Popkulturowa kontrola narodzin

birthcontrolIndie borykają się z problemem stale rosnącej populacji, jednakże w odróżnieniu od Chin, które wprowadziły kontrolę narodzin przed trzydziestu laty, demokratyczne państwo musi uciec się do bardziej cywilizowanych metod. Minister Zdrowia i Opieki Społecznej (bądź Rodzinnej – jak kto woli) Ghulam Nabi Azad dostrzegł w obliczu kryzysu światło w miejscu, w którym wszyscy inni starali się go nie widzieć. Jak mówi stare porzekadło, – najciemniej jest pod latarnią – a recepta wydaje się być banalnie prosta. Otóż, zdaniem ministra, sposobem na zmniejszenie liczby narodzin jest nic innego, jak telewizja.

„Jeśli w każdej wiosce będzie elektryczność, ludzie będą oglądać telewizję do późna, a następnie będą kładli się spać” – twierdzi minister Azad i dodaje, że „kiedy nie ma prądu, to nie ma też nic lepszego do roboty niż płodzenie potomstwa”. Minister przekonuje również, że tą metodą można zahamować przyrost naturalny aż o 80%. Co ciekawe, demografowie przychylają się do tej opinii, podając za przykład lata siedemdziesiąte w Indiach, kiedy to znacząco spadła liczba urodzeń w wioskach, do których doprowadzono energię elektryczną.

Odrzucając chiński model kontroli urodzeń Indie obrały drogę „modernistyczną” jeśli w ogóle można w XXI wieku powiedzieć w ten sposób o telewizji. Owszem, nie są to już lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia, w których to, głównie w USA i Japonii, panował prosty wzór luksusu i dobrobytu: „trzy razy C” – „colour, cooler, car” (kolorowy telewizor, klimatyzacja i samochód), ale należy wziąć poprawkę na to, o jakich realiach jest tutaj mowa. W przypadku Indii i tej olbrzymiej populacji, telewizja, a nawet prąd, mogą spokojnie uchodzić za towar luksusowy, pożądany i wciąż niedostępny dla wielkiego odsetka Hindusów.

W celu zmniejszenia przyrostu naturalnego w Indiach Minister Azad sugeruje również, aby pary pobierały się i płodziły dzieci po trzydziestym roku życia. W kraju, w którym powszechne są śluby nieletnich pozostaje to pobożnym życzeniem. Choć oczywiście należy panu Azadowi przyznać rację ponieważ za ślubami osób nieletnich idą w parze spore liczby urodzeń i postępująca bieda. A sama idea tak diametralnych, jak na hinduskie realia, zmian musiałaby mocno wstrząsnąć podwalinami norm moralnych w całym kraju. Próżno więc liczyć na to, aby ponad miliard ludzi poszedł po rozum do głowy i zmienił swe przekonania biorąc za przykład zachodnie wzorce.

Od czasu, gdy Indie w 1947 roku wyzwoliły się spod panowania Brytyjczyków, ludność kraju wzrosła trzykrotnie i wynosi dziś mniej więcej 1,2 miliarda. Do takiej eksplozji populacji przyczyniła się w dużej mierze rewolucja rolna, która przezwyciężyła głód i wydłużyła średnią długość życia mieszkańcom Indii. Jak podaje „The Times” w Indiach zamieszkuje około 17% populacji całego globu, przy czym gnieździ się ona w zaledwie 3% lądowej powierzchni naszej planety. Działa na wyobraźnię, prawda?

Szacuje się przy tym, że w przeciągu następnych dwudziestu lat Indie przegonią Chiny w liczbie ludności przy zachowaniu – naturalnie – dzisiejszych wskaźników i tendencji. Łatwo jest też sobie wyobrazić jakie fakt ten mógłby przynieść konsekwencje dla wewnętrznego spokoju Indii, a w konsekwencji także i dla świata. Warto nadmienić przy okazji nie tylko te gigantyczne liczby wyznawców hinduizmu, islamu, czy nawet chrześcijaństwa (2,3% wyznawców daje w Indiach około 3 milionów wiernych), ale przede wszystkim to, że Indie posiadają arsenał nuklearny. W przypadku konfliktu wewnętrznego naprawdę niewiele potrzeba będzie do nieszczęścia.

Problemy związane z obecnym tempem przyrostu naturalnego na świecie – bo nie tylko przecież w Indiach – są aż nadto oczywiste. Głód, ubóstwo i choroby to te podstawowe. Nie dalej jak tydzień temu ONZ ostrzegła, że liczba 6,7 miliarda ludzi na naszym globie podwoi się w przeciągu następnych czterdziestu lat. Znowu to oddziaływanie na wyobraźnię. Przerażająca wizja, ale – jeśli wierzyć ekspertom – całkiem realna. Te liczby to jednak ludzie, – choć na dzień dzisiejszy wirtualni i abstrakcyjni – to jeszcze nienarodzone istoty, to ludzie, których trzeba będzie wyżywić, ubrać, wyedukować i którym należało będzie zagwarantować opiekę społeczną i zdrowotną. Jeśli dziś świat boryka się z tak ogromnymi problemami w tej materii, ciężko wyobrazić sobie jak będzie wyglądało życie, gdy populacja na Ziemi zostanie podwojona. Powinniśmy więc zacząć kolonizować kosmos, czy może budować podwodne miasta? Wizja naszej planety zamieszkałej przez 13 miliardów ludzi urzeczywistnia obawy wszystkich fantastów od Stanisława Lema po Philipa K. Dicka. Tyle, że to, co w mniemaniu autorów mogło być zwykłym produktem wyobraźni, zupełnie niegroźnym, niebawem może stać się faktem, przed obliczem którego ludzkość będzie musiała stanąć. Osobiście, od dziś, zaczynam trzymać kciuki za to, że jeśli już któraś z powieści fantasy będzie musiała się zrealizować, to nie będzie to ani „Planeta Małp” Pierre’a Boulle’a ani „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya. Natomiast jeśli rząd Indii rzeczywiście chciałby swoich mieszkańców uśpić telewizją i tym samym odebrać im ochotę do prokreacji, to skromnie wnoszę prośbę do naszego polskiego rządu o wyciągnięcie pomocnej dłoni do narodu hinduskiego i wysłanie na jego ręce taśm z operami mydlanymi i sitcomami naszej rodzimej produkcji przy jednoczesnym zdjęciu ich z anteny w Polsce – szczególnie jeśli brać pod uwagę fakt, że Polska znajduje się na szarym końcu światowych statystyk dotyczących przyrostu naturalnego.

Michał Gąsior