Liban: zwierciadło Bliskiego Wschodu

liban_flagaLiban w końcu ma szansę na polityczną stabilizację; tylko czy jego specyficzne położenie oraz konfesjonalizm i skorumpowane elity będą sprzyjały zmianom?

Wybory 7 czerwca, które po raz pierwszy zostały zorganizowane w jednym dniu, odbyły się bez spodziewanych zamieszek, być może dlatego że w newralgicznych regionach porządku pilnowało uzbrojone wojsko, a może dlatego, że jednak libańscy wyborcy są świadomi swojej roli. 128 miejsc w parlamencie, zgodnie z postanowieniami porozumienia z Taef, kończącego w 1989 r. krwawą wojnę, zostało podzielonych równo pomiędzy chrześcijan i muzułmanów. Trzeba pamiętać, że ten jeden z najmniejszych krajów Bliskiego Wschodu uznaje 18 religii i wyznań, w tym także judaizm, a każda ze wspólnot religijnych ma prawo do swojego przedstawiciela w parlamencie. Dla przykładu na II okręg wyborczy w Bejrucie przypadały 4 miejsca w parlamencie: 1 dla sunnity, 1 dla szyity i 2 dla prawosławnych Ormian. Konfesjonalizm pełni więc centralną rolę w życiu politycznym i ma na celu utrzymanie delikatnej równowagi pomiędzy różnymi grupami wyznaniowymi. Dlatego większościowe wybory w Libanie wiązały się, przede wszystkim, z zakulisowymi konsultacjami. Inną konsekwencją konfesjonalizmu jest podział władzy, którego podstawy zostały ustalone jeszcze w 1943 r. i zgodnie z którymi prezydent jest chrześcijaninem – maronitą, premier – muzułmaninem sunnitą, przewodniczący parlamentu – muzułmaninem szyitą, wiceprzewodniczący parlamentu i wicepremier są prawosławni. Libańskie życie polityczne charakteryzują jeszcze szczególne relacje społeczne rodem ze średniowiecza: pan (zaim) i jego klient. Dlatego w parlamencie nadal będą zasiadać członkowie prominentnych politycznie rodzin Frandżije, Szamoun czy Dżumblat, a także bardzo młodzi synowie braci Dżemajel[1] – Nadim i Sami, Neila Tueni – córka zamordowanego deputowanego i dziennikarza[2] z wpływowej prawosławnej rodziny, siostrzeńcy gen. Aouna[3] oraz żona Samira Dżadży, kontrowersyjnego przywódcy byłej chrześcijańskiej milicji – Sił Libańskich oraz siostra Harirego – Bahia.

Czarne scenariusze przewidujące wygraną opozycji na czele z Hezbollah nie sprawdziły się. Chociaż Koalicja 14 marca[4] (na cześć manifestacji ponad miliona Libańczyków po śmierci R. Harirego) zyskała niewielką przewagę nad opozycją to jednak zachodnie rządy mogły odetchnąć z ulgą. Powtórka z Autonomii Palestyńskiej, kiedy wybory wygrał Hamas, byłaby wyzwaniem, szczególnie dla nowej administracji Baracka Obamy. Zupełnie niespodziewanie niepokój i zamieszki rozpoczęły się w Iranie, gdzie jeszcze na początku czerwca ogromną wagę przywiązywano do rezultatów libańskich. To miało być zwycięstwo, jak określała irańska prasa, „bunkra rewolucji islamskiej” nad „plażą skorumpowanych elit zachodnich”.

Wpływ Iranu na sytuację w Libanie jest niewątpliwy z uwagi na rolę jaką w kraju cedrów pełni Hezbollah. Partia Boga, zorganizowana przez Strażników Rewolucji wysłanych w 1982 r. do doliny Bekaa, w celu szkolenia bojowników i tworzenia batalionów do walki z Izraelem, stała się właściwie irańską piątą kolumną na granicy z Izraelem. Ponadto kadry Hezbollahu kształciły się lub mają relacje rodzinne z Iranem. Nie mówiąc już o tym, że związek libańskich szyitów z Iranem opiera się także na wspólnocie doktryn i praktyk religijnych. Warto jednak zwrócić uwagę, że z biegiem lat partia znacząco się zlibanizowała. Najlepiej pokazują ten proces plakaty propagandowe, gdzie dopiero od kilku lat obok żółto–zielonych symboli partii pojawia się libański cedr. W wywiadzie dla irańskiego dziennika Charq, latem 2006 r., czyli w samym środku wojny z Izraelem, jeden z współzałożycieli Hezbollah, Ali Akbar Mohtachamipour, były ambasador w Syrii, nazywał partię „duchowym dzieckiem imama Chomeiniego i rewolucji islamskiej”, ale dodawał: „Na początku bojownicy Hezbollah byli formowani przez Strażników Rewolucji. Jednak dzisiaj są jak uczniowie, którzy zachowują dystans ze swoimi nauczycielami[5]. Nie zmienia to faktu, że filozofia oporu partii oraz odniesienia do szyickiej martyrologii przemawiają tylko do szyitów, stanowiących co prawda liczną, ale nadal tylko część libańskiej mozaiki. Nawet jeśli Hezbollah stoi na czele koalicji, w której skład wchodzi także partia kontrowersyjnego chrześcijańskiego gen. Aouna, to jest to związek polityczny, który ma udowodnić, że Partia Boga działa na rzecz całego społeczeństwa, a z drugiej strony pomóc w realizacji ambicji generała. Trudno przewidzieć, czy sytuacja w Iranie wpłynie na postawę Hezbollahu. W każdym razie dopóki pozycja ajatollaha Chameneiego pozostanie niezmieniona libańska partia będzie mogła korzystać z kontrolowanych przez niego środków finansowych, nawet jeśli ograniczona zostałaby pomoc rządu irańskiego. Z drugiej strony Hezbollah powoli traci poparcie nieszyickiego społeczeństwa, które zyskał w czasie wojny z Izraelem w 2006 r. Niemal roczna blokada centrum Bejrutu, wywołanie zamieszek w maju 2008 r. czy stworzenie państwa w państwie dają bardzo negatywny obraz partii. Natomiast takie działania jak doprowadzenie do rezygnacji z występów marokańsko-francuskiego komika Gada Elmaleha tylko dlatego, że z pochodzenia jest Żydem wzburzyły liczną grupę mieszkańców, którzy po prostu mają dosyć nachalnej indoktrynacji, tym bardziej, że bezwzględny bojkot wszystkich i wszystkiego co ma jakikolwiek związek z Izraelem nie pomaga ani gospodarce[6] ani życiu kulturalnemu.

Wygrane przez Koalicję 14 marca wybory nie zmienią drastycznie libańskiej sceny politycznej. Premierem został mianowany Saad Hariri, syn zabitego Rafika. Tym samym nowa rodzina na dobre dołączyła do libańskiej klasy politycznej. Przewodniczącym parlamentu został nie kto inny jak Nabih Berri – przewodniczący laickiej, szyickiej partii Amal, związanej z opozycją, który w poprzedniej kadencji skutecznie blokował prace parlamentu, a jego partia w zeszłym roku brała aktywny udział w majowych zamieszkach w Bejrucie. Jednocześnie gen. Aoun wspierany przez szyickich sojuszników domaga się tek ministerialnych. Cóż, w Libanie w odróżnieniu od bardziej rozwiniętych demokracji opozycja z jednej strony krytykuje rząd, a z drugiej nie chce stracić profitów jakie niosą ze sobą poszczególne ministerstwa. Stąd Hezbollah i jego koalicjanci domagają się prawa weta, a tym samym prawa do blokowania prac rządu co skutecznie czynili w ostatnich latach. Rola premiera polega więc przede wszystkich na wypracowywaniu kompromisów, ale taka polityka nie pozwala z kolei na przeprowadzenie koniecznych reform i rozwiązania rzeczywistych problemów.

Ostatnia wypowiedź premiera Nataniahu, w której stwierdził, że kwestia uchodźców palestyńskich powinna zostać rozwiązana poza Izraelem zmroziła libańskich polityków. Bardzo delikatna struktura społeczna nie jest w stanie wchłonąć kilkuset tysięcy palestyńskich uchodźców żyjących obecnie w dramatycznych warunkach w obozach, które jednocześnie stwarzają możliwości działania dla islamskich ugrupowań terrorystycznych, jak w 2007 r. w Naher el-Bared. Poza tym Libańczycy nadal pamiętają rolę jaką Palestyńczycy odegrali w czasie wojny 1975–1989 tworząc swoiste państwo w państwie. Zresztą obok Hezbollahu to właśnie ugrupowania palestyńskie posiadają broń i jest to kolejny problem, z którym będzie musiał zmierzyć się nowy rząd. Z tym, że w przypadku Partii Boga należy dodać, że libańskie władze w pewnym sensie uznają jej rolę w walce z Izraelem i nie będą spieszyć się z jej rozbrojeniem. Dlatego relacje kraju cedrów z południowym sąsiadem pozostaną napięte – tym bardziej, że Liban dysponuje zasobami wody, której brakuje Izraelowi, a okupacja farm Szeba[7] umożliwia korzystanie z istotnych źródeł, nie wspominając o ich ogromnej strategicznej roli. Ponadto nadal pozostaje kwestia tworzenia przez Izrael siatek wywiadowczych na terenie Libanu. Od dwóch miesięcy opinia publiczna dowiaduje się o aresztowaniach, często szanowanych osób czy wysokich rangą oficerów podejrzanych o szpiegostwo, a nawet o ucieczkach całych rodzin do Izraela. W sumie oskarżono już 68 osób. Ciekawe, że informacje zbierane przez potencjalnych szpiegów najczęściej dotyczą Hezbollahu. Na odprężenie nie ma szans także dlatego, że Izrael regularnie narusza libańską przestrzeń powietrzną, niezgodnie z uchwałą Rady Bezpieczeństwa ONZ 1701 podjętej na skutek wojny w 2006 r. Zresztą druga strona także nie stosuje się do jej postanowień. Na początku tygodnia na południu Libanu wybuchł skład broni należącej do Hezbollahu, który powinien być zlikwidowany po wojnie, co dla Izraela jest dowodem na zbrojenie się Partii Boga.

Można mieć nadzieję, że przynajmniej relacje libańsko–syryjskie ulegną poprawie, tym bardziej, że udział reżimu Baszira Assaada w zamachu na Rafika Hariri nie jest już tak oczywisty. Pierwsze kroki zostały podjęte, oba kraje oficjalnie nawiązały nieistniejące w historii stosunki dyplomatyczne i wymieniły ambasadorów, ale pozostają kwestie, w tym najbardziej paląca: ostateczne wyznaczenie granic i rozbrojenie grup palestyńskich działających poza obozami. Patronat nad dialogiem libańsko–syryjskim przejęła Arabia Saudyjska, która od końca czerwca próbuje zorganizować  wizytę Saada Harirego w Damaszku[8]. Na te działania niewątpliwe wpływa też ocieplenie relacji amerykańsko-syryjskich.

Większość Libańczyków życzyłaby sobie, żeby nowy rząd doprowadził do odzyskania dawnej świetności Libanu, zwanego przecież jeszcze nie tak dawno bliskowschodnią Szwajcarią. Mało prawdopodobne jest, żeby kraj cedrów mógł zająć miejsce ZEA czy Kataru jako centrum finansowego Bliskiego Wschodu, ale należy też pamiętać, że libański sektor bankowy skutecznie oparł się kryzysowi i pomimo długu publicznego, który szacowany jest na 160% PKB, MFW prognozuje w tym roku co najmniej 2% wzrost gospodarczy.

Znaczeniu Libanu dla polityki bliskowschodniej nie trzeba podkreślać. Od chwili wyboru nowego prezydenta w 2008 r. Bejrut odwiedzają wysokiej rangi europejscy, rosyjscy i amerykańscy politycy na czele z Hillary Clinton i Joe Bidenem. Za to aktywność polskiego rządu ogranicza się właściwie do wycofania polskiego kontyngentu z południa Libanu, co spotkało się ze słuszną ostrą krytyką specjalistów. Szkoda, bo chociażby z uwagi na relacje historyczne warto żeby stosunki polityczne pomiędzy obu krajami były bardziej intensywne.

Na koniec warto zacytować amerykańską dziennikarkę Sandrę Mackey, która w swojej książce „Zwierciadło arabskiego świata. Liban w konflikcie” zauważa: „ (…) Z samolotu zbliżającego się do wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego, pasażer widzi nie tylko Liban, ale cały (…) Lewant. Lądując można także zobaczyć drogę do Syrii i serca Półwyspu Arabskiego. To tylko wizualne przypomnienie, że Liban jest bramą do świata arabskiego i progiem do regionu, który przechodzi ogromne zmiany. Te same czynniki, które powodują niestabilność w Libanie wpływają na inne kraje, które identyfikują się jako arabskie: trybalizm zdefiniowany przez rodzinę, klan, i wyznanie: granice często wyznaczone przez innych; młode, delikatne narodowe jednostki najczęściej utworzone przez kolonialne potęgi; gorzkie współzawodnictwo państwa izraelskiego z Palestyńczykami; tradycyjne społeczności niechętne zmianom; rządy elit, które ignorują wspólne dobro; ingerencja zagranicznych mocarstw; kwestie dotyczące polityki, ekonomii i kultury, które zmieniają się razem z tradycjami religijnymi, stosunkiem do czasów współczesnych, autorytaryzmem i demokracją. W końcu istnienie narastającego przez wieki współzawodnictwa pomiędzy sunnitami i szyitami, które (…) odkryło Zachodowi 1400 lat nienawiści. W Libanie Zachód widzi nie tylko formy i kierunki wojującego islamu w świecie arabskim, ale miejsce, gdzie krzyżują się problemy związane z bezpieczeństwem Zachodu”.


Marzena Zielińska–Schemaly jest prawnikiem od sześciu lat mieszkającym w Libanie i aktywnie działającym wśród tamtejszej Polonii. Jej artykuły na temat sytuacji politycznej i społecznej w Libanie i na Bliskim Wschodzie można znaleźć także na stronach Polityka.pl


[1] Rodzina Dżemajel należy do najważniejszych politycznych rodów współczesnego Libanu. Ojciec Pierre Dżemajel był twórcą libańskiej Falangi. Amin Dżemajel był prezydentem Libanu w latach 1982–1988, zaś jego brat Baszir – w roku 1982 został wybrany prezydentem, lecz zginął w zamachu nim objął ten urząd. Podobnie jak syn Amina – Pierre, minister i deputowany, który został zastrzelony przez nieznanych sprawców w 2006 r.

[2] Gibran Tueni – deputowany, właściciel i redaktor naczelny dziennika An Nahar zginął w zamachu bombowym na początku 2006 r.

[3] Michel Aoun w latach 1988–1990 pełnił jednocześnie urząd premiera i tymczasowego prezydenta w jednym z dwóch rządów powstałych pod koniec wojny domowej i był uznawany za symbol walki z okupacją syryjską Jednocześnie doprowadził w 1990 r. do krwawych walk w regionach chrześcijańskich pomiędzy armią i Siłami libańskimi.W wyniku interwencji syryjskiej uciekł do Ambasady francuskiej, a następnie otrzymał azyl we Francji. Do Libanu wrócił w 2005 r. na fali zmian po śmierci R. Harirego i Rewolucji Cedrowej.

[4] Należy dodać, że Libańczycy zamieszkali za granicą nie mogą glosować w placówkach dyplomatycznych, dlatego tak ogromne znaczenie miało sprowadzenie emigrantów do Libanu, często na koszt komitetów wyborczych.

[5] Zob. D. Minoui, Les Révélations d’un cofondateur iranien du Hezbollah (w:) S. Mervin, le Hezbollah état des lieux, Sindbad, 2008, s.89.

[6] Turyści, którzy posiadają izraelskie pieczątki w paszportach nie są wpuszczani na terytorium Libanu, podobnie jak firmy, które działają także na terenie Izraela.

[7] Status formalno-prawny farm Szebaa na styku trzech granic jest skomplikowany. Od końca lat czterdziestych były zajęte przez Syrię i właściwie uznawane są przez ONZ za terytorium syryjskie, ale mieszkańcy biorą udział w wyborach libańskich, płacą podatki państwu libańskiemu i uważają się za obywateli Libanu o czym mają świadczyć otomańskie akty własności .

[8] Warto przypomnieć, że w 2008 r. to z kolei władze Kataru po majowych zamieszkach doprowadziły do zawarcia w Dosze porozumienia pomiędzy ugrupowaniami libańskimi i w konsekwencji do wyboru prezydenta.