Powiew zmian w Izbie Gmin

parlamentOstatnia wiosna, niezwykle gorąca w brytyjskiej polityce, pozostawiła po sobie bardzo poważne skutki, zwłaszcza dla rządzącej Partii Pracy. Mówiąc krótko: wygląda na to, że była jej gwoździem do trumny przed przyszłorocznymi wyborami. Pisało o tym w Polsce wielu autorów, w tym i moja skromna osoba. Mniejszym echem odbiła się kwestia, która choć ma charakter głównie symboliczny, dobrze ukazuje skalę i głębokość ostatniego kryzysu. Mam na myśli zmianę spikera Izby Gmin.

Na wstępie małe wyjaśnienie teoretyczne. Spiker Izby Gmin i lider Izby Gmin (zwany też w niektórych opracowaniach jej przewodniczącym) to dwa zupełnie różne urzędy. Stanowisko lidera jest wybitnie polityczne – do tego stopnia, że wchodzi on w skład gabinetu na równi z ministrami. Powołuje go premier (sama Izba nie ma tu nic do gadania), a jego główne zadanie polega na pilnowaniu, aby Izba realizowała program rządu (musimy pamiętać, że w Wielkiej Brytanii władza wykonawcza ma pewną przewagę ustrojową nad ustawodawczą). Lider ma ogromny wpływ na to, czym zajmuje się Izba, kiedy się zbiera i kiedy kończy pracę. Nigdy nie prowadzi natomiast jej obrad. Od tego właśnie jest spiker.

Na pierwszy rzut oka brytyjski parlament to miejsce pełne wyszukanej galanterii. Nie do pomyślenia są tam znane nam skądinąd odzywki w stylu „Jest pan zerem, panie pośle!”. Podczas debat plenarnych o innych członkach Izby wolno mówić wyłącznie w trzeciej osobie, a i to tylko per „Mój szanowny przyjaciel” (gdy mowa o członku własnej partii) lub „Czcigodny dżentelmen/dama” (gdy rzecz dotyczy przeciwników politycznych). Te nieco teatralne zwyczaje są jednak tylko płaszczykiem, pod którym kryje się bardzo ostra walka polityczna. Podsyca ją nawet architektura. Jako jeden z niewielu parlamentów świata, Parlament Zjednoczonego Królestwa nie posiada sal w kształcie półkola w żadnej ze swoich izb. Ich członkowie siedzą na planie prostokąta – tak, aby w Izbie Gmin szefowie rządu i opozycji byli do siebie twarzą w twarz, mogli praktycznie patrzeć sobie w oczy. Emocje sięgają zenitu zwlaszcza podczas cotygodniowych pytań do premiera, zamieniających się zwykle w bardzo ostre pojedynki między szefem rządu a liderem opozycji. Rolą jest spikera jest bezstronne moderowanie tych starć.

Bezstronność jest czymś, czego teoretycznie oczekuje się od chyba każdej osoby na świecie, która prowadzi obrady parlamentu. W praktyce rożnie z tym bywa – np. marszałek polskiego Sejmu jest zwykle równocześnie prominentnym funkcjonariuszem partii rządzącej. Dlatego zdarza mu się patrzeć nieco łagodniejszym okiem na swoich kolegów z ugrupowania. Status spikera Izby Gmin jest radykalnie inny. Pochodzi on z grona samych parlamentarzystów, a więc musiał kiedyś być związany z jedną z partii. Jednak w chwili wyboru ta więź natychmiast wygasa. Od tej pory spiker jest ponad partyjną politykę i nie wolno mu o niej mysleć – jego zadaniem jest tylko takie kierowanie pracami Izby, aby spełniały swoje funkcje i odbywały się w należytej formie. Nie musi martwić się o reelekcję do parlamentu – zwyczajowo żadna z głównych partii nie wystawi przeciw niemu kontrkandydata w jego okręgu. Nie musi martwić się o ponowny wybór na spikera – tradycyjnie sprawuje swój urząd przez dwie kadencje parlamentu, a powtórny wybór jest tylko formalnością załatwianą przez aklamację. Nie musi martwić się też o swoją polityczną przyszłość – po dwóch kadencjach rezygnuje z ponownej walki o mandat poselski, spokojnie czekając, aż otrzyma przynależne byłym spikerom niemal z urzędu miejsce w Izbie Lordów (gdzie zasiądzie wśród lordów niezależnych, broń Boże w ławach swej dawnej partii – tam już nie ma powrotu).

Tak mniej więcej wyglądało to przez ostatnich 300 lat, aż do 21 czerwca tego roku. Tego właśnie dnia Michael Martin jako pierwszy spiker od początku XVIII wieku został zmuszony do rezygnacji w środku kadencji parlamentarnej. Czarne chmury zaczęły się nad nim zbierać już w listopadzie zeszłego roku. Głośna stała się wtedy sprawa Damiena Greena, byłego dziennikarza telewizyjnego, a od 1997 posła Partii Konserwatywnej. Green został zatrzymany na dziewięć godzin przez wydział antyterrorystyczny (co niekoniecznie oznacza w Anglii panów w kominiarkach, ale też nie jest miłe) londyńskiej policji pod zarzutem ujawnienia tajnych dokumentów z resortu spraw wewnętrznych. Donos złożył na niego szef służby cywilnej w tym ministerstwie. Jego oba domy – służbowy w Londynie i prywatny w hrabstwie Kent – poddano szczegółowemu przeszukaniu. Policja wkroczyła – nie mając sądowego nakazu, a jedynie rozkaz prowadzącego śledztwo oficera – również do jego biura na terenie parlamentu. Zakres immunitetu brytyjskich posłów jest znacznie węższy niż ich polskich kolegów, więc teoretycznie było to legalne. Tym niemniej wejście kogokolwiek z bronią na teren Izby Gmin wymaga jej zgody jej spikera – a zatem działania policji musiały mieć akceptację Martina (choć ten próbował zrzucać odpowiedzialność na urzędnika porównywalnego z polskim komendantem Straży Marszałkowskiej). Zarówno przywódcy obu partii opozycyjnych, jak i nawet będąca przecież członkiem rządu liderka Izby Harriet Harman, wyrazili wątpliwości, czy takie potraktowanie posła było słuszne. Sprawa stała się jeszcze bardziej kompromitująca, gdy prokuratura ostatecznie umorzyła postępowanie przeciw Greenowi z braku mocnych dowodów popełnienia czynów stanowiących przestępstwo.

Sprawa Greena wkrótce okazała się zaledwie przygrywką do kryzysu, jaki nawiedził Izbę Gmin w tym roku. Wydarzenia te były już wielokrotnie opisywane w różnych miejscach – także na tym blogu. Dla porządku przypomijmy w największym skrócie, iż chodziło o potężne nadużycia dużej liczby posłów, którzy na różne sposoby zawyżali wysokość należnych im – i pokrywanych z pieniędzy podatników – zwrotów kosztów ponoszonych w związku ze sprawowaniem mandatu. Najwięcej zastrzeżeń mediów i opinii publicznej wzbudziły zwłaszcza machlojki związane z tzw. drugimi domami (czyli mieszkaniami służbowymi). Za rozliczanie tych pieniędzy odpowiedzialna jest administracja parlamentu. Prawie wszyscy jej pracownicy to apolityczni funkcjonariusze służby cywilnej, ale osobą sprawującą nad nimi polityczny nadzór jest właśnie spiker Izby Gmin. Tym samym Martinowi trudno było uciec przed oskarżeniami, że zupełnie nie poradził sobie z tą trudną sytuacją. Dlatego wiosną ogłosił zamiar rezygnacji, która stała się faktem 21 czerwca.

Chęć zajęcia jego miejsca wyraziło 10 kandydatów. Najbliższe otoczenie Gordona Browna nie kryło specjalnie swojego poparcia dla byłej szefowej dyplomacji Margaret Beckett. Pojawiły się nawet oskarżenia, iż budowaniem jej poparcia zajmują się tzw. government whips, czyli osoby odpowiedzialne we frakcji parlamentarnej partii rządzącej za pilnowanie, aby wszyscy jej członkowie głosowali zgodnie z linią własnego rządu. Tyle tylko, że wybór spikera jest kwestią ściśle wewnątrzparlamentarną, dlatego tego rodzaju próby wywieranie wpływu przez rząd wywołały alergiczną reakcję.

Ostatecznie – po raz pierwszy w dziejach Izby – konieczne były aż trzy tury głosowania. W finałowej – i tu pewne zaskoczenie – zmierzyli się dwaj kandydaci Partii Konserwatywnej: John Bercow i sir George Young. Ktoś może zapytać: a co się stało z głosami Partii Pracy? Wybory były tajne, więc nigdy nie dowiemy się na pewno. Mamy jednak do dyspozycji kilka całkiem wiarygodnych teorii i analiz. Według nich labourzyści wiedzieli, że na rok przed prawdopodobnym przejęciem władzy przez torysów, wybór spikera z Partii Pracy nie miałby większego sensu. Konserwatyści w nowej kadencji odmówiliby zapewne jego reelekcji, co jeszcze bardziej skompromitowałoby Izbę. Dlatego gremialnie poparli konserwatystę Bercowa – posła sytuującego się zdecydowanie na lewej flance swojej partii, pozostającego w kiepskich stosunkach z kierownictwem ugrupowania, wręcz partyjnego outsidera. I to dzięki ich głosom Bercow wygrał finałową rundę. W ten sposób formalnie pozwolili konserwatystom na prestiżowe zwycięstwo, ale w praktyce podłożyli im kukułcze jajo. Ogromna większość torysów nie lubi nowego spikera i nie cieszy się wcale z jego wyboru. Ale jednak nie będzie im wypadało odwołać go przed terminem.

Po miesiącu sprawowania przez Bercowa urzędu już widać, że wniósł nieco świezości i luzu w parlamentarny ceremoniał. Zrezygnował z prowadzenia obrad w tradycyjnym stroju wyglądającym jakby żywcem z osiemnastego wieku, z togą i białymi pończochami do kolan. Nowy spiker pojawia się wprawdzie w todze, ale zaledwie zarzuca ją – nawet jej nie zapinając – na zwykły garnitur. Poza tym wywował małą rewolucję w Pałacu Westminsterskim (siedzibie obu izb). W gmachu tym znajduje się apartament, w którym spiker tradycyjnie mieszka z najbliższą rodziną. Wszyscy dotychczasowi spikerzy mieli dzieci na tyle dorosłe, że w ich przypadku ta rodzina ograniczała się do czcigodnej małżonki. Tymczasem 46-letni Bercow ma troje dzieci w wieku od 4 lat do zaledwie roczku. Ogłosił, że zamierza mieszkać w Pałacu wraz z nimi. Obecnie trwa intensywny remont apartmentu, ponieważ nobliwe wnętrza tego słynnego gmachu nigdy nie gościły jeszcze aż tak młodych lokatorów i trzeba je odpowiednio przystosować.