. weteranów Kevanem Jonesem. Przed kościołem ustawiony został telebim, na którym przebieg uroczystości mogli śledzić ci, dla których zabrakło miejsca wewnątrz. A gdy trumna opuściła świątynię, przeleciały nad nią repliki pięciu brytyjskich samolotów z czasów I wojny światowej. Kto jest żegnany w tak uroczysty sposób? Pewnie nie znają Państwo tego nazwiska: Henry Allingham.

Pan Allingham zmarł we śnie 18 lipca. Miał 113 lat, co dawało mu status najstarszego mężczyzny Wielkiej Brytanii, Europy i świata. Ale to nie dlatego jego pogrzeb jest tak wystawny. Warto jeszcze dodać, że tydzień po nim zmarł o dwa lat młodszy Harry Patch. Pogrzeb pana Patcha – zaplanowany na przyszły czwartek – prawdopodobnie również będzie się cieszył znacznie większym zainteresowaniem niż ostatnie pożegnania większości staruszków. Słowa uznania dla obu zmarłych oraz kondolencje dla ich rodzin przekazali zarówno królowa Elżbieta , jak i premier Gordon Brown. Co ich łączy? Obaj byli dwoma ostatnimi żyjącymi mieszkańcami Wielkiej Brytanii, którzy brali udział w I wojnie światowej. Przy życiu pozostaje jeszcze tylko 108-letni pan Claude Choules , który wprawdzie walczył wtedy w brytyjskiej armii, ale potem związał swoje losy z Australią i do dziś mieszka w Perth. Szef brytyjskiego rządu nazwał Patcha „ostatnim z pokolenia bohaterów, którzy walczyli w Wielkiej Wojnie”. Książę Walii dodał, że nic nie napełnia go większą dumą niż możliwość złożenia hołdu temu wielkiemu człowiekowi.

Bardzo trudno porównywać narodowe symbole, mitologie i ikony zbiorowej pamięci. Można jednak zaryzykować tezę, że niemal każdy naród – wśród licznych toczonych przez siebie przez wieki wojen – ma jedną taką, której bohaterów wspomina szczególnie. W Polsce pamiętamy przecież o powstańcach czasów zaborów, o żołnierzach Legionów, o uczestnikach wojny polsko-bolszewickiej. Nie ma jednak co ukrywać, że szczególne miejsce w naszych sercach zajmują bohaterowie II wojny światowej. W moich rodzinnych stronach – aglomeracji warszawskiej – pierwsze miejsce wśród nich przypada zawsze herosom z czasów Powstania Warszawskiego. Dla czterech z pięciu państw, którym poświęcony jest ten blog, taką rolę pełni I wojna światowa. Za sprawą śmierci tych dwóch weteranów pamięć o niej bardzo mocno wróciła w ostatnich dniach w Wielkiej Brytanii. Pozostaje ona jednak bardzo żywa również w Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii.

Nie da się chyba w sposób wyczerpujący powiedzieć dokładnie, dlaczego tak jest. W przypadku byłych dominiów największą rolę odgrywa tu swego rodzaju mit założycielski ich oręża. To właśnie tragiczna w skutkach, ale zapamiętana dzięki heroizmowi żołnierzy, bitwa o Gallipoli jest uważana za prawdziwy chrzest bojowy rodzących się wówczas armii Australii i Nowej Zelandii. Żołnierze z Antypodów pokazali wówczas, że są gotowi do ofiarnej służby nawet na drugim końcu świata. Podobnie patrzą Kanadyjczycy na udział swoim żołnierzy w walkach w Belgii i Francji.

Trochę trudniej o dobre wytłumaczenie w przypadku Brytyjczyków. W całej swej historii państwo to było zaangażowane w dziesiątki (jeśli nie setki) wojen, z czego część (chociażby II wojna światowa, wojna koreańska czy wojna o Falklandy) jest przecież dużo świeższa w pamięci niż wydarzenia z lat 1914-18. Mimo to właśnie I wojna światowa jest do dziś nazywana Wielką Wojną. Moja teoria jest taka, że największy wpływ ma na to bardzo mocno obecna w masowej wyobraźni wizja skrajnie trudnej służby w okopach. Panowały koszmarne warunki, żołnierze funckjonowali w niewyobrażalnym stresie i często musieli przez wiele godzin leżeć tuż obok zwłok swoich poległych przyjaciół. Na dodatek kierowane przez marszałka Douglasa Haiga dowództwo zaangażowało się w strategię wyniszczającej wojny pozycyjnej. Aby przesunąć linię front o zaledwie kilkadziesiąt czy kilkaset metrów, stosowano wypady zwane po angielsku over the top. Grupa żołnierzy uzbrojonych tylko w broń ręczną wyskakiwała z okopów i biegła przed siebie, próbując szturmować pozycje wroga. Po drodze przedzierała się przez pola minowe i ogień artyleryjski. Nie chcę oceniać militarnej zasadności takiego sposobu prowadzenia walki, gdyż brak mi tu fachowej wiedzy. Jedno jest pewne – metoda ta pociągała za sobą ogromne ofiary, w oczach wielu bezsensowne. I chyba właśnie dlatego w pamięci Brytyjczyków ta wojna pozostała czasem, kiedy tak wielu młodych, wcielonych do armii przymusowo ludzi, bohatersko oddało życie za ojczyznę, służąc z odwagą pomimo wątpliwych decyzji swych przełożonych. Kolejne pokolenia do dziś ich za to podziwiają i pamiętają o nich.

Jarosław Błaszczak